Odwagi brakuje i bykom i niedźwiedziom

Roman Przasnyski, Główny Analityk Gold Finance
opublikowano: 18-05-2009, 17:14

Choć pierwsza sesja w tym tygodniu przebiegała po myśli grających na zwyżkę, to jednak nie mają oni zbyt wielu powodów do radości.

Swoją zdobycz zawdzięczają bardzo małej aktywności podaży, która łatwo mogłaby doprowadzić do spadku kursów. Jak widać, także i niedźwiedzie nie są pewne swego. Dlatego też od kilku dni mamy sytuację patową, o czym najlepiej świadczą nie tyle niewielkie zmiany wartości indeksów, co niknące w oczach obroty. Dziś były najniższe od końca grudnia ubiegłego roku.

Polska GPW

Indeksy na warszawskim parkiecie zaczęły dzień od niewielkich spadków, sięgających około 0,2 proc. Jedynie wskaźnik najmniejszych firm notował symboliczny wzrost. Szybko jednak małe spadki zamieniły się w równie niewielkie wzrosty. Z czasem jednak było coraz lepiej. WIG20 zyskiwał około 1,5 proc., WIG oscylował wokół 1 proc. zwyżki. Poranny lider sWIG80 radził sobie za to coraz gorzej, zniżkując o około 0,5 proc. Zmiany były niewielkie, podobnie jak obroty, ale byki mogły cieszyć się, że notowania nie spadają. Widać było znów spore niezdecydowanie, oczekiwanie na to, co będzie się działo za oceanem. Nasz rynek nie jest obecnie w stanie kierować się lokalnymi impulsami, bo ich
po prostu brakuje.

Dziś indeksom pomagała przede wszystkim zwyżka notowań papierów KGHM i firm paliwowych. Liderem wzrostów (nie licząc mocno zwyżkujących akcji TVN) były na przemian PKN i KGHM. Nieźle wypadały również banki, za wyjątkiem PKO. WIG20 zakończył dzień wzrostem o 2 proc., a WIG zwyżkował o 1,59 proc. Wyraźnie słabsze były wskaźniki małych i średnich firm. mWIG40 zyskał 1,1 proc., a sWIG80 zaledwie 0,28 proc. Obroty na rynku akcji wyniosły zaledwie 730 mln zł.

Giełdy zagraniczne

Piątkowe spadki amerykańskich indeksów nie zrobiły wielkiego wrażenia na inwestorach swoją skalą, ale wprowadziły sporo niepewności, co do dalszych losów giełdowej koniunktury. Indeks S&P500 bardzo niebezpiecznie zbliżył się do kluczowego poziomu 875 punktów, który do niedawna stawiał opór wzrostom, a teraz jest istotnym wsparciem byków przed ewentualnymi spadkami. Jeśli zostanie przełamany, korekta przybierze na sile i może sprowadzić indeksy sporo niżej.

Giełdy azjatyckie niezbyt mocno przejęły się obawami o kierunek amerykańskich indeksów. Jedynie Nikkei zniżkował o 2,44 proc. Indeks w Szanghaju zyskał niemal 1 proc. a w Hong Kongu zwyżka wyniosła 1,38 proc. Euforia po wygranych przez Partię Kongresową w Indiach wybuchła na giełdzie w Bombaju. Tamtejszy indeks BSE30 zyskał
aż ponad 17 proc. Początek sesji w Europie raczej w kiepskich nastrojach. Indeksy głównych giełd zaczęły na minusach, sięgających od 0,5 proc. w przypadku FTSE do 1 proc. w przypadku CAC40. Na sięgającym 1,3 proc. minusie wystartował także węgierski BUX. W pierwszej części sesji zmiany wartości indeksów były wręcz kosmetyczne. Działo się naprawdę niewiele. Dopiero około południa nastroje zdecydowanie się poprawiły, na co wpływ miała i informacja o niewielkiej nadwyżce handlowej w strefie euro, choć spodziewano się deficytu i pozytywne wskazania, płynące z rynku kontraktów na amerykańskie indeksy. Wczesnym popołudniem na parkietach dominowały wzrosty. DAX zyskiwał ponad 1 proc., niewiele mniej CAC40 i FTSE. Poprawiła się też atmosfera na parkietach naszego regionu. BUX rósł o 2,5 proc. Na koniec dnia zyskiwał 4,6 proc. To pewnie reakcja na informację węgierskiego ministra finansów, że recesja będzie w tym kraju głębsza, niż zakładały wcześniejsze prognozy. PKB według szefa resortu ma spaść w tym roku o 6,7 proc., najmocniej od 1991 r. A warszawscy inwestorzy jacyś bardziej wybredni. Trzeba brać przykład z bratanków.

Waluty

Tydzień zaczął się od kontynuacji osłabienia wspólnej waluty, rozpoczętego jeszcze w piątek. Euro szybko jednak zaczęło odrabiać straty. Jeszcze rankiem za euro płacono 1,34 dolara, około 15.00 już 1,35 dolara. Na naszym rynku sytuacja odwrotna. Dzień złoty rozpoczął od osłabienia, z upływem czasu odrabiał straty. Rano dolara wyceniano na 3,33 zł, potem o 2 grosze mniej. Walka między naszą walutą a europejską była bardziej zacięta. Przez dłuższy czas za euro trzeba było płacić 4,48 zł, dopiero po kilku godzinach złoty odzyskał 2 grosze. Do południa lekko drożał frank, ale i on w końcu spasował. W południe za „szwajcara" trzeba było płacić prawie 2,97 zł, o 15.00 już tylko 2,95 zł. Na rynku pojawiły się informacje, że Ministerstwo Finansów za pośrednictwem Banku Gospodarstwa Krajowego od kilku dni przeciwdziała nadmiernemu osłabieniu złotego, dokonując niewielkich transakcji sprzedaży walut. Możliwe, że to właśnie dzięki nim w ubiegły czwartek i piątek mogliśmy obserwować scenariusz, według którego w pierwszej części dnia złoty się osłabiał, w drugiej zaś powracał do punktu wyjścia. Podobnie było dziś. Około godziny 16.00 nasza waluta nabrała jeszcze większej mocy i w przypadku dolara „rozmieniła" poziom 3,29 zł, euro staniało do 4,44 zł, a frank do 2,93 zł. BGK górą! Oby poszli za nim inwestorzy.

Podsumowanie

Na rynku akcji najwyraźniej trwa wyczekiwanie. Inwestorzy zastanawiają się nad szansami, jakie stoją przed bykami i niedźwiedziami. Widać zadyszkę i niepewność po obu stronach. A nawet więcej: wydaje się, że właśnie teraz jak na dłoni widać zmagania dwóch głównych giełdowych emocji – strachu i chciwości. Strach kupować akcje po wysokich
cenach, żal sprzedawać, bo przecież notowania mogą wzrosnąć. Efektem jest chwilowa równowaga przy bardzo niskiej aktywności inwestorów. Taki stan zwykle nie trwa długo, więc rychło można spodziewać się rozstrzygnięcia. Ale na giełdzie pojęcie „rychło" jest bardzo elastyczne. Może równie dobrze trwać dwa tygodnie, jak i dwa miesiące.

Roman Przasnyski, Główny Analityk Gold Finance

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Roman Przasnyski, Główny Analityk Gold Finance

Polecane