Obniżka podatków na paliwa rozsmaruje problem po gospodarce

Ignacy MorawskiIgnacy Morawski
opublikowano: 2026-03-26 17:38

Jeżeli rząd będzie dotował paliwa dla konsumentów, to problem ich niedoboru przeniesie się w inne miejsca systemu. Może tak musi to działać.

Przeczytaj artykuł i dowiedz się:

- dlaczego rządy nie słuchają ekonomistów w kwestii regulacji cen energii

- co sprawia, że ludzie odrzucają ceny jako sprawiedliwy mechanizm alokacji dóbr w kryzysie

- jakie są prawdziwe koszty utrzymywania niskich cen paliw dla całej gospodarki

- czy istnieje alternatywa dla cenowej reglamentacji, którą można zastosować w praktyce

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Światu brakuje obecnie około 5 proc. ropy. Wprawdzie zaburzenie produkcyjne związane z wojną w Iranie jest większe, sięga ok. 10 proc. światowych dostaw, ale następuje stopniowe uwalnianie rezerw i zapasów.

Kto się ograniczy?

Ktoś musi więc zmniejszyć zużycie. Kto to będzie i kto zdecyduje o podziale kosztów?

Tradycyjna odpowiedź ekonomistów jest zwykle taka, że o alokowaniu dobra w gospodarce powinny decydować ceny. Najszybciej zrezygnują wtedy z konsumpcji ci, dla których ma ona najmniejszą wartość krańcową – może to być na przykład ktoś, kto jeździ do pracy samochodem, a może przerzucić się na rower, lub ktoś jeżdżący na weekend daleko za miasto, kto przez pół roku może jeździć bliżej. Są też oczywiście osoby ubogie, które zrezygnują z konsumpcji, bo po prostu nie będzie ich stać na poniesienie wyższych kosztów.

Więc dogmatyczna ekonomiczna recepta jest najczęściej taka, by problem rozwiązywać pomocą skierowaną do najbardziej potrzebujących. Może to być bon lub preferencyjna stawka cenowa do pewnego limitu konsumpcji, co jednak jest łatwiejsze w przypadku prądu niż paliwa.

OECD: Nie ruszać cen. Rząd: tniemy ceny

W najnowszym raporcie o stanie światowej gospodarki OECD (Organizacja Współpracy Ekonomicznej i Rozwoju) pisze tak: „Wiele rządów ogłosiło już nadzwyczajne programy wsparcia dla gospodarstw domowych i przedsiębiorstw, które mają złagodzić skutki ponownego wzrostu cen energii. Nowe działania powinny być precyzyjnie ukierunkowane na najbardziej potrzebujące gospodarstwa oraz firmy, a jednocześnie nie mogą osłabiać bodźców do ograniczania zużycia energii”. Innymi słowy: pomagajcie potrzebującym, ale zostawcie ceny w spokoju.

Kłopot polega na tym, że to nigdy nie działa w praktyce. Rządy znowu wprowadzają działania, które są nakierowane na obniżanie cen i szerokie wsparcie konsumentów, a nie tylko najuboższych. W poprzednim kryzysie energetycznym też tak było. Jak wykazała analiza think-tanku Bruegel w 2022 r., trzy czwarte programów pomocowych miało charakter ogólny, a nie kierowany do określonych grup.

Polski rząd w czwartek zapowiedział, że obniży VAT na paliwa z 23 proc. do 8 proc. i będzie kontrolował, czy dostawcy w całości przerzucają obniżkę na cenę końcową. Rozważana jest też opcja, by ubytek dochodów budżetowych sfinansować podatkiem nałożonym na firmy generujące w okresie inflacji nadzwyczajne zyski.

Ekonomiści mogą oczywiście sobie tłumaczyć, że politycy lekceważą ich rekomendacje, bo zależy im tylko na wygraniu najbliższych wyborów, a nie dobru ogółu. Ale jest to mętne i w istocie nieprawdziwe wyjaśnienie.

Ekonomia kontra intuicja

Powód tego, że politycy nie lubią stosować sygnałów cenowych, jest inny: ludzie nie akceptują cen jako mechanizmu reglamentacji w okresie kryzysu. Myślenie ekonomiczne wchodzi tu w konflikt z moralną intuicją przeciętnego człowieka.

Pokazali to słynni ekonomiści behawioralni Richard Thaler, Daniel Kahneman (obaj nobliści) i Jack Knetsch w pamiętnym artykule z 1986 r. pod tytułem „Fairness as a Constraint on Profit Seeking: Entitlements and the Market”. Badanie polegało na pytaniu ludzi o akceptowalność różnych cenowych posunięć firm.

Jedno z najbardziej znanych pytań brzmi mniej więcej tak: sklep z narzędziami sprzedaje łopaty do śniegu po 15 dolarów. Rano po wielkiej śnieżycy sklep podnosi cenę do 20 dolarów. Respondentów pytano, czy uważają to za sprawiedliwe, czy niesprawiedliwe. Aż 82 proc. uznało to za niesprawiedliwe. I nie jest to irracjonalna reakcja.

Podnoszenie cen łopat po śnieżycy jest „efektywne”, tylko jeśli założymy, że gotowość do zapłaty dobrze mierzy potrzebę. Ale bogaty człowiek, który chce odśnieżyć podjazd dla wygody, przebije biednego, któremu śnieg blokuje drzwi. Ludzie to instynktownie wyczuwają i dlatego się buntują.

Ludzie powszechnie uważają, że gdy następuje kryzys, to system alokacji niezbędnych dóbr powinien być oparty na czymś więcej niż tylko ceny.

Pytanie – na czym? Logicznie myślący człowiek powinien dojść do wniosku, że jedyną alternatywą dla cen jest jakaś centralnie sterowana reglamentacja. Z góry decydujemy o tym, kto może dostać więcej, a kto mniej. Łagodną formą tego byłoby na przykład obniżenie podatków na paliwa do pewnego poziomu konsumpcji – wtedy paliwo byłoby reglamentowane dla podstawowej konsumpcji, a limitowane ceną dla dużych zakupów. Ale do wprowadzenia tego na stacjach paliw trzeba by mieć system informatyczny, którego nie mamy.

Gospodarka udźwignie problem

Skoro reglamentacja jest technicznie trudna, a ceny są moralnie nieakceptowalne, politykom zostaje trzecia droga: rozsmarowanie problemu po gospodarce.

To właśnie robią. Jeżeli konsumenci zapłacą za paliwo tyle, ile dotychczas, mimo że paliwa brakuje na świecie, to problem braków i wyższych cen pojawi się w wielu innych miejscach systemu. Zabraknie go może w większym stopniu firmom transportowym, może rolnikom, producentom nawozów itd. Część firm zredukuje marże, część podniesie ceny. Albo możliwe, że po prostu wzrośnie nam deficyt handlowy i deficyt na rachunku bieżącym, co sprawi, że złoty się osłabi i więcej zapłacimy za import. Inflacja i tak się w końcu pojawi, ale będzie rozłożona na dłuższy czas i na szerszą gamę produktów. Jeżeli zaś firmy paliwowe zapłacą wyższy podatek, mogą zredukować inwestycje wobec wcześniejszych planów i ostatecznie będziemy mieli więcej problemów z energią w przyszłości. Nastąpi dekoncentracja problemu, rozłożenie go w przestrzeni i czasie.

Z czysto ekonomicznego punktu widzenia to nie jest optymalne. Rozsmarowanie kosztuje więcej, trwa dłużej i uderza w nieprzewidywalne miejsca. Ale jest to cena, którą społeczeństwa są najwyraźniej gotowe zapłacić za poczucie sprawiedliwości. Bo czysto ekonomiczny punkt widzenia nigdy o niczym w historii nie decydował.