Normalność ma niejedno oblicze

opublikowano: 19-11-2019, 22:00

Od początku III Rzeczypospolitej konstytucyjny rytuał zatwierdzania przez Sejm programu działania nowo powołanej Rady Ministrów przebiega standardowo.

W ocenie każdej większości, przez wiele lat koalicyjnej, zaś od 2015 r. monopartyjnej (znaczenie przystawek PiS to przecież żart) rząd zawsze wypada na szóstkę. Opozycyjna mniejszość program gabinetu miażdży i z definicji odrzuca, ale sejmowa arytmetyka rozstrzyga i wotum zaufania staje się automatem. Exposé premiera Mateusza Morawieckiego z 19 listopada 2019 r. było w dziejach III RP już dziewiętnastym. Utrzymało się w czasowej normie — trwało 75 minut, czyli ciut dłużej niż jego pierwsze 70-minutowe z 12 grudnia 2017 r., gdy przejmował rząd po usunięciu Beaty Szydło przez Jarosława Kaczyńskiego.

Pierwsze w III RP (choć formalnie jeszcze w PRL) sejmowe exposé wygłosił premier Tadeusz Mazowiecki.
Zobacz więcej

Pierwsze w III RP (choć formalnie jeszcze w PRL) sejmowe exposé wygłosił premier Tadeusz Mazowiecki. Krzysztof Wójcik

Od pamiętnego wystąpienia Tadeusza Mazowieckiego z 1989 r. wysłuchuję premierów zawsze w identycznym trybie. Z potopu pustosłowia staram się odcedzać i na gorąco zapisywać na czystej kartce jakiekolwiek konkretne nowalijki. We wtorek wychwyciłem ich bardzo mało, albowiem Mateusz Morawiecki wygłosił suplement — właściwie całkiem naturalny — do kampanii wyborczej, będący deklaracją jego politycznoideologiczno-historyczno-przyszłościowego chciejstwa. Exposé czasem miewa lejtmotyw, np. z 2007 r. zapamiętane zostało wielokrotne użycie przez Donalda Tuska słowa „zaufanie”. Mateusz Morawiecki inaczej niż w swojej premierze z 2017 r. tym razem akcentował „normalność”. To kategoria bardzo pojemna, często rozumiana biegunowo rozbieżnie. Oto świeży przykład — wprowadzenie Stanisława Piotrowicza i Krystyny Pawłowicz do Trybunalu Konstytucyjnego to dla PiS właśnie normalność, natomiast dla Polaków spoza elektoratu tej partii to arogancja i prowokacja.

Na pewno nowalijką exposé była zapowiedź udostępnienia buspasów samochodom wypełnionym czterema osobami. Od razu skojarzyło mi się to z centrum Singapuru… Zaskakującym elementem wagi cięższej stała się natomiast idea epizodycznej zmiany Konstytucji RP. Od 1997 r. jej tekst został tknięty tylko trzy razy. Najpierw w 2001 r. obwieszczeniem premiera poprawiono literówki: z „by” na „być” oraz z „organizacyjne” na „organizacyjnie”. W 2006 r. osiągnięto zgodę w sprawie ekstradycji obywatela RP, albowiem po wejściu do UE musieliśmy wdrożyć europejski nakaz aresztowania. W 2009 r. stał się jeszcze większy cud — zgodnie uchwalono zakaz wybierania do Sejmu i Senatu skazanych z oskarżenia publicznego na więzienie za przestępstwo umyślne. Od dekady jakiekolwiek inne pomysły nie miały i nadal nie mają żadnych szans. Mateusz Morawiecki doskonale rozumie, że jego apel o konstytucyjne zagwarantowanie obywatelom pieniędzy w pracowniczych planach kapitałowych (PPK) i na indywidualnych kontach emerytalnych (IKE) to oczywiście utopia, ale PR-owo brzmi efektownie.

Notabene ten pomysł zdumiewa jeszcze z innego powodu. Przecież od 2015 r. wprowadzanie tzw. dobrej zmiany odbywa się drogą forsowania partyjnych interpretacji norm Konstytucji RP, które wybitnych prawników konstytucjonalistów szokują. Skoro w tylu bardzo ważnych dla Polski sprawach najważniejsze okazują się uchwały politbiura PiS — dopiero po czasie przetwarzane na ustawy i rozporządzenia — to dlaczego w budowaniu zaufania obywateli do PPK i IKE miałaby się przydać pomoc opozycji.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy