Nowa spółka FSO: targi udziałowców

Paweł Janas
opublikowano: 2002-04-08 00:00

Zarząd Daewoo-FSO jest przekonany, że majowe WZA zadecyduje o utworzeniu nowej spółki produkcyjnej. Stronę polską czekają jednak żmudne negocjacje z Daewoo Motor, dotychczasowym właścicielem zakładu. Stawką jest wielkość udziałów w nowej spółce.

Janusz Woźniak, wiceprezes i dyrektor zarządzający Daewoo-FSO, nie zgadza się z pojawiającymi się w branży motoryzacyjnej opiniami sugerującymi, że wszelkie próby ratowania spółki z góry skazane są na niepowodzenie. Jest przekonany, że opracowany pod jego kierownictwem plan wydzielenia ze struktur firmy małej spółki produkcyjnej (New Small Company) stwarza realną, choć już ostatnią, szansę na sanację zakładu. Twierdzi, że już niedługo koncepcja ta może stać się faktem.

— W połowie maja chcę zwołać walne zgromadzenie akcjonariuszy, które podejmie — mam nadzieję — ostateczną decyzję o utworzeniu NSC. Wcześniej jednak — pod koniec kwietnia — zarząd Daewoo-FSO i przedstawiciele polskiego rządu będą starali się uzyskać akceptację dla tego pomysłu naszego głównego udziałowca — Daewoo Motor Company — zapowiada wiceprezes Woźniak.

Nie będzie to łatwe zadanie, szczególnie że — jak podkreślają obserwatorzy polskiego rynku motoryzacyjnego — strona koreańska prawdopodobnie nie zyska na tym przedsięwzięciu tyle, ile by chciała. Dotyczy to m.in. kwestii podziału wpływów w przyszłej spółce. Pierwszy etap jej tworzenia nie przewiduje możliwości objęcia przez kogokolwiek większościowego pakietu akcji — dlatego wyjątku dla dotychczasowego koreańskiego właściciela Daewoo-FSO nie będzie. Nieoficjalnie wiadomo, iż przyszli akcjonariusze (a więc polskie i koreańskie banki wierzyciele, Daewoo Motor Co. oraz Skarb Państwa) obejmą pakiety od 7 do 38 proc. akcji. Koreański producent ma otrzymać — według obecnych ustaleń — 26 proc. Skądinąd wiadomo, że Koreańczycy nie są zachwyceni proponowaną wielkością udziałów.

— Daewoo Motor ze względu na swoją sytuację nie jest w stanie dalej pełnić strategicznej roli akcjonariusza w nowej spółce — zaznacza tymczasem enigmatycznie Janusz Woźniak.

Ze względu na delikatną materię negocjacji wiceprezes Daewoo-FSO nie chce też podać, kto jest zainteresowany wejściem kapitałowym do NSC. Podkreśla, że tak naprawdę jest jeden poważny inwestor pochodzący z Europy. Nie zaprzecza jednak, że pojawiło się wstępne zainteresowanie indyjskiej firmy Tata.

— Nowy inwestor może wnieść do spółki technologię, know-how oraz prawa do produkcji nowych modeli samochodów w zamian za pakiet akcji — zapewnia Janusz Woźniak.

Nieoficjalnie wiadomo, że po pewnym czasie przejmie on udziały od Skarbu Państwa i kontrolę operacyjną nad zakładem.

W przypadku utworzenia NSC ma dojść do konwersji wierzytelności Skarbu Państwa i banków wierzycielskich na akcje spółki. Według Janusza Woźniaka, pozostałe roszczenia wierzycieli będą zaspokajane z majątku, który nie wejdzie w skład nowego podmiotu. Na ten cel zostaną również przeznaczone pieniądze ze sprzedaży niektórych spółek. Obecnie Daewoo-FSO prowadzi m.in. rozmowy w celu pozyskania nabywcy na zakład zależny w Ełku.

— Myślę, że w ciągu kilku lat niektórzy wierzyciele będą mogli zostać całkowicie spłaceni — zaznacza Janusz Woźniak

Nieoficjalnie wiadomo, że w przypadku ogłoszenia upadłości wierzyciele mogliby odzyskać od 0 do 71 proc. wierzytelności., po powstaniu NSC wskaźnik ten wyniesie od 8 do 93 proc. Po upadku firmy wierzyciele odzyskaliby jedynie 300 mln zł, podczas gdy sama wartość nowej spółki szacowana jest na 1,2 mld zł.

Nowa spółka docelowo ma produkować 120-130 tys. aut rocznie.

— Dwa lata po stworzeniu NSC ruszyć ma produkcja nowych modeli. Niewykluczone jednak, że inwestor będzie produkował swoje samochody na płycie podłogowej samochodów Daewoo — dodaje Janusz Woźniak.

Pod znakiem zapytania stoi natomiast dalsza produkcja Poloneza, sztandarowego niegdyś produktu z Żerania.

— W ciągu miesiąca ma być gotowa analiza dotycząca opłacalności jego produkcji. Nie wykluczamy, że zostanie ona w całości przeniesiona do zakładu w Nysie. W innym przypadku zakończymy jego produkcję, a to, niestety, oznaczałoby wyrok dla znajdujących się w tragicznej sytuacji nyskich zakładów — podkreśla Janusz Woźniak.