Normy współpracy

Jacek Zalewski
opublikowano: 2009-03-03 00:00

Niedzielny nieformalny szczyt, a praktycznie roboczy obiad Rady Europejskiej w Brukseli, od dwóch dni stał się przedmiotem ostrych targów na krajowej scenie politycznej — czy Polska odniosła świetne zwycięstwo, czy podwinęla ogon. Według premiera Donalda Tuska staliśmy się regionalnym mocarstwem — jako lider sąsiedzkiej grupy państw przypomnieliśmy twardemu jądru Unii Europejskiej zasady solidarności w kryzysie, a jednocześnie nie wyciągaliśmy ręki po tanią jałmużnę, jako że radzimy sobie lepiej od wielu potentatów. Prezes Jarosław Kaczyński oczywiście pomstuje, że premier właśnie regionalną solidarność rozbił, nie podtrzymując chociażby finansowych oczekiwań Wegier.

Zamiast rozstrzygania kto ma rację, powtórzę tezę z wczorajszego komentarza pisanego na gorąco, że kompletnie nie rozumiem, po co w ogóle czeski premier Mirek Topolánek zakłócił świętą niedzielę politykom, mediom i śpiącej zwykle w tym dniu unijnej dzielnicy w Brukseli. To spotkanie nic decyzyjnego nie przyniosło — bo z założenia przynieść nie mogło — i służyło wyłącznie pogadaniu. Właściwy szczyt Rady Europejskiej, z obszerną agendą i wiążącymi konkluzjami — także antykryzysowymi — odbędzie się przecież tak niedługo, 19-20 marca.

Na nasz użytek krajowy największym dorobkiem niedzielnej imprezy w Brukseli jawi mi się nowa formuła współpracy między prezydentem a premierem. Po pierwsze — zgodnie obsłużyli się jedynym w tej chwili Tupolewem 154M. W sobotę Donald Tusk w pokorze poczekał trzy godziny na spóźniający się powrót Lecha Kaczyńskiego z uroczystości na Ukrainie, na gdańskim lotnisku do siebie pomachali i szef rządu dotarł do Brukseli o północy. Na szczęście zajęcia miał dopiero w niedzielę od rana. Notabene kanclerz Angela Merkel spóźniła się na szczyt aż półtorej godziny (dlatego nie ma jej na familijnym zdjęciu) z powodów właśnie lotniczych. Czyli okazuje się, że nie tylko Jan Maria Rokita miewa problemy na niemieckim pokładzie, chociaż chodzi tu o zupełnie różnych przewoźników — Lufthansę i Luftwaffe.

Jeszcze bardziej kreatywny okazał się drugi wątek porozumienia głowy państwa z szefem rządu. Oto Lech Kaczyński wysłał z ekipą rządową swego oficera łącznikowego, w osobie wiceszefa kancelarii Władysława Stasiaka — który pokręcił się w kuluarach szczytu, poprzyglądał, posłuchał, ogólnie porobił sympatyczne wrażenie. Jakiż to gigantyczny postęp w złagodzeniu obyczajów wobec sytuacji z pamiętnego szczytu październikowego, kiedy to trzech zmokniętych prezydenckich ministrów — Piotr Kownacki, Michał Kamiński i Mariusz Handzlik, bez wejściówek do gmachu UE — urządziło konferencję prasową w krzaczkach na rondzie Schumana.

Może następnym krokiem normalizacji stosunków na górze byłoby wzajemne akredytowanie przez prezydenta i premiera stałych ambasadorów u drugiej strony. Łagodny Stasiak jest idealnym kandydatem na przedstawiciela prezydenta, może kogoś podobnego znalazłoby się w zasobach kadrowych kancelarii premiera…