Dramat Rzeczypospolitej Polskiej ma dodatkowy kontekst ze względu na miejsce katastrofy, w której zginęła głowa państwa i blisko sto innych osób. Po pierwsze — w warstwie symbolicznej, jako że schodzenie do nieszczęsnego lotniska w Smoleńsku odbywa się niemal nad katyńskim lasem. Po drugie — katastrofa wydarzyła się kraju producenta samolotu. Tupolew 154M z numerem 101 był w zasadzie produktem radzieckim z roku 1990, ale praktycznie powstał w Federacji Rosyjskiej w roku… 2009. Otóż tzw. remont główny w zakładach w Samarze, z którego maszyna wróciła do Warszawy przed Bożym Narodzeniem niczym nówka — co miałem okazję sprawdzić dosłownie na węch niedługo potem — polega na jej rozebraniu niemal do zera i złożeniu na nowo. Ta mało znana okoliczność ma ogromne znaczenie przy badaniu przyczyn tragicznej katastrofy.
Wstrząśnięta Polska wciąż się zastanawia, jak to było możliwe, że razem leciało aż tyle ważnych osób. Pięć lat temu lista pewnego wspólnego lotu była znacznie bardziej imponująca —do Rzymu na pogrzeb polskiego papieża Jana Pawła II. Osobiście miałem okazję cztery razy lecieć w towarzystwie i głowy państwa, i szefa rządu. Na przykład po podpisaniu w 2003 r. w Atenach traktatu akcesyjnego do Unii Europejskiej jedyny sprawny wtedy Tupolew miał obrócić dwa razy, jednak uniesieni triumfem prezydent Aleksander Kwaśniewski i premier Leszek Miller wsiedli późnym wieczorem razem, dla oszczędności i czasu, i pieniędzy… Z kolei na tzw. konsultacje międzyrządowe leciało się z premierem i nawet dziewięcioma konstytucyjnymi ministrami. Można zatem postawić tezę, że takie hurtowe ryzyko klasy politycznej jest kosztem ubocznym realiów życia publicznego.
Przytłaczający nas narodowy szok nie wyklucza stawiania już teraz pytań, jak to wszystko przełoży się na realne stosunki Polski z Rosją. 7 kwietnia obserwowałem z bliska, stojąc dosłownie kilka metrów za premierami Donaldem Tuskiem i Władimirem Putinem, braterskie składanie wieńców na polskim cmentarzu w Katyniu. Potem rozmawialiśmy z wieloma działaczami rosyjskiego Memoriału, którzy na gorąco postawili następującą tezę: nie ma już odwrotu, od tego dnia nikt w Rosji nie wykona już kroku w tył, na przykład odgrzewając brednie o zamordowaniu polskich oficerów przez hitlerowców.
Niestety, życzliwi ludzie Memoriału od razu schłodzili nasze nadzieje na wykonanie przez władze Rosji kroków do przodu. Przewidują, że polskie cmentarze będą bardzo szanowane, ale zostaną uznane jedynie za pojedyncze gwiazdki na gigantycznej mgławicy zbrodni stalinowskich. To fakt, z czysto matematycznego punktu widzenia 25 tysięcy ofiar polskich to tylko mały odsetek wobec milionów. I gospodarz uroczystości Władimir Putin bardzo sprytnie rozegrał to w samym Katyniu, gdzie polscy oficerowie stanowią najwyżej 30 proc. wszystkich tam zamordowanych. Przed wejściem do zespołu cmentarnego wmurował — razem z Donaldem Tuskiem — kamień węgielny efektownej cerkwi, której przyjdzie pełnić funkcję świątyni ekumenicznej.
Sobotnia tragedia pod Smoleńskiem radykalnie zmieniła wydźwięk uroczystości ze środy. Cała Rosja szczerze i serdecznie współczuje Polsce utraty żywego symbolu władzy państwowej, która w tamtejszej tradycji jest szanowna nieporównanie bardziej, niż u nas. Efekt wzmocniła dosyć zaskakująca decyzja polityczna o wyświetleniu filmu "Katyń" w głównej telewizji. Miliony widzów zszokowały nie tylko końcowe sceny egzekucji, ale cały kontekst polityczny, rozdzieranie biało-czerwonej flagi polskiej, a zwłaszcza braterskie ściskanie się Armii Czerwonej z Wehrmachtem. Po emisji pozostały trudne pytania, na razie bez odpowiedzi.
Ważnym sygnałem, jakie ślady te dramatyczne polskie dni zostawią w Rosji, będą uroczystości 9 maja w Moskwie. Zwracam uwagę, że formalnie nie będą to obchody 65. rocznicy zakończenia drugiej wojny światowej w Europie. 9 maja to dzień zwycięstwa Związku Radzieckiego w Wielkiej Wojny Ojczyźnianej 1941-45. Dla jego obywateli wszystko zaczęło się hitlerowskim napadem dopiero 22 czerwca 1941 r. Dwa lata od 1 września 1939 r. to w Rosji wciąż gigantyczna biała plama. Ciekawe, jak zostanie zapisana w kontekście usilnych rosyjskich dążeń do Europy.
W Rosji była to uświęcona tradycja, ale w dekadzie rządów prezydenta Władimira Putina nastąpiło wyjątkowe stopienie się decyzji politycznych i gospodarczych. Stosunki z Polską przebiegały zgodnie z sinusoidą, której okres wyznaczał władca Kremla. Przy jego życzliwości i akceptacji można było handlować, podpisywać kontrakty etc. Jeśli jej nie było — w kontaktach biznesowych pojawiały się niepojęte trudności, zaczynały się nadzwyczajne inspekcje etc.
Gdy dwa lata temu byliśmy w Moskwie z premierem Donaldem Tuskiem, wpadł mi w ręce numer anglojęzycznego "The Moscow Times" z kapitalnym artykułem. Wymieniona została tam bardzo długa lista funkcjonariuszy Kremla (siedziba prezydenta), moskiewskiego Białego Domu (siedziba rządu) oraz szefów wielkiego biznesu, wywodzących się z Federalnej Służby Bezpieczeństwa i jej poprzednika Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego. Przy nazwiskach ministrów, prezesów, dyrektorów podana była ich funkcja ze służb wraz ze stopniem. Notabene sam prezydent dosłużył się podpułkownika, ale zagospodarowywał generałów.
Dzisiaj nastąpiły tam pewne roszady, owych kadr ciut mniej jest na samym Kremlu przy cywilnym prezydencie Dmitriju Miedwiediewie, za to rządowy Biały Dom na służbach stoi. Jeśli analizy tego sprawnego aparatu pokazują, że w obecnej sytuacji należy Polsce zapalić zielone światło, także w gospodarce — to należy się z tego tylko cieszyć. Ale zarazem pamiętać, że ruch podlega stałemu nadzorowi i kolor na sygnalizatorze może się zmienić…