Czy przygotowywał się pan do takiej zmiany branżowej?
To czysty przypadek. Obecny wspólnik i jednocześnie sąsiad, który pracuje w tej branży od kilku lat, dojrzał do decyzji o otwarciu własnego lokalu. No i mnie namówił. To biznes jak inne i powinien funkcjonować jak każde zdrowe przedsiębiorstwo. No, może czas pracy jest bardziej nieokreślony, ale mam przecież wspólnika, który działa w branży nie od dzisiaj.
A jak się uzupełniacie?
Wspólnik Rafał Borowski (wcześniej: Biblioteka, Rabarbar, Repubblica Italiana) wniósł wiedzę o gastronomii, organizacji kuchni, personelu i dostawcach. Ja wniosłem biznesowe podejście, zarządzanie firmą oraz własny projekt architektoniczno-techniczny, który w znacznej mierze zrealizowałem własnoręcznie. To jest spotkanie dwóch światów.
Jak się pan definiuje zawodowo?
Z punktu widzenia ambicji zawodowych jestem menedżerem, który w przerwie w zarządzaniu dużymi projektami współzarządza restauracją. Potrzebuję paru miesięcy odpoczynku po długim okresie bardzo ciężkiej pracy w bardzo dużej firmie. Odpoczynku dla szarych komórek. Można odpoczywać, nic nie robiąc albo podejmując wyzwania o mniejszej skali i innego typu. Ale to nie jest moje ostatnie słowo. Przyglądam się rynkowi i propozycjom z dużych spółek. Jeszcze się nie wypaliłem, jest we mnie ta sama adrenalina, potrzeba walki. Ruch jest funkcją życia.
Jaka jest różnica w pracy?
Teraz mam mniejszy stres. Jeśli zrobię błąd, to mogę mieć pretensję do siebie. Pracuję na własny rachunek. Tu nie ma sporów kompetencyjno-decyzyjnych.
Pana ulubione smaki? Znajduje je pan w Z57?
Lubię dobre jedzenie, wyraziste, zdecydowane w smaku. Chociaż są wyjątki — nie lubię curry. Chętnie jem steki, owoce morza, ryby morskie i wszelkiego rodzaju pasty. Obowiązkowo — desery. Nasz szef kuchni ostrzegł mnie, że konsumpcja bezy Pavlova zniszczy mi życie… &FOT. TOMASZ PIKUŁA
