Odwrót na z góry upatrzone pozycje

opublikowano: 19-02-2015, 00:00

WOJNA NA WSCHODZIE Doczekaliśmy czasów, że znowu nadchodzą komunikaty wojenne z frontu wschodniego, niemal jak siedemdziesiąt lat temu.

Kremlowska propaganda triumfalnie informuje o wyrzuceniu armii ukraińskiej z kotła w Debalcewe prawie tak, jak kiedyś o likwidacji okrążonej pod Stalingradem armii feldmarszałka Friedricha Paulusa. Prezydent Petro Poroszenko uznaje natomiast oddanie tego strategicznego miasta za… sukces Ukrainy, ponieważ odwrót przebiegł „w sposób zaplanowany i zorganizowany” na z góry upatrzone pozycje. Realia wyglądają zaś tak, że wojska prorosyjskie/rosyjskie (różnica się zatarła) wyrównały front, umocniły zdobycze i obecnie są skłonne do czasowego zawieszenia broni, służącego zebraniu sił do następnego ataku.

Władimirowi Putinowi okres względnego spokoju potrzebny jest przed obchodami 70. rocznicy zwycięstwa w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej 1941–45. Przecież 9 maja wystąpi jako gołąbek pokoju, co znaczna część świata w ciemno kupi. Podobny wizerunek budował podczas igrzysk w Soczi, a następnego dnia po ich zakończeniu uruchomił agresję przeciw Ukrainie. Jego strategiczny cel rysuje się konkretnie — w krótszym horyzoncie czasowym zajęcie brzegu Morza Azowskiego i lądowe połączenie Rosji z Krymem, a w dłuższym — sięgnięcie po Odessę i połączenie się z fanatycznie rosyjskim Naddniestrzem, obecnie będącym lotniskowcem Kremla zakotwiczonym między Mołdawią a Ukrainą. Wykonanie tego planu oznaczałoby odcięcie Ukrainy od Morza Czarnego.

Car bada odporność wspólnoty międzynarodowej i na razie stwierdza, że wolno mu wszystko. Po zaborze Krymu międzynarodowe oburzenie szybko ucichło i nawet prezydent Barack Obama wyłożył wtedy filozofię „Ty brzydki Putinie, Krym darujemy, ale pamiętaj, abyś nie sięgał po nic więcej, bo zobaczysz!”. Otóż sięga, a niczego nie widzi. Wtorkową wizytę u premiera Viktora Orbána znakomicie rozgrywa propagandowo jako zakończoną sukcesem politycznym i gospodarczym bytność nie na Węgrzech, lecz w… Unii Europejskiej.

Rozwój sytuacji na froncie wschodnim w ostatnich dniach potwierdził, że konferencja pokojowa w Mińsku była fikcją. Trudno uniknąć wrażenia, że kanclerz Angela Merkel i prezydent Francois Hollande wiedzieli o tym od początku, dlatego rzucili opinii publicznej jako zagłuszkę zredagowaną przez Władimira Putina ogólnikową deklarację, której… nie podpisali. Przypominam ten szczegół tytułem komentarza pisanego po szczycie w Mińsku. Notabene wątek jego uczestników i generalnie tzw. formuły normandzkiej (od nieformalnego szczytu 6 czerwca 2014 r.) przebija się w naszej kampanii prezydenckiej. Wyautowanie Polski z decyzyjności w sprawie Ukrainy to oczywisty policzek dyplomatyczny, ale paradoksalnie — po najnowszym zwrocie sytuacji na froncie w Donbasie pozwala nam uniknąć politycznego kaca.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JACEK ZALEWSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu