Do planowego szczytu Rady Europejskiej w Brukseli jeszcze ponad tydzień, ale z każdym dniem intensyfikują się prace w podgrupach. Wiodącym tematem posiedzenia będzie strategia gospodarcza Europa 2020. Już teraz można obstawiać, że zbiórka głów państw i szefów rządów absolutnie nie ma zamiaru potulnie zatwierdzić przemyśleń Komisji Europejskiej. A przynajmniej nie za pierwszym podejściem. Sygnałem były reakcje bezpośrednio po ogłoszeniu projektu strategii, która została skrytykowana z najróżniejszych pozycji.
Przypomnijmy, że idealistyczny produkt Komisji Europejskiej ma trzy priorytety: inteligentny rozwój oparty na wiedzy i innowacji; zrównoważony wzrost oparty na gospodarce niskoemisyjnej; wspieranie wzrostu zatrudnienia i spójności gospodarczej, terytorialnej i społecznej. Owe priorytety mają być osiągnięte dzięki realizacji pięciu wymiernych celów, które zostaną przełożone na zobowiązania dla poszczególnych krajów. I właśnie w tym miejscu zaczynają się schody.
W poniedziałek debatowali o tym w Warszawie europejscy ministrowie Polski i Bułgarii, ale to tylko drobny przykład. W tych dniach analogicznych spotkań odbywa się bardzo dużo, na różnych szczeblach. Pewne wątki umieścił w programie swojej kurtuazyjnej wizyty w Polsce nawet książę Karol… Wszystko to potwierdza, że w zależności od poziomu rozwoju szczytne hasła strategii Europa 2020 odczytywane są zupełnie inaczej. Dla grupki nowych, biedniejszych członków UE jej najistotniejsze elementy to polityka spójności, wspólna polityka rolna oraz budowa infrastruktury. Unijne twarde jądro akurat w tych obszarach jest o kilka dekad w przodzie, dlatego myśli o zupełnie innych priorytetach. W zapalnym obszarze klimatyczno-energetycznym nasze gospodarki węglowe postrzegają "ekstremalnie ambitny" cel obniżenia w ciągu dziesięciu lat emisji CO2 aż o 30 proc. jako abstrakcję.
Dlatego wiele wskazuje na to, że właśnie w sporze o strategię na najbliższą dekadę może praktycznie zrealizować się odrzucana teoretycznie idea Unii dwóch prędkości.