Odra ich nie zatrzyma

opublikowano: 24-01-2019, 22:00

Andrzej Przybyło, założyciel Grupy AB, miał plan na życie. I nie był nim biznes. Chciał się wspinać i mieć niewielką mansardę z widokiem na Giewont. Ma miliard złotych w towarze i ponad ośmiokrotnie większe obroty. Co poszło nie tak?

Z każdego życiowego doświadczenia należy wyciągać wnioski, a naukę z nich płynącą stosować w innych dziedzinach. To jedyna droga do sukcesu. Choć ten może się pojawić nie tam, gdzie zakładaliśmy. Andrzej Przybyło nigdy nie wypowiedział takiego zdania. Ale to musi być jego motto — lub jedno z nich.

Andrzej Przybyło, założyciel Grupy AB, miał plan na życie. I nie był nim biznes. Chciał się wspinać i mieć niewielką mansardę z widokiem na Giewont. Ma miliard złotych w towarze i ponad ośmiokrotnie większe obroty. Co poszło nie tak?
Wyświetl galerię [1/8]

Andrzej Przybyło, założyciel Grupy AB, miał plan na życie. I nie był nim biznes. Chciał się wspinać i mieć niewielką mansardę z widokiem na Giewont. Ma miliard złotych w towarze i ponad ośmiokrotnie większe obroty. Co poszło nie tak?

Brawurowy taternik

Gdyby wszytko poszło zgodnie z planem, największy dystrybutor elektroniki w naszej części Europy nie nazywałby się Grupa AB, a Andrzej Przybyło znany byłby nie jako sprawny biznesmen, lecz taternik, być może alpinista. Mieszkałby w Zakopanem. Koniecznie z widokiem na góry.

— W połowie lat 70., kiedy byłem nastolatkiem, bardzo podobało mi się w Tatrach. Dobrze się czułem w górach. Wspinałem się amatorsko. Tuż przed maturą miałem gotowy plan na resztę życia. Chciałem się wspinać, uczyć wspinaczki. W 1981 r. dostałem się na chemię na Uniwersytecie Wrocławskim i po pierwszym roku zapisałem się na kurs do Centralnego Ośrodka Szkoleń Polskiego Związku Alpinizmu. Zdałem egzamin. Kurs trwał dwa tygodnie, a ja byłem najszczęśliwszy na świecie. Chodziłem po górach, dostałem się do szkoły wyższej i miałem jasny życiowy cel — wspomina założyciel Grupy AB.

Co to za cel? Skończyć studia, zostać w Zakopanem.

— Jestem przekonany, że gdyby nie wypadki, nie siedziałbym teraz za biurkiem giełdowej spółki — podkreśla Andrzej Przybyło. A gdzie?

— W jakiejś norze z widokiem na Giewont — odpowiada ze śmiechem.

Dlaczego nie siedzi? W tej norze oczywiście? — Chyba przez młodzieńczą brawurę i skłonność do podążania innymi, niż wytyczone, drogami. Pamiętam, że jeden z moich instruktorów wspinaczki powiedział: Przybyło, ja znam taki typ jak ty. Ty się zabijesz! Cały czas szukasz problemów — mówi szef Grupy AB.

No i znalazł. Po zakończeniu kursu pozostał przez całe wakacje w Tatrach. Kolejno zaliczał najpopularniejsze trasy wspinaczkowe.

— Ja dosłownie biegałem po nich! Pewny siebie i swoich umiejętności — wspomina Andrzej Przybyło.

Do czasu. Ostatnia droga ostatniego dnia już ukończona. A on upiera się na jeszcze jedną. Obiecuje partnerowi, że będzie bardzo szybki, bo muszą zdążyć na pociąg. Spieszy się na ścianie, zła sekwencja ruchów, taterniczy pat… i 15-metrowy lot z Zadniego Mnicha. Twarde lądowanie.

— Ciężki stan. Utrata przytomności, pęknięta podstawa czaszki, uraz twarzoczaszki, złamania… — wylicza Andrzej Przybyło.

W wielogodzinnej akcji ratunkowej uczestniczyło 20 osób. To była trudna operacja w nocy, opisana w książce „Wołanie w górach”, poświęconej największym akcjom GOPR. Jednym z ratowników był ów instruktor, który wróżył mu rychłą śmierć w górach. Na szczęście dla młodego Andrzeja Przybyło prognozy doświadczonego taternika się nie sprawdziły.

— W szpitalu lekarze kazali mi iść „w podzięce na kolanach do Częstochowy”. Dlaczego? Bo to cud, że żyję i że nie urwało mi głowy, bo uderzyłem nią tak mocno, że nawet nerw słuchowy uległ zerwaniu wewnątrz czaszki. Odtąd nie słyszę na prawe ucho — przyznaje biznesmen.

Przyszła refleksja?

— Nie wtedy. Pięć miesięcy później znów wspinałem się na skałkach. Robiąc to bez asekuracji, utknąłem na zaśnieżonej ścianie. Ale tym razem się nie spieszyłem. 15, może 20 minut szykowałem się do najważniejszego przechwytu. Udało się. Tak naprawdę do mojej separacji z górami przyczyniło się kolano. To samo, które uratowało mi życie. Podczas powrotu z jednej z zimowych wypraw w Tatry ześlizgnąłem się ze zbocza. Nabierałem prędkości jak bobslej. Nie byłem w stanie wyhamować czekanem. Nie wiem, jakbym skończył, gdyby nie zatrzymało mnie kolano, którym z ogromną siłą huknąłem w skałę — opowiada Andrzej Przybyło.

Źle leczone kolano na dobre zakończyło wysokogórskie przygody.

— Nie chodzi o to, że nie chcę się wspinać. Do kontuzji kolana, które mnie wówczas zatrzymało, dołączyła kontuzja drugiego, które siłą rzeczy było przeciążone. Najzwyczajniej w świecie nie jestem w stanie się wspinać, wytrzymuję najwyżej dwa dni chodzenia po górach — twierdzi Andrzej Przybyło. Przyszła pora na kominy.

Agent z prusakami

Wobec braku możliwości kontynuowania kariery taternika, pojawił się pierwszy pomysł na biznes. Bardzo daleki od obecnego. A raczej… dużo wyższy. Wykorzystując umiejętności wspinaczki i działające prężnie w połowie lat 80. ubiegłego stulecia studenckie spółdzielnie pracy, Andrzej Przybyło założył jednoosobową firmę. Malował kominy, m.in. w koksowni Zdzieszowice.

— To było moje pierwsze spotkanie z przedsiębiorczością. W tych czasach o zlecenie było łatwo, ale o sprzęt do jego realizacji już nie. Wówczas nauczyłem się, co to jest organizacja i logistyka w firmie. Pamiętam, że za pomalowanie 200-metrowego komina inkasowałem wówczas około 200 USD, czyli równowartość kilkudziesięciu standardowych pensji — wspomina biznesmen.

Podczas studiów razem z żoną jeździli też „na saksy” za granicę.

— Iwona dzieliła ze mną wszelkie trudy, jest ogromnym wsparciem również przy budowaniu sukcesów. Dzieli też ze mną obecne pasje: rower i podróże. Choć do dziś mi wypomina, że żałowałem jej lodów czy czekolady podczas pracy w Norwegii — śmieje się Andrzej Przybyło.

Pracę (około 300 godzin miesięcznie) w charakterze ręcznego kombajnu kalafiorowo- -kapuścianego, praktycznie bez snu, wspomina jako mocną lekcję życia, która nauczyła go samodzielności, wytrwałości i uporu.

— Pozwoliła mi też na obserwację organizacji pracy na mitycznym Zachodzie. To właśnie dzięki kominom, a nawet bardziej kalafiorom, zarobiłem na stworzenie Grupy AB — twierdzi Andrzej Przybyło. Pomysł na biznes — jak to często bywa — pojawił się przy okazji. W jego przypadku przy okazji pisania pracy magisterskiej. Pisał ją na komputerze ZX Spectrum.

— To był 1988 r. Czasy, w których ZX Spectrum zamykano po skończonej pracy na klucz w szafie pancernej. Brakowało wszystkiego — od komputerów po drobne akcesoria. Powolutku rosło zapotrzebowanie na dyskietki, pudełka. Rynek przechodził transformację. Do dziś twierdzę, że miałem łatwej. Może i był dziki Wschód, ale była też tzw. dziura z serem. To znaczy były same dziury, nie było sera. Kto miał ten ser — wygrywał. Sprzedawał w dowolnych ilościach. Postawiłem na dyskietki — mówi Andrzej Przybyło.

O ile z rynkiem zbytu problemów nie było, o tyle był ze wszystkim innym. Brak infrastruktury drogowej, telefonicznej. Brak usług spedycyjnych czy logistycznych. Sukcesem było gdzieś się dodzwonić.

— Chodziłem po Wrocławiu z żetonami w kieszeniach i okupowałem działające budki telefoniczne. Tak organizowałem towar — wspomina Andrzej Przybyło.

Zaczęło się od sprowadzania dyskietek. Potrzebne było miejsce na firmę i magazyn. Padło na pokój w hotelu robotniczym. Był najtańszy. Tak powstała firma AB, która w 1991 r. zrealizowała pierwszy milion dolarów obrotu.

— To było makabryczne miejsce: 30 mkw., a na każdym z nich ze 40 karaluchów. Dziś żartuję, że to te uporczywe stworzenia zwolniły mi pierwszą sekretarkę. Nie chciała pracować w ich namolnym towarzystwie — mówi Andrzej Przybyło.

Robili przerwy w pracy na tłuczenie robaków. Ale zaleta w postaci niskiego czynszu wygrywała. Wada? To miał być też magazyn, a lokal wynajęli na pierwszym piętrze. Dostawy były horrorem.

— Lubiłem przyjmować do pracy ludzi silnych. Zdolnych do celnego wrzucania paczek przez okno — żartuje Andrzej Przybyło.

Dostawcy nazywali ich „Abnormalni". No bo jak? Magazyn na pierwszym piętrze? Zamówienia rosły. AB wynajęło kolejne pokoje na pierwszym piętrze wrocławskiego „robotnika”, by w krótkim czasie stać się najemcą całej kondygnacji.

— I wszystkich zamieszkujących na niej prusaków — dorzuca Andrzej Przybyło.

Odbiorcami AB były głównie giełdy komputerowe i tzw. handel łóżkowy. Sklepów nie było. To od tego ulicznego handlu pionierzy z AB nauczyli się najwięcej. — O tak wymagających klientów nawet dziś trudno. Wymagali konkretnego towaru na wczoraj i tanio. Wtedy nauczyłem się słuchać ludzi i reagować na zmieniające się oczekiwania. To oni często podpowiadali nam, co sprowadzać — uważa Andrzej Przybyło.

W 1992 r. ekipa AB wybrała się na targi CEBIT do Hanoweru. Moment przełomowy, ponieważ wróciła stamtąd z umową na wyłączną dystrybucję filtrów Polaroida.

— Miałem zarost, ubrałem się w dwurzędową marynarkę. Pożyczyłem ogromną aktówkę. Dziś żartuję, że dostaliśmy tego Polaroida, bo wyglądałem jak agent wschodnich służb — mówi, z przymrużeniem oka, Andrzej Przybyło. W 1993 r. obroty AB wyniosły 6 mln USD.

Magazyn „na zawsze”

Szybko się okazało, że potrzeby znacznie przewyższają możliwości magazynu w hotelu robotniczym. Spółka przeniosła się na ul. Krakowską. Od 1994 r. dysponowała wielokrotnie większą powierzchnią (640 mkw. z biurami). Obroty w roku przeprowadzki wyniosły już 16 mln USD, a założyciel spółki był pewien, że to docelowy magazyn. Na zawsze i do emerytury.

— Bardzo dobrze wspominam tamte czasy, nie tylko ze względu na spontaniczne imprezy organizowane w firmie po godzinach, ale również dlatego, że nie byliśmy korporacją. AB to była zgrana ekipa do pracy i do zabawy. Wiele osób z tamtego okresu wciąż pracuje w firmie — twierdzi Andrzej Przybyło.

Przedsiębiorstwo rosło. Pojawiały się kolejne umowy dystrybucyjne. Już nie tylko akcesoria, ale też sprzęt. Trzy lata od przeprowadzki do magazynu „na zawsze” pojawiły się pierwsze oznaki ciasnoty. W 1997 r. spółka kupiła obiekt przy ul. Kościerzyńskiej, całe 1,5 tys. mkw. biur i magazynów.

— Ten to już będzie na zawsze! Byłem tego pewien. Stąd się nie ruszymy — śmieje się Andrzej Przybyło.

Tu pojawił się pech. Lipiec 1997 r. W trakcie remontu przyszła powódź. W dopiero odnowionym magazynie stało 2,5 m wody. Na szczęście towar ocalał (nie został jeszcze przeniesiony z poprzedniej siedziby). Woda zeszła, ale dopiero po dwóch tygodniach i pojawił się kolejny kłopot: świeżo kupiony i remontowany budynek trzeba zburzyć. Na własny koszt. To było pierwsze widmo bankructwa. Na szczęście po powtórnych ekspertyzach budynek ocalał. Mimo reinwestowania wszystkich zysków, firma potrzebowała więcej pieniędzy na dalszy rozwój. Andrzej Przybyło odbijał się od drzwi kolejnych banków.

— Po wielu latach działalności i dynamicznego rozwoju nikt nie chciał nam dać kredytu. Takie były realia. A ja wiedziałem, że to jest moment, w którym wygram dzięki większemu zapleczu finansowemu — mówi Andrzej Przybyło.

Ekipa AB zaczęła się rozglądać za funduszami. Do spółki wszedł Enterprise Investors. Wyceniono ją na 15 mln USD przy doinwestowaniu o 6,8 mln USD. Dziś założyciel AB twierdzi, że to uratowało go przed kłopotami wywołanymi późniejszą wojną cenową na rynku dystrybucyjnym (z 200 firm zostało kilkanaście) i nauczyło liczyć. W firmie pojawił się dyrektor finansowy. AB powoli stawało się korporacją.

— Mogliśmy zapomnieć o przychodzeniu do pracy zawsze w bluzach. Pojawiały się już garnitury — wspomina Andrzej Przybyło.

W 2000 r. wystartowała pionierska platforma internetowa AB i możliwość realizowania zakupów on-line. Dziś automatyczne zamówienia to aż 90 proc. obrotu AB, a firma jest liderem na rynku rozwiązań e-commerce, tworząc wartość dodaną dzięki najnowocześniejszym technologiom. Przyszły też kolejne umowy dystrybucyjne, m.in. Intel, HP, Microsoft. W 2006 r. AB zadebiutowała na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. Do spółki trafiło około 15 mln zł na rozwój. Fundusz z firmy zniknął, a szefostwo zdało sobie sprawę, że Polska to za mało. Niektórzy dostawcy szukali większej skali. Padła decyzja o pierwszej zagranicznej akwizycji — czesko-słowacka spółka ATC weszła do Grupy AB.

— Negocjacje trwały rok. Stanęło na kwocie około 110 mln zł, które pochodziły z emisji akcji na giełdzie — wskazuje Andrzej Przybyło.

Grupa AB stała się największym dystrybutorem w regionie CEE. Dwa lata później ten gigant stanął przed koniecznością pokonania ciasnego zakrętu. Zakrętu narysowanego przez Lehman Brothers.

— Okazało się, że można być w świetnej formie i zginąć za niewinność. Banki zaczęły ściągać pieniądze, skąd się dało. Wypowiadane umowy, nakazy zwrotu pieniędzy z kapitału obrotowego. Udało się nam, ale przejściowo musieliśmy mocno ograniczyć zapasy. To nauczyło mnie jeszcze większej ostrożności — kwituje Andrzej Przybyło.

Walka na wałach

Dwa następne lata to rozwój, kolejne umowy. W tym z Apple, którego Grupa AB jest największym dystrybutorem w regionie. Uruchomienie sprzedaży RTV i AGD. W 2010 r. pojawiło się jednak kolejne widmo mocnego zakrętu. Mokrego. Druga powódź we Wrocławiu. Różnice: magazyn po rozbudowie w 2009 r. (8 tys. mkw.) pełen towaru, zainstalowana kosztem dziesiątków milionów złotych automatyka magazynowa, a fala się zbliża.

— To ten moment wspominam jako najgorszy w historii firmy — podkreśla szef Grupy AB.

Pamięć poprzedniej powodzi spowodowała, że Andrzej Przybyło zbladł, tym bardziej że przez 13 lat nie zrobiono nic z feralną Groblą Łaniewską — przyczyną zalania północnej części Wrocławia, w tym remontowanego wówczas magazynu. W pilnym trybie z Warszawy przyjechała specjalistyczna ekipa. Wyniosła szafy sterujące automatyką magazynu na specjalnych słupach 1,5 metra nad poziom posadzki. I refleksja: przecież kable systemów sterujących są w posadzce!

— Gdyby wtedy przyszła woda, AB mogłoby dziś nie być. Moglibyśmy uruchomić magazyn pewnie dopiero za pół roku, co oznaczałoby nasz definitywny koniec — twierdzi biznesmen.

Firma rzuciła się na wały.

— Musieliśmy działać, a nie dostaliśmy wystarczającego wsparcia od stosownych służb kryzysowych. Sami kupowaliśmy piasek i worki, ratowaliśmy sytuację własnymi rękoma i byliśmy zmuszeni sami nią zarządzać. Przez dwa dni nikt nie przebywał w siedzibie. Wszyscy pracowaliśmy na wałach, łącznie z moim 14-letnim wówczas synem. Obroniliśmy firmę dzięki determinacji i zaangażowaniu wszystkich pracowników AB. To było niezwykle budujące — wspomina Andrzej Przybyło.

Nadodrzański magazyn pękał jednak w szwach. Trwały intensywne poszukiwania nowej siedziby. Firma kupiła 15 ha pod Wrocławiem.

— Tym razem były już dostępne mapy zalewowe. W Magnicach nie musimy już myśleć o Odrze — zapewnia Andrzej Przybyło.

Kosztem ponad 120 mln zł zbudował 27 tys. mkw. zautomatyzowanego magazynu o kubaturze2,5 Hal Stulecia. Regały wysokiego składowania, pakowarki i sorter o wydajności 120 tys. paczek na dobę. Regały mieszczą towar o wartości 1 mld zł. To jest już magazyn „na zawsze”?

— Tym razem mogę być już prawie pewien. Zabudowaliśmy dopiero jedną trzecią działki — przekonuje przedsiębiorca.

Przez 28 lat firma założona i kierowana przez Andrzeja Przybyło wyrosła z jednoosobowej działalności na największego dystrybutora IT i elektroniki użytkowej w Polsce i regionie CEE oraz podmiot z TOP9 w Europie. Ma też największą sieć partnerów handlowych w regionie (ponad 16 tys.), największe portfolio produktów dostępnych w magazynie (100 tys. indeksów) i największą w regionie sieć franczyzowych, niezależnych punktów detalicznych. Jest liderem w nowych obszarach rynkowych, takich jak chmura (cloud). Ponadto Grupa AB od wielu lat głosami resellerów zdobywa tytuł Dystrybutora Roku. Otrzymuje też liczne nagrody — za sukcesy w biznesie oraz dla solidnego pracodawcy i płatnika.

Prezes Andrzej Przybyło doczekał się zaś nagrody Ernst & Young Przedsiębiorca Roku i Wektora organizacji Pracodawcy RP. Grupę AB nagradzają też producenci, dla których firma realizuje dystrybucję, a tych ciągle przybywa. AB jest też głównym dystrybutorem Oppo — jednego z największych na świecie producentów smartfonów, który 31 stycznia 2019 r. wchodzi na polski rynek.

Grupa wypadła też doskonale w zakończonym roku finansowym 2017/2018: 61 mln zł zysku netto przy 8,2 mld zł przychodów.

Pean ze skałą w tle

Czy wciąż tli się żal za wymarzoną mansardą z widokiem?

Rekreacja. Chociaż szef Grupy AB szczytów już nie zdobywa, czasem patrzy na świat z góry — tak jak podczas lotu paralotnią w Rio de Janeiro. Widokami urzekło go też Peru — na zdjęciu podczas jednej z wypraw rowerowych z żoną Iwoną.

— Wyciągnąłem lekcję ze wspinaczki. W biznesie jestem o wielokroć ostrożniejszy. Starałem się myśleć długoterminowo, w DNA Grupy AB wszczepiłem bezpieczeństwo rozwoju i nigdy nie chodzimy na skróty. Tego dobitnie nauczyły mnie góry — podkreśla Andrzej Przybyło.

Rzeczywiście, analitycy giełdowi i partnerzy biznesowi często podkreślają skromność Andrzeja Przybyło i zaufanie, jakie Grupa AB wypracowała na rynku dzięki uczciwości i byciu fair, stawianiu na sytuacje win-win w biznesie. W rezultacie w akcjonariacie AB są również dziesiątki profesjonalnych inwestorów instytucjonalnych. Grupa od początku działa zgodnie z zasadami patriotyzmu gospodarczego. Płaci podatki w Polsce, nie używała żadnych tzw. optymalizacji, ściąga też do kraju dywidendy z zagranicznych spółek. Wspiera również małą przedsiębiorczość wobec konkurencji zagranicznych sieci handlowych. Sama sieć Alsen to około 1,5 tys. polskich rodzin. Z górami definitywny rozwód?

— To separacja wymuszona kontuzjami. Ale może to lepiej… a na pewno bezpieczniej, bo gdybym był w stanie, to atakowałbym Himalaje — żartuje Andrzej Przybyło.

Ze sportu został mu rower, który najmniej obciąża kolana.

— Razem z żoną robimy rowerem tysiące kilometrów rocznie, także w różnych pięknych zakątkach zagranicą, ale naszą ulubioną trasą jest pętla wokół Wrocławia i kontakt z autentycznymi ludźmi w okolicznych wioskach — zaznacza Andrzej Przybyło.

Nie wspina się. Ale na wspólne wakacje z żoną wybiera raczej pofalowane krajobrazy. Przypadek? &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Bołtryk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy