Którą odmianę taekwondo trenował pan w nastoletnich czasach? Krwistą rodem z Korei Północnej czy bardziej artystyczną z Południa?
Agresywną. Wie pan, ja pochodzę z Lubartowa nieopodal Lublina. To taka miejscowość, gdzie chłopak może robić dwie rzeczy: pić wódkę lub uprawiać sport. Wybrałem to drugie.
Łobuzował pan, stąd te sztuki walki? Czy po prostu wódka panu nie smakowała?
Lubartów do dziś jest mekką taekwondo w Polsce. Stamtąd od trenera Jerzego Jeduta w świat wyszły dziesiątki mistrzów Polski i niejeden mistrz świata. Mój starszy brat kumplował się z Jedutem, wciągnął mnie. I tak zostałem na 8 lat. Nawet jakiś regionalny turniej wygrałem! Choć przyznam, że nigdy nie dorobiłem się czarnego pasa. Od kolekcjonowania stopni bardziej interesowały mnie akcja, walka, adrenalina, sparing. Tę południową wersję taekwondo — olimpijską — uważam za balet, żart. W ogóle to nieskromnie powiem, że miałem smykałkę do sportu.
Ale kariery pan nie zrobił.
Ma w to wkład polska myśl szkoleniowa. Kiedy zdałem na AWF, zobaczyłem, że taekwondo w Warszawie to plaża. Nic się nie dzieje. No to zacząłem próbować koszykówki,lekkiej atletyki. Na trzecim roku studiów miałem swoje pięć minut. Bo wie pan, ja od tych treningów taekwondo byłem dynamit i sprężyna. Wzięli mnie na skok w dal. Niech pan strzela, ile skoczyłem na proste nogi, wzięty z ulicy, bez techniki?
Sześć metrów?
Siedem. Trenerzy zaraz okrzyknęli mnie talentem, prorokując mi rychłe dobicie do ośmiu metrów.
Tu wkracza polska myśl szkoleniowa?
Właśnie. Zamiast szlifować technikę, dowalili mi ciężary, siłę, przerzucałem wielkie tonaże. I zaraz zabili moją świeżość, skoczność, lekkość... W zawodach nigdy nie przebiłem się za 6,50 m.
Polski biznes tylko na tym zyskał.
Nie było tak, że ja tylko na bieżni albo na macie siedziałem. Już w liceum kręciło mnie radio, prowadziłem szkolny radiowęzeł. Na AWF-ie, w akademiku, odkryłem dobrze wyposażone studia radiowe z czasów wczesnego PRL. Przez dekady magazynowały kurz. Wraz z kolegami rozkręciliśmy studencki radiowęzeł. „Słoma”, czyli Paweł Słomiński, były trener Otylii Jędrzejczak, reklamował tam swój sklepik ze sprzętem ściąganym z Niemiec. To był początek lat 90., w pokojach były jeszcze szczekaczki.
Był pan DJ-em?
Ambicje sięgały wyżej niż pogadanki i śmichy chichy dla studentów. Raz wpadł do nas Wojciech Zieliński, późniejszy dziennikarz sportowy w TVP, i rzucił pomysł, że skoro mamy takie studio, to może by radio dla całego miasta zrobić.
A nadajniki, osprzęt, zezwolenia?
Zrobiłem na kartce biznesplan, poszedłem na targi telekomunikacyjne i pogadałem z przedstawicielami Siemensa-Nixdorfa. A ci na hasło radio od razu zadeklarowali pokaźne dofinansowanie na start. Strasznie byłem wówczas podekscytowany. Będę miał radio!
Co nie wypaliło?
Przekazałem dobre wieści rektorowi. I nie przewidziałem jego reakcji, on był człowiekiem minionego systemu.
Pogonił wichrzyciela.
Nie chciał mieć kłopotów na głowie. Sprawa się rypła, pół roku później był chałupniczy start „Zetki”. Siedzieliśmy przy radioodbiornikach i śmialiśmy się z ich wpadek, jednocześnie mając świadomość, że po tamtej stronie mogliśmy być my.
Wtedy poszedł pan do komandosów?
Nauczycielem nie chciałem być. Płacili marnie. Wojsko wciąż kusiło m.in. mieszkaniami. Wykoncypowałem sobie, że najlepsze będą jednostki specjalne, z tymi sztukami walki na trenera się nadam. Przeszedłem przeszkolenie wojskowe, odbyłem praktyki w jednostce komandosów na Okęciu i czekałem na nominację oficerską. Tę podpisać miał Lech Wałęsa.
Niech zgadnę: jak nie dał 100 milionów, tak i nie podpisał.
Sprawa się przeciągała. Kiedy wreszcie podpisał i wojsko się do mnie zgłosiło, to ja już gwizdałem na pracę w mundurze. Wtedy jeździłem zagranicznymi nowymi furami, zarabiałem kupę forsy i zdobywałem świat.
Handelek?
Handelek, ale nie taki, o jakim pan myśli. Spotkałem kumpla, który pracował w Marsie. Opowiadał mi, jak tam jest fantastycznie. Poszedłem więc na rozmowę kwalifikacyjną. Zapytali: bierze pan robotę handlowca w Gdańsku? Gdy usłyszałem, ile płacą, nie zastanawiałem się ani chwili.
Batoniki szły jak woda?
To były wspaniałe czasy. Odpowiadałem za słodycze, karmę dla zwierząt i markę Uncle Ben's. Szybko awansowałem, wkrótce miałem swój makroregion, zarządzałem kilkudziesięcioosobowym zespołem.
Chomąto korporacji nie uwierało niedawnego wojownika, skoczka i radiowca?
Praca w ówczesnym Marsie to nie było wejście w typową dojrzałą korporację. To były wielkie projekty, nauka, szkolenia, pokaźne budżety, atmosfera, budowanie. Taki uniwersytet ekonomiczny.
Przychodzi facet po AWF i oni robią z niego biznesmena?
Tak było, brakowało rzutkich ludzi do pracy. Jak się sprawdzasz, dostajesz budżet — kilkaset tysięcy dolarów — i jedziesz, bracie. Za porażki głowy nie urywali. Budując IMS, przeszczepialiśmy dobre rzeczy z korporacji, głupie odrzucając. Ja już 20 lat temu uczestniczyłem w szkoleniach ze światowymi autorytetami coachingu.
Dbali i chuchali, a pan uciekł. Może jednak coś zgrzytało?
Raczej chodziło. Mi po głowie.
Znowu radio?
Coś koło tego. W 2000 r. stoimy z handlowcem w hali marketu sieci Geant i słyszymy, że oni z głośników puszczają regularne radio, w którym lecą reklamy konkurencyjnych sieci. Co za marketingowa bzdura! W tym samym czasie spotykam kumpla ze studiów, Darka Lichacza, szefa muzycznego Radia Kolor, DJ-a w klubach. Burza mózgów i jest pomysł: stwórzmy radiostacje, playlisty dla sieci handlowych. Tu są pieniądze, tu jest nisza.
Handlowcy to rozumieli?
Panie w ZAiKS-ie robiły wielkie oczy, gdy prosiliśmy o zgodę na korzystanie z ich katalogu. Ale duże sieci wiedziały, że dobra muzyka stymuluje sprzedaż. Pierwsza była Galeria Mokotów, zresztą jest z nami do dziś. Wkrótce dołączyli kolejni znajomi, informatycy, i zbudowali nam własny serwer muzyczny, takie pudełko instalowane w miejscu sprzedaży, zarządzane przez sieć. To pozwoliło nam skalować biznes, docierać do tysięcy klientów.
Teraz macie też marketing zapachowy, ekrany LED, produkujecie reklamy. Da się jeszcze coś wymyślić?
Na pewno da się zrobić jeszcze lepiej. W Berlinie od lat pracujemy z salonem fryzjerskim najdroższego tamtejszego fryzjera Shana Rahimkhana. To jeden z naszych najbardziej wymagających, ale i najlojalniejszych klientów. I wie pan co? Tak dopracowaliśmy ścieżkę muzyczną dla jego salonu, że nie tylko Shan ją uwielbia. Dostajemy zapytania od zamożnych Niemek, czy możemy im wdrożyć pewną playlistę. Taką jak u Shana. &
© Ⓟ
Michał Kornacki
Absolwent warszawskiej AWF, karierę zawodową rozpoczął w 1994 r. w Masterfoods Polska jako przedstawiciel handlowy, by awansować na regionalnego kierownika sprzedaży. W 2002 r. objął stanowisko prezesa Marspol Serwis. Był głównym architektem powstania IMS. Od 2005 r. zasiada w zarządzie, a od 2007 r. jest szefem tej giełdowej spółki.
