Obligacje high-yield wyciągnęły żółtą kartkę

opublikowano: 20-12-2018, 22:00

Popyt na amerykańskim rynku długu korporacyjnego jest najsłabszy od ostatniego kryzysu. Specjaliści wciąż jednak mówią o korekcie, a nie początku krachu.

Od połowy września rentowności amerykańskich obligacji śmieciowych, zwanych tez wysokodochodowymi (high-yield) wzrosły ponad 1 pkt. proc. Mimo że tamtejszy rynek bazuje na długu o stałej stopie procentowej, zaostrzenie polityki monetarnej przez amerykański bank centralny w połączeniu z wysokim poziomem lewarowania spółek budzi coraz większe obawy. Banki, które wcześniej zobowiązały się do finansowania wykupów o wysokim poziomie dźwigni miały problemy ze znalezieniem inwestorów zainteresowanych transakcją. Kilka dni temu „Financial Times” doniósł, że ze względu na brak inwestorów odwołano dwie transakcje dotyczące pożyczek lewarowanych w sektorze technologicznym i naftowym, w które zaangażowane były Barclays, Deutsche Bank, UBS i Wells Fargo.

W pierwszej połowie grudnia żadna firma nie pożyczyła pieniędzy na amerykańskim rynku obligacji wysokodochodowych. Gdyby sytuacja się utrzymała do końca roku, byłby to pierwszy tego typu miesiąc od listopada 2008 r. Czy zatem można tę sytuację traktować jako pierwszy realny zwiastun globalnej bessy? Zawsze jest przecież jakiś segment rynku, który przewraca się jako pierwszy, a za nim padają inne jak kostki domina.

— Problemy z popytem na rynku obligacji korporacyjnych wysokiego ryzyka teoretycznie mogą być zapowiedzią rozpoczęcia bessy na rynkach akcji i nadejścia recesji w gospodarce. Podobnie zresztą można traktować mające miejsce dokładnie w tym samym czasie tąpnięcie indeksów akcyjnych na Wall Street. Oba rynki — akcji i obligacji — mają „moc” wyprzedzającą w stosunku do gospodarki i fundamentów spółek — przyznaje Jarosław Niedzielewski, dyrektor departamentu inwestycji Investors TFI.

Jeszcze nie teraz

Zarówno ekspert Investors TFI, jak i inni jest jednak zdania, że na podstawie samego rynku obligacji high-yield nie można jeszcze wieszczyć początku krachu.

— Jak na razie spadki cen obligacji korporacyjnych mają więcej wspólnego z globalnym pogorszeniem nastrojów wśród inwestorów, szczególnie po spadkach na rynkach akcji, niż z informacjami sugerującymi pogorszenie się perspektyw spłacalności papierów dłużnych przedsiębiorstw. Choć zarządzający boją się pożyczać pieniądze klientów firmom, amerykański system bankowy nie poddał się tym panicznym nastojom. Generalnie banki wciąż jeszcze prowadzą w miarę łagodną politykę kredytową i nie ograniczyły dostępności do kapitału. Dlatego ostatnie zachowanie rynku obligacji korporacyjnych w Stanach Zjednoczonych traktowałbym jeszcze jako pokazanie hossie żółtej, ostrzegawczej, a nie czerwonej kartki — twierdzi Jarosław Niedzielewski.

— Spread obligacji high-yield dołączył do odwrócenia się krzywej dochodowości jako zwiastun nadchodzącej recesji. Problem w tym, że pomijając krótki odcinek w jej środku, amerykańska krzywa jeszcze się nie odwróciła. Podobnie, wzrost spreadu, choć niemały, na razie jest ponad dwa razy mniejszy od obserwowanego w 2015 r. Trudno więc uznać, że czerwona lampka już się zapaliła.Brak emisji w grudniu jest sygnałem niepokojącym, można powiedzieć — kolejnym sygnałem.

Biorąc jednak pod uwagę otoczenie makroekonomiczne i wciąż rosnące zyski spółek, na recesję przyjdzie poczekać nieco dłużej, niż wynikałoby z bieżącego sentymentu inwestorów — wtóruje mu Grzegorz Zatryb, strateg i zarządzający funduszami dłużnymi w Skarbcu TFI.

Również Sebastian Trojanowski, zarządzający portfelami w DM TMS Brokers, początek krachu odsuwa w czasie. Przyznaje on, że podwyżki stóp procentowych i skracanie bilansu amerykańskiego bankucentralnego są czynnikami, które od pewnego czasu wywierają presję na rynek papierów high-yield. Zwraca jednak uwagę, że dobra pozycja gotówkowa amerykańskich firm na poziomie zagregowanym, wzrost indeksów oraz przyspieszenie w gospodarce w 2018 r. wskutek reformy podatkowej Donalda Trumpa sprzyjały rynkowi długu korporacyjnego.

— W obliczu odwrócenia sentymentu na rynku akcji i kilku poważnych zagrożeń dla wzrostu inwestorzy nie są obecnie chętni do angażowania się w bardziej ryzykowne aktywa. Można by to nawet uznać za zjawisko pozytywne, gdyż neutralizuje ryzyko bańki spekulacyjnej. Jednakże, jeśli spowolnienie w 2019 r. okaże się głębsze, a w 2020 r. staniemy w obliczu nawet płytkiej recesji, część spółek będzie miało problem z refinansowaniem długów i, w dalszej kolejności, z ich spłatą, to może nakręcić spiralę wyprzedaży. Jest to oczywiście pesymistyczny scenariusz, który też jest odłożony w czasie, lecz na pewno nie należy ignorować ewentualnego dalszego pogorszenia warunków rynkowych w segmencie high-yield, gdyż historycznie jest to dobry probierz awersji do ryzyka na globalnych rynkach i negatywny rozwój sytuacji będzie zwiastował dalsze słabnięcie sentymentu na rynkach akcji — komentuje Sebastian Trojanowski.

Lepiej poczekać

Obaj nasi rozmówcy zwracają uwagę, że to co w obecnych problemach amerykańskiego rynku obligacji wysokodochodowych jest niepokojące, to skala odpływu kapitału. Jarosław Niedzielewski przypomina jednak, że od dołka z 2009 r. były już cztery okresy załamania rynku obligacji typu high-yield, które okazały się jedynie korektą w głównym trendzie. Tak było w latach 2010, 2011, 2014 i 2015-16. Obecny, piąty okres wyraźniej słabości zarówno na rynkach akcji, jak i ryzykownych obligacji, wciąż może więc okazać się tylko przerwą schładzającą nastroje i przygotowującą grunt pod kolejną falę wzrostów.

— Trzeba jednak przyznać, że cel ten udało się rynkowi osiągnąć bardzo szybko. Sentyment wśród inwestorów na obu rynkach jest najgorszy od lat. Paniczna wyprzedaż, szczególnie w ostatnich dwóch tygodniach, jest wzmacniana dużymi odpływami z funduszy obligacji wysokiego ryzyka — w tym pożyczek lewarowanych — mówi Jarosław Niedzielewski.

Grzegorz Zatryb wierzy, że nastąpi dalsze rozszerzenie spreadu między amerykańskimi papierami korporacyjnymi a skarbowymi, ale stopa zwrotu z obligacji high-yield nadal będzie dodatnia i w 2019 r. sięgnie 3 proc.

— Jest to wartość zbliżona do rentowności obligacji skarbowych rządu Stanów Zjednoczonych. Nic więc dziwnego, że inwestorzy wolą poczekać na przecenę na rynku high-yield i kupić nowe emisje już z wyższą o kilkadziesiąt punktów bazowych rentownością — tłumaczy Grzegorz Zatryb.

Dodaje, że w obecnej bardzo niepewnej sytuacji ostrożność w przypadku najbardziej ryzykownych aktywów dłużnych nie dziwi. Zwłaszcza iż zbliża się koniec roku i inwestorzy niechętnie podejmują ryzyko, które mogłoby pogorszyć tegoroczny wynik. Natomiast amerykańskie firmy nadal dysponują rekordowymi zasobami gotówki i mogą sobie pozwolić na zmniejszenie finansowania zewnętrznego.

— Nie muszą więc godzić się na duży wzrost marży za ryzyko. Sytuacja na rynku pierwotnym obligacji wysokodochodowych powinna zacząć się normalizować na początku 2019 r. — podsumowuje Grzegorz Zatryb, jeszcze przed środowym posiedzeniem amerykańskiego odpowiednika Rady Polityki Pieniężnej.

W momencie zamknięcia tego numeru nie znamy związanych z tym informacji. Rynek oczekiwał jednak zmniejszenia skłonności do podwyżek stóp procentowych.

Kamil Kosiński

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kamil Kosiński

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Obligacje high-yield wyciągnęły żółtą kartkę