Od jej wyrażenia do wydania rozstrzygnięcia upływa od kilku tygodni do nawet kilku miesięcy — ale naprawdę marne są szanse, by Polska wywinęła się od płacenia 61 tys. EUR za każdy dzień spóźnienia we wdrożeniu dyrektywy o odnawialnych źródłach energii (OZE). Trybunał ma zwyczaj w takich sytuacjach jednak uderzać po kieszeni państwo oporne w podporządkowywaniu się prawu unijnemu. Zwłaszcza że akurat w sektorze energetycznym węglowa Polska ma utrwaloną opinię państwa wyjątkowo krnąbrnego wobec idealistycznych planów unijnych.
Opinie z Brukseli i Strasburga oczywiście słychać także w organie sądowym w Luksemburgu. Reakcja naszego Ministerstwa Gospodarki okazuje się typowa — dominuje samouspokajanie się, że bywają precedensy i czasami trybunał orzeka inaczej. Nie tym razem. Możemy się jednak pocieszyć, że według pierwotnego pozwu Komisji Europejskiej przeciw Polsce mieliśmy płacić dziennie 133 tys. EUR, ale potem stawka została zmniejszona w związku z przyjęciem w naszym systemie prawnym części wymaganych przez dyrektywę przepisów. Chodzi o osiągnięcie w UE 20-procentowego udziału energii odnawialnej do 2020 r., wszystkie kraje miały wprowadzić u siebie takie przepisy do 5 grudnia 2010 r. Dla polskiej gospodarki dyrektywa jest niewątpliwie strasznie kosztowna i może się okazać, że nawet po naliczeniu kary spóźnienie per saldo się… opłaci.