Odblokowanie

Agnieszka Rodowicz
opublikowano: 2011-04-29 11:16

Osiedla z lat 50. i 60. nabrały już szlachetniej patyny. Nikt nie mówi, żeby je burzyć. Co innego wielka płyta. Ta wciąż budzi kontrowersje. Jedni krzyczą: wysadzić w powietrze! Bach. W blokach mieszka jakieś 12 milionów Polaków. Gdzie mieliby się podziać?

Dwanaście minut. Tyle trwało wysadzenie wielkiego blokowiska Pruitt-Igoe w St. Louis w USA. 12 stycznia 1972 r. uważa się w USA za koniec epoki wielkich osiedli mieszkaniowych. Prawie 40 lat później w Polsce nadal mieszka w nich kilkanaście milionów ludzi. Bloki zdominowały krajobraz.

Niebotyki i wielka płyta

Metropolie zaczęły piąć się w górę pod koniec XIX wieku.

— Najwyższy w tamtym stuleciu budynek murowany wzniesiono w Chicago w 1891 r. Miał 16 pięter. Konstrukcja stalowa pozwoliła przełamać barierę kilkunastu kondygnacji — mówi Alicja Gzowska, historyk architektury.

W Polsce niebotyki, jak nazywano wieżowce, pojawiły się na początku XX w. Po II wojnie światowej bloki przypadły do gustu budowniczym Polski Ludowej. Dziś socrealistyczne założenie Praga II w Warszawie figuruje na liście zabytków urbanistyki. Te bloki mają tarasy na dachach, jednak mieszkania są nieduże. Bo w powojennej Polsce odgórnie ustalono maksymalnie 10 mkw. na mieszkańca. Mimo to wciąż brakowało mieszkań. A rząd chciał, by socjalistyczna ojczyzna budowała się szybko. I tanio.

Zbawieniem okazała się wielka płyta. Początek lat 70. to erupcja tego typu budownictwa w Polsce. Gotowe ściany wraz z elewacją produkowano w tzw. fabrykach domów i przewożono na budowę. Ale w odgórnie planowanej gospodarce zdarzają się takie absurdy, jak wożenie prefabrykatów z Wybrzeża na Śląsk. Nic dziwnego, że ich transport był drogi. Poza tym płyty łatwo uszkodzić, a naprawa jest trudna. Żeby wyrobić ambitne plany, pracownicy oszczędzali na czasie i materiale. Beton był surowcem deficytowym, robotnicy zapychali więc dziury czym popadło, kładąc na wierzch tylko trochę zaprawy.

W PRL-owskich blokach nie tylko betonu było niewiele: mieszkania są małe, ciasne, niskie, jednostronne. O basenie na dachu można pomarzyć. Czasami nawet kuchnia jest luksusem. Architekt, który na początku lat 60. XX w. zaprojektował Superjednostkę w Katowicach, miał, co prawda, pomysł, żeby w bloku znalazły się punkty usługowe czy sklepy, ale władze liczyły na blok kolektywny na wzór radziecki. Mieszkania miały być bez kuchni, za to ze wspólną dla wszystkich mieszkańców jadalnią. Ostatecznie powstały ślepe kuchnie — kompromis między ambicjami władzy i architekta.

Wzorki na betonie

Kiedy u nas kwitła budowa wielkich osiedli, na Zachodzie już dawno jej zaprzestano. Marzenia urbanistów nie wytrzymywały konfrontacji z rzeczywistością. W osiedlach na obrzeżach miast mieszkali głównie najbiedniejsi, rodziny ze społecznego marginesu. Wzrastała przestępczość, "normalni" najemcy uciekali. Bloki były zaniedbane, przestrzenie wspólne dewastowane. Taki los spotkał Pruitt-Igoe — zaprojektowane w latach 50. XX w. przez Minoru Yamasakiego (autor m.in. Dwóch Wież WTC) zgodnie z postulatami modernistów.

U nas jeszcze przez kolejne 20 lat wznoszono blokowiska. Dziś toczy się dyskusja, co z nimi robić. Maluje się bloki w różowe wzorki. Czy to wystarczy, by uniknęły marginalizacji? Powątpiewa w to profesor Sławomir Gzell z Zakładu Projektowania Urbanistycznego Politechniki Warszawskiej, autor dwóch książek na temat reurbanizacji osiedli wielkopłytowych.

— Pomalowanie elewacji może uświadomić mieszkańcom potrzebę zmian, być impulsem do działania, przełamywania bierności władz, samych mieszkańców i administracji. Ale to tylko początek — twierdzi profesor.

Nieprzyjazne blokowisko można zmienić w at-rakcyjne osiedle. Przykładów trzeba jednak szukać za granicą. Profesor Gzell wskazuje na sukcesy Niemców, którzy po szczegółowej analizie przyjęli rządowy program rewitalizacji bloków. Takich jak na osiedlu Hellersdorf w Berlinie.

— Są tam budynki, które tylko pomalowano. Ale obok stoją bloki, w których zdemontowano wyższe piętra i połączono mieszkania, by je powiększyć — opowiada urbanista.

Budynki modernizuje się, montując nowoczesne windy, instalując okna w ślepych kuchniach i łazienkach. Część niezamieszkałych wyburza się, urządzając w ich miejscu parki, boiska, place zabaw, oczka wodne… Rozbija się też monokulturę wielkiej płyty, stawiając między starymi blokami nowe domy z cegły. Nieużywane żłobki, przedszkola, szkoły zamienia się np. w pasaże handlowe.

— Trzeba przyznać, że Niemcom jest łatwiej z powodu innej struktury własności. Poza tym Polska jest jeszcze dość ubogim krajem. Dlatego rewitalizacja ogranicza się często do obłożenia bloku styropianem i pomalowania go, co nierzadko niszczy harmonię modernistycznej elewacji. W najlepszym wypadku na ścianach powstają artystyczne murale. Przykładem jest Gdańska Zaspa, gdzie w ramach Festiwalu Malarstwa Monumentalnego powstała galeria na blokach z wielkiej płyty — zauważa Sławomir Gzell.

Mimo że bloki nie wyglądają dziś lepiej niż wtedy, gdy je zbudowano (a zazwyczaj, mimo różowych szlaczków, znacznie gorzej), mieszkania w mrówkowcach mają całkiem dobre notowania. Badania przeprowadzone przez naukowców i studentów z Katedry Gospodarki Przestrzennej Uniwersytetu Łódzkiego wykazały, że mieszkańcy osiedli z wielkiej płyty są z nich zadowoleni. Bo mają wiele zalet. Za PRL-u od razu planowano na nich pocztę, przychodnię, przedszkola, szkoły… Są też place zabaw, skwery, między budynkami zachowano rozsądne odległości. Mieszkania może niewysokie, ale dzięki dużym oknom jasne. Wielkim plusem jest też ich położenie (osiedla budowano często w historycznym centrum) i dobre połączenia komunikacyjne. I co być może najważniejsze — społeczności na starych osiedlach są zazwyczaj zżyte. Sąsiedzi pomagają sobie, organizują się, by założyć parking albo park.

Projekt Staircase

Pytania o szansę na dobrosąsiedzkie stosunki w tak odhumanizowanych przestrzeniach jak blokowiska zadają też artyści. Ostatnią pracą Pawła Althamera jest instalacja Staircase. Urządził klatkę schodową w bloku na warszawskim Bródnie, gdzie mieszka od ponad 30 lat, jak scenografię filmu science-fiction. W założeniach miała być rodzajem małej świetlicy, miejscem spotkań, artystycznych działań. Remont poprzedziło kilka miesięcy negocjacji z mieszkańcami i spółdzielnią.

— To projekt o pokonywaniu lęku przed nowym, przed zmianą — mówi Katarzyna Redzisz, kuratorka Tate Modern, współprowadząca fundację Open Art Projects, która realizowała projekt.

Ostatecznie mieszkańcy przekonali się do pomysłu. Z ich inicjatywy na klatce schodowej odbywają się cykliczne spotkania i projekcje filmowe. Sąsiedzi opiekują się kosmiczną klatką. Wbrew obawom trzy miesiące po wernisażu nic nie zostało zniszczone.

Najwięcej dla bloków robią sami mieszkańcy: prowadzą osiedlowe blogi (np. www.ursynow.org.pl), organizują społeczne parkingi. Marlena i Marek Happachowie z bloku na warszawskim Służewie tworzą internetowy przewodnik po stołecznych blokowiskach (www.odblokuj.org). Coraz częściej można też znaleźć w pismach wnętrzarskich przykłady świetnie urządzonych mieszkań w gomułkowskiej ramie H czy gierkowskim wielkopłytowcu.

Wbrew miejskim legendom stan techniczny bloków jest dobry. Badania wykonane przez zespół prof. Tadeusza Bilińskiego z Zakładu Budownictwa Ogólnego i Architektury Uniwersytetu Zielonogórskiego oszacowały trwałość polskiej wielkiej płyty na jakieś 110 lat.

Jaka jest więc przyszłość blokowisk? Profesor Gzell przewiduje dwa scenariusze.

— Zamożniejsi mieszkańcy mogą opuszczać osiedla. Pozostaną najbiedniejsi, najstarsi — spółdzielnie będą biedniały. Bardziej prawdopodobne jest jednak, że stery przejmą aktywniejsi: ludzie wykształceni, nieźle zarabiający. Oni traktują swoje osiedle jak "małą ojczyznę" i nie dopuszczą, by zmieniło się w slums. Poza tym ludzie pasjonują się teraz wzornictwem lat 50.-60., szukają w nim swoich korzeni. Wkrótce mieszkanie w bloku może się stać po prostu modne — prognozuje Sławomir Gzell.

Wygląda więc na to, że przyszłość polskich blokowisk maluje się różowo.

Wyremontowana klatka schodowa w bloku na warszawskim Bródnie. Projekt artysty Pawła Althamera. Foto: Tomasz Pikuła
Wyremontowana klatka schodowa w bloku na warszawskim Bródnie. Projekt artysty Pawła Althamera. Foto: Tomasz Pikuła
None
None

Dwanaście minut. Tyle trwało wysadzenie wielkiego blokowiska Pruitt-Igoe w St. Louis w USA. 12 stycznia 1972 r. uważa się w USA za koniec epoki wielkich osiedli mieszkaniowych. Prawie 40 lat później w Polsce nadal mieszka w nich kilkanaście milionów ludzi. Bloki zdominowały krajobraz.

Niebotyki i wielka płyta

Metropolie zaczęły piąć się w górę pod koniec XIX wieku.

— Najwyższy w tamtym stuleciu budynek murowany wzniesiono w Chicago w 1891 r. Miał 16 pięter. Konstrukcja stalowa pozwoliła przełamać barierę kilkunastu kondygnacji — mówi Alicja Gzowska, historyk architektury.

W Polsce niebotyki, jak nazywano wieżowce, pojawiły się na początku XX w. Po II wojnie światowej bloki przypadły do gustu budowniczym Polski Ludowej. Dziś socrealistyczne założenie Praga II w Warszawie figuruje na liście zabytków urbanistyki. Te bloki mają tarasy na dachach, jednak mieszkania są nieduże. Bo w powojennej Polsce odgórnie ustalono maksymalnie 10 mkw. na mieszkańca. Mimo to wciąż brakowało mieszkań. A rząd chciał, by socjalistyczna ojczyzna budowała się szybko. I tanio.

Zbawieniem okazała się wielka płyta. Początek lat 70. to erupcja tego typu budownictwa w Polsce. Gotowe ściany wraz z elewacją produkowano w tzw. fabrykach domów i przewożono na budowę. Ale w odgórnie planowanej gospodarce zdarzają się takie absurdy, jak wożenie prefabrykatów z Wybrzeża na Śląsk. Nic dziwnego, że ich transport był drogi. Poza tym płyty łatwo uszkodzić, a naprawa jest trudna. Żeby wyrobić ambitne plany, pracownicy oszczędzali na czasie i materiale. Beton był surowcem deficytowym, robotnicy zapychali więc dziury czym popadło, kładąc na wierzch tylko trochę zaprawy.

W PRL-owskich blokach nie tylko betonu było niewiele: mieszkania są małe, ciasne, niskie, jednostronne. O basenie na dachu można pomarzyć. Czasami nawet kuchnia jest luksusem. Architekt, który na początku lat 60. XX w. zaprojektował Superjednostkę w Katowicach, miał, co prawda, pomysł, żeby w bloku znalazły się punkty usługowe czy sklepy, ale władze liczyły na blok kolektywny na wzór radziecki. Mieszkania miały być bez kuchni, za to ze wspólną dla wszystkich mieszkańców jadalnią. Ostatecznie powstały ślepe kuchnie — kompromis między ambicjami władzy i architekta.

Wzorki na betonie

Kiedy u nas kwitła budowa wielkich osiedli, na Zachodzie już dawno jej zaprzestano. Marzenia urbanistów nie wytrzymywały konfrontacji z rzeczywistością. W osiedlach na obrzeżach miast mieszkali głównie najbiedniejsi, rodziny ze społecznego marginesu. Wzrastała przestępczość, "normalni" najemcy uciekali. Bloki były zaniedbane, przestrzenie wspólne dewastowane. Taki los spotkał Pruitt-Igoe — zaprojektowane w latach 50. XX w. przez Minoru Yamasakiego (autor m.in. Dwóch Wież WTC) zgodnie z postulatami modernistów.

U nas jeszcze przez kolejne 20 lat wznoszono blokowiska. Dziś toczy się dyskusja, co z nimi robić. Maluje się bloki w różowe wzorki. Czy to wystarczy, by uniknęły marginalizacji? Powątpiewa w to profesor Sławomir Gzell z Zakładu Projektowania Urbanistycznego Politechniki Warszawskiej, autor dwóch książek na temat reurbanizacji osiedli wielkopłytowych.

— Pomalowanie elewacji może uświadomić mieszkańcom potrzebę zmian, być impulsem do działania, przełamywania bierności władz, samych mieszkańców i administracji. Ale to tylko początek — twierdzi profesor.

Nieprzyjazne blokowisko można zmienić w at-rakcyjne osiedle. Przykładów trzeba jednak szukać za granicą. Profesor Gzell wskazuje na sukcesy Niemców, którzy po szczegółowej analizie przyjęli rządowy program rewitalizacji bloków. Takich jak na osiedlu Hellersdorf w Berlinie.

— Są tam budynki, które tylko pomalowano. Ale obok stoją bloki, w których zdemontowano wyższe piętra i połączono mieszkania, by je powiększyć — opowiada urbanista.

Budynki modernizuje się, montując nowoczesne windy, instalując okna w ślepych kuchniach i łazienkach. Część niezamieszkałych wyburza się, urządzając w ich miejscu parki, boiska, place zabaw, oczka wodne… Rozbija się też monokulturę wielkiej płyty, stawiając między starymi blokami nowe domy z cegły. Nieużywane żłobki, przedszkola, szkoły zamienia się np. w pasaże handlowe.

— Trzeba przyznać, że Niemcom jest łatwiej z powodu innej struktury własności. Poza tym Polska jest jeszcze dość ubogim krajem. Dlatego rewitalizacja ogranicza się często do obłożenia bloku styropianem i pomalowania go, co nierzadko niszczy harmonię modernistycznej elewacji. W najlepszym wypadku na ścianach powstają artystyczne murale. Przykładem jest Gdańska Zaspa, gdzie w ramach Festiwalu Malarstwa Monumentalnego powstała galeria na blokach z wielkiej płyty — zauważa Sławomir Gzell.

Mimo że bloki nie wyglądają dziś lepiej niż wtedy, gdy je zbudowano (a zazwyczaj, mimo różowych szlaczków, znacznie gorzej), mieszkania w mrówkowcach mają całkiem dobre notowania. Badania przeprowadzone przez naukowców i studentów z Katedry Gospodarki Przestrzennej Uniwersytetu Łódzkiego wykazały, że mieszkańcy osiedli z wielkiej płyty są z nich zadowoleni. Bo mają wiele zalet. Za PRL-u od razu planowano na nich pocztę, przychodnię, przedszkola, szkoły… Są też place zabaw, skwery, między budynkami zachowano rozsądne odległości. Mieszkania może niewysokie, ale dzięki dużym oknom jasne. Wielkim plusem jest też ich położenie (osiedla budowano często w historycznym centrum) i dobre połączenia komunikacyjne. I co być może najważniejsze — społeczności na starych osiedlach są zazwyczaj zżyte. Sąsiedzi pomagają sobie, organizują się, by założyć parking albo park.

Projekt Staircase

Pytania o szansę na dobrosąsiedzkie stosunki w tak odhumanizowanych przestrzeniach jak blokowiska zadają też artyści. Ostatnią pracą Pawła Althamera jest instalacja Staircase. Urządził klatkę schodową w bloku na warszawskim Bródnie, gdzie mieszka od ponad 30 lat, jak scenografię filmu science-fiction. W założeniach miała być rodzajem małej świetlicy, miejscem spotkań, artystycznych działań. Remont poprzedziło kilka miesięcy negocjacji z mieszkańcami i spółdzielnią.

— To projekt o pokonywaniu lęku przed nowym, przed zmianą — mówi Katarzyna Redzisz, kuratorka Tate Modern, współprowadząca fundację Open Art Projects, która realizowała projekt.

Ostatecznie mieszkańcy przekonali się do pomysłu. Z ich inicjatywy na klatce schodowej odbywają się cykliczne spotkania i projekcje filmowe. Sąsiedzi opiekują się kosmiczną klatką. Wbrew obawom trzy miesiące po wernisażu nic nie zostało zniszczone.

Najwięcej dla bloków robią sami mieszkańcy: prowadzą osiedlowe blogi (np. www.ursynow.org.pl), organizują społeczne parkingi. Marlena i Marek Happachowie z bloku na warszawskim Służewie tworzą internetowy przewodnik po stołecznych blokowiskach (www.odblokuj.org). Coraz częściej można też znaleźć w pismach wnętrzarskich przykłady świetnie urządzonych mieszkań w gomułkowskiej ramie H czy gierkowskim wielkopłytowcu.

Wbrew miejskim legendom stan techniczny bloków jest dobry. Badania wykonane przez zespół prof. Tadeusza Bilińskiego z Zakładu Budownictwa Ogólnego i Architektury Uniwersytetu Zielonogórskiego oszacowały trwałość polskiej wielkiej płyty na jakieś 110 lat.

Jaka jest więc przyszłość blokowisk? Profesor Gzell przewiduje dwa scenariusze.

— Zamożniejsi mieszkańcy mogą opuszczać osiedla. Pozostaną najbiedniejsi, najstarsi — spółdzielnie będą biedniały. Bardziej prawdopodobne jest jednak, że stery przejmą aktywniejsi: ludzie wykształceni, nieźle zarabiający. Oni traktują swoje osiedle jak "małą ojczyznę" i nie dopuszczą, by zmieniło się w slums. Poza tym ludzie pasjonują się teraz wzornictwem lat 50.-60., szukają w nim swoich korzeni. Wkrótce mieszkanie w bloku może się stać po prostu modne — prognozuje Sławomir Gzell.

Wygląda więc na to, że przyszłość polskich blokowisk maluje się różowo.

Dwanaście minut. Tyle trwało wysadzenie wielkiego blokowiska Pruitt-Igoe w St. Louis w USA. 12 stycznia 1972 r. uważa się w USA za koniec epoki wielkich osiedli mieszkaniowych. Prawie 40 lat później w Polsce nadal mieszka w nich kilkanaście milionów ludzi. Bloki zdominowały krajobraz.

Niebotyki i wielka płyta

Metropolie zaczęły piąć się w górę pod koniec XIX wieku.

— Najwyższy w tamtym stuleciu budynek murowany wzniesiono w Chicago w 1891 r. Miał 16 pięter. Konstrukcja stalowa pozwoliła przełamać barierę kilkunastu kondygnacji — mówi Alicja Gzowska, historyk architektury.

W Polsce niebotyki, jak nazywano wieżowce, pojawiły się na początku XX w. Po II wojnie światowej bloki przypadły do gustu budowniczym Polski Ludowej. Dziś socrealistyczne założenie Praga II w Warszawie figuruje na liście zabytków urbanistyki. Te bloki mają tarasy na dachach, jednak mieszkania są nieduże. Bo w powojennej Polsce odgórnie ustalono maksymalnie 10 mkw. na mieszkańca. Mimo to wciąż brakowało mieszkań. A rząd chciał, by socjalistyczna ojczyzna budowała się szybko. I tanio.

Zbawieniem okazała się wielka płyta. Początek lat 70. to erupcja tego typu budownictwa w Polsce. Gotowe ściany wraz z elewacją produkowano w tzw. fabrykach domów i przewożono na budowę. Ale w odgórnie planowanej gospodarce zdarzają się takie absurdy, jak wożenie prefabrykatów z Wybrzeża na Śląsk. Nic dziwnego, że ich transport był drogi. Poza tym płyty łatwo uszkodzić, a naprawa jest trudna. Żeby wyrobić ambitne plany, pracownicy oszczędzali na czasie i materiale. Beton był surowcem deficytowym, robotnicy zapychali więc dziury czym popadło, kładąc na wierzch tylko trochę zaprawy.

W PRL-owskich blokach nie tylko betonu było niewiele: mieszkania są małe, ciasne, niskie, jednostronne. O basenie na dachu można pomarzyć. Czasami nawet kuchnia jest luksusem. Architekt, który na początku lat 60. XX w. zaprojektował Superjednostkę w Katowicach, miał, co prawda, pomysł, żeby w bloku znalazły się punkty usługowe czy sklepy, ale władze liczyły na blok kolektywny na wzór radziecki. Mieszkania miały być bez kuchni, za to ze wspólną dla wszystkich mieszkańców jadalnią. Ostatecznie powstały ślepe kuchnie — kompromis między ambicjami władzy i architekta.

Wzorki na betonie

Kiedy u nas kwitła budowa wielkich osiedli, na Zachodzie już dawno jej zaprzestano. Marzenia urbanistów nie wytrzymywały konfrontacji z rzeczywistością. W osiedlach na obrzeżach miast mieszkali głównie najbiedniejsi, rodziny ze społecznego marginesu. Wzrastała przestępczość, "normalni" najemcy uciekali. Bloki były zaniedbane, przestrzenie wspólne dewastowane. Taki los spotkał Pruitt-Igoe — zaprojektowane w latach 50. XX w. przez Minoru Yamasakiego (autor m.in. Dwóch Wież WTC) zgodnie z postulatami modernistów.

U nas jeszcze przez kolejne 20 lat wznoszono blokowiska. Dziś toczy się dyskusja, co z nimi robić. Maluje się bloki w różowe wzorki. Czy to wystarczy, by uniknęły marginalizacji? Powątpiewa w to profesor Sławomir Gzell z Zakładu Projektowania Urbanistycznego Politechniki Warszawskiej, autor dwóch książek na temat reurbanizacji osiedli wielkopłytowych.

— Pomalowanie elewacji może uświadomić mieszkańcom potrzebę zmian, być impulsem do działania, przełamywania bierności władz, samych mieszkańców i administracji. Ale to tylko początek — twierdzi profesor.

Nieprzyjazne blokowisko można zmienić w at-rakcyjne osiedle. Przykładów trzeba jednak szukać za granicą. Profesor Gzell wskazuje na sukcesy Niemców, którzy po szczegółowej analizie przyjęli rządowy program rewitalizacji bloków. Takich jak na osiedlu Hellersdorf w Berlinie.

— Są tam budynki, które tylko pomalowano. Ale obok stoją bloki, w których zdemontowano wyższe piętra i połączono mieszkania, by je powiększyć — opowiada urbanista.

Budynki modernizuje się, montując nowoczesne windy, instalując okna w ślepych kuchniach i łazienkach. Część niezamieszkałych wyburza się, urządzając w ich miejscu parki, boiska, place zabaw, oczka wodne… Rozbija się też monokulturę wielkiej płyty, stawiając między starymi blokami nowe domy z cegły. Nieużywane żłobki, przedszkola, szkoły zamienia się np. w pasaże handlowe.

— Trzeba przyznać, że Niemcom jest łatwiej z powodu innej struktury własności. Poza tym Polska jest jeszcze dość ubogim krajem. Dlatego rewitalizacja ogranicza się często do obłożenia bloku styropianem i pomalowania go, co nierzadko niszczy harmonię modernistycznej elewacji. W najlepszym wypadku na ścianach powstają artystyczne murale. Przykładem jest Gdańska Zaspa, gdzie w ramach Festiwalu Malarstwa Monumentalnego powstała galeria na blokach z wielkiej płyty — zauważa Sławomir Gzell.

Mimo że bloki nie wyglądają dziś lepiej niż wtedy, gdy je zbudowano (a zazwyczaj, mimo różowych szlaczków, znacznie gorzej), mieszkania w mrówkowcach mają całkiem dobre notowania. Badania przeprowadzone przez naukowców i studentów z Katedry Gospodarki Przestrzennej Uniwersytetu Łódzkiego wykazały, że mieszkańcy osiedli z wielkiej płyty są z nich zadowoleni. Bo mają wiele zalet. Za PRL-u od razu planowano na nich pocztę, przychodnię, przedszkola, szkoły… Są też place zabaw, skwery, między budynkami zachowano rozsądne odległości. Mieszkania może niewysokie, ale dzięki dużym oknom jasne. Wielkim plusem jest też ich położenie (osiedla budowano często w historycznym centrum) i dobre połączenia komunikacyjne. I co być może najważniejsze — społeczności na starych osiedlach są zazwyczaj zżyte. Sąsiedzi pomagają sobie, organizują się, by założyć parking albo park.

Projekt Staircase

Pytania o szansę na dobrosąsiedzkie stosunki w tak odhumanizowanych przestrzeniach jak blokowiska zadają też artyści. Ostatnią pracą Pawła Althamera jest instalacja Staircase. Urządził klatkę schodową w bloku na warszawskim Bródnie, gdzie mieszka od ponad 30 lat, jak scenografię filmu science-fiction. W założeniach miała być rodzajem małej świetlicy, miejscem spotkań, artystycznych działań. Remont poprzedziło kilka miesięcy negocjacji z mieszkańcami i spółdzielnią.

— To projekt o pokonywaniu lęku przed nowym, przed zmianą — mówi Katarzyna Redzisz, kuratorka Tate Modern, współprowadząca fundację Open Art Projects, która realizowała projekt.

Ostatecznie mieszkańcy przekonali się do pomysłu. Z ich inicjatywy na klatce schodowej odbywają się cykliczne spotkania i projekcje filmowe. Sąsiedzi opiekują się kosmiczną klatką. Wbrew obawom trzy miesiące po wernisażu nic nie zostało zniszczone.

Najwięcej dla bloków robią sami mieszkańcy: prowadzą osiedlowe blogi (np. www.ursynow.org.pl), organizują społeczne parkingi. Marlena i Marek Happachowie z bloku na warszawskim Służewie tworzą internetowy przewodnik po stołecznych blokowiskach (www.odblokuj.org). Coraz częściej można też znaleźć w pismach wnętrzarskich przykłady świetnie urządzonych mieszkań w gomułkowskiej ramie H czy gierkowskim wielkopłytowcu.

Wbrew miejskim legendom stan techniczny bloków jest dobry. Badania wykonane przez zespół prof. Tadeusza Bilińskiego z Zakładu Budownictwa Ogólnego i Architektury Uniwersytetu Zielonogórskiego oszacowały trwałość polskiej wielkiej płyty na jakieś 110 lat.

Jaka jest więc przyszłość blokowisk? Profesor Gzell przewiduje dwa scenariusze.

— Zamożniejsi mieszkańcy mogą opuszczać osiedla. Pozostaną najbiedniejsi, najstarsi — spółdzielnie będą biedniały. Bardziej prawdopodobne jest jednak, że stery przejmą aktywniejsi: ludzie wykształceni, nieźle zarabiający. Oni traktują swoje osiedle jak "małą ojczyznę" i nie dopuszczą, by zmieniło się w slums. Poza tym ludzie pasjonują się teraz wzornictwem lat 50.-60., szukają w nim swoich korzeni. Wkrótce mieszkanie w bloku może się stać po prostu modne — prognozuje Sławomir Gzell.

Wygląda więc na to, że przyszłość polskich blokowisk maluje się różowo.