Na środę zapowiedziano renegocjacje umowy koalicyjnej. Po roku deklaracji partyjnych liderów, że koalicja, chociaż trudna, funkcjonuje sprawnie, okazuje się, że przydałyby się pewne korekty. Oficjalnie podawanym powodem renegocjacji umowy jest chęć dostosowania jej do zmieniającej się rzeczywistości. Jak się przez rok zmieniła owa rzeczywistość? Otóż koalicja zrealizowała już zręby swojego programu — powołała Centralne Biuro Antykorupcyjne, zlikwidowała Wojskowe Służby Informacyjne, tylko z lustracją się niezupełnie udało. Czas więc wytyczyć sobie nowe cele, w tym — być może — wziąć się do gospodarki. Ale sytuacja zmieniła się jednak pod jeszcze jednym względem — dziś już nikt nie nazwie Ligi Polskich Rodzin i Samoobrony przystawkami. Mimo fatalnych notowań w sondażach.
Premier Jarosław Kaczyński już się przekonał, że bez udziału obu liderów byłych już przystawek nie ma co marzyć o parlamentarnej większości. Wprawdzie notowania LPR i Samoobrony nie skłonią tych partii do zaryzykowania parlamentarnego przesilenia, ale nawet bez tego lista ich życzeń będzie zapewne długa i kosztowna dla budżetu. I nie wszystkim żądaniom premier będzie mógł powiedzieć „nie”. Na razie szef rządu stara się zawężać pole negocjacji, twierdząc stanowczo, że warunkiem istnienia koalicji jest poparcie dla mitycznej reformy finansów publicznych i obniżeniu składki rentowej (czemu koalicjanci są niechętni). Ponieważ oni są inicjatorami korekty umowy koalicyjnej, za ich
zgodę na te przedsięwzięcia trzeba
będzie pewnie zapłacić, i to nie tylko stanowiskami.
Koalicyjni partnerzy Prawa i Sprawiedliwości nie ukrywają, że chcą wprowadzić do umowy koalicyjnej zapisy wzmacniające prospołeczne i prorodzinne działania rządu. To oznacza podwyżki, zasiłki, dodatki itp. Część z tych pomysłów premierowi uda się zapewne przesunąć w bliżej nieokreśloną przyszłość, ale część z nich pewnie ocaleje. Obniżenie składki rentowej jest obecnie dla rządu punktem honoru, więc tu ustępstw zapewne nie będzie, ale już wprowadzenie np. nowych świadczeń, tzw. prorodzinnych, nie jest wcale takie wykluczone. To, że realizacja tych pomysłów może być kłopotliwa dla budżetu, nie spowoduje zapewne żadnej refleksji. Papier — także ten, na którym drukowane są ustawy budżetowe — jest cierpliwy.
W jutrzejszych negocjacjach głównym żądaniem LPR i Samoobrony będzie jednak to, by Prawo i Sprawiedliwość jeszcze hojniej podzieliło się władzą. I nie chodzi tylko o stanowiska, ale także o włączenie koalicyjnych partii w proces decyzyjny. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że włączenie ekspertów Samoobrony i LPR np. w prace nad reformą finansów publicznych oznaczać będzie w najlepszym
razie wydłużenie prac nad nią o wiele miesięcy (bo nikt nie spodziewa się szybkiego kompromisu), w najgorszym — powstanie projektu będącego zaprzeczeniem reformy. Takie same obawy można mieć o inne — i tak wszak nie najśmielsze — gospodarcze projekty. Premier jest zbyt doświadczonym politykiem, by nie zdawał sobie z tego sprawy i można oczekiwać, że łatwo nie ustąpi. A to oznacza ponowny wzrost napięcia w koalicji, kłótni, podchody i połajanki. Może uda się osiągnąć kompromis w sprawie nowej umowy koalicyjnej, ale koalicja będzie działała po staremu.
Adam Sofuł