Oby ta pałeczka nam nie wypadła

Jacek Zalewski
opublikowano: 13-09-2011, 00:00

Półroczną prezydencję Rady Unii Europejskiej można przyrównać do zmiany lekkoatletycznej sztafety. Polska przejęła pałeczkę od Węgier z przytupem, ale niestety trudno uniknąć wrażenia, że trzymamy ją coraz słabiej. Stąd nadzieja wyrażona w powyższym tytule, bo w grudniu nie byłoby czego przekazywać Duńczykom.

Wczoraj premier Donald Tusk kolejny raz udał się do centrali Unii Europejskiej na zaległe spotkanie z Hermanem Van Rompuyem, który 30 sierpnia odpuścił sobie udział w brukselskim święcie Solidarności. Praktyka unijnego życia potwierdza, że od wejścia w życie traktatu z Lizbony szef rządu państwa sprawującego prezydencję — każdego, nie tylko Polski — jest decyzyjnie ubezwłasnowolniony i na wszystko musi uzyskiwać zgodę stałego przewodniczącego Rady Europejskiej. Pośrednictwo Hermana Van Rompuya jest absolutnie konieczne, na przykład do dogadania się wszystkich państw członkowskich w sprawie tzw. sześciopaku, czyli pakietu pięciu rozporządzeń i jednej dyrektywy, które mają ustabilizować zarządzanie finansowe i trzymać narodowe budżety w ryzach. Co z tego, że Parlament Europejski pod wodzą Jerzego Buzka wyraża gotowość do uchwalenia pakietu w każdej chwili, skoro w procesie legislacyjnym jest tylko jedną izbą, a drugą stanowi właśnie rozrywana interesami poszczególnych państw rada. Również od działań Hermana Van Rompuya zależy, czy 29 września szczyt partnerstwa wschodniego w Warszawie zgromadzi pierwszy garnitur decydentów, tak jak posiedzenie Rady Europejskiej, czy z kilku ważnych państw zastępczo przyjadą jedynie szefowie dyplomacji, wicepremierzy etc.

Pozostając poza strefą euro, Polska ma wyjątkowo niezręczną sytuację, cokolwiek inicjując, ponieważ z tygodnia na tydzień w unijnym twardym jądrze dojrzewa myśl silniejszego traktatowego uregulowania Eurolandu. Obecnie istnieje on tylko w dwóch zdaniach w jednym z protokołów załączonych do Lizbony. Prawna kwadratura koła polega na tym, że zgodę musiałby wyrazić komplet 27 państw członkowskich, a nie tylko 17 posługujących się wspólną walutą. Polska już staje na czele ruchu oporu grupy spoza strefy euro, co nie rokuje dobrze naszym relacjom z potentatami z twardego jądra.

Wczorajsze rozmowy szefa rządu w Brukseli pechowo zbiegły się z opublikowaniem wspólnego listu największych unijnych płatników, zjednoczonych przeciwko proponowanej przez Komisję Europejską wielkości i strukturze wieloletniego budżetu 2014-20. Polskiej prezydencji, a konkretnie ministrowi ds. europejskich Mikołajowi Dowgielewiczowi, pozostało wyłącznie przyjąć ten list do wiadomości. Już sam zestaw sygnatariuszy daje wiele do myślenia: Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Włochy, Austria, Holandia, Finlandia, Dania i Szwecja — czyli zarówno czterej trzymający sznurki potentaci, jak i gospodarna Skandynawia. Płatnicy absolutnie nie zgadzają się na kreatywną księgowość, czyli na wyjęcie poza stałe ramy budżetu kilku specjalnych funduszy w łącznej wysokości 58,3 mld EUR. Komisja Europejska co prawda zaproponowała zablokowanie wydatków na poziomie 1,05 proc. unijnego PKB, co oznacza zamrożenie budżetu w cenach z roku 2013. Ale jeśli uwzględni owe pieniądze księgowo wyjęte na zewnątrz, to budżet 2014-20 sięga 1,11 proc. PKB — czyli realnie o 5 proc. powyżej perspektywy 2007-13.

Naprawdę lepiej, że rozstrzygające budżetowe starcie odbędzie się dopiero w przyszłym roku, bo jako państwo neutralnie sprawujące prezydencję Polska ma z założenia usta zamknięte…

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu