Roman Kluska pierwszy próbował przetrzeć szlak dochodzenia swoich krzywd w sporze z wszechmocnym fiskusem. Poległ na kruczkach proceduralnych, ale jeszcze nie składa broni. Niezależnie od końcowego wyniku prezes Kluska i tak ma już swoje miejsce w historii, jako Ten, Który Pierwszy Się Postawił. Chociaż, oczywiście, byłoby lepiej, gdyby jego osiągnięcie miało nie tylko moralny wymiar.
Lada dzień, jeszcze w maju, pozew w niemal identycznej sprawie złoży giełdowa spółka, fundusz MCI. Był on dominującym właścicielem firmy komputerowej JTT, doprowadzo- nej do upadło- ści przez władze skarbowe i dopiero pośmiertnie oczyszczonej przez sądy z zarzutów. MCI nie ma zamiaru po prostu zaksięgować straty. Zsumowano wartość akcji w upadłej firmie oraz wszystkie możliwe tzw. utracone korzyści. Roszczenie wobec skarbu państwa opiewać ma na jakieś 40 milionów złotych.
Podobno w sensie prawnym wynik jest oczywisty. A jednak można przewidywać, że sprawa potoczy się latami. Choćby dlatego, że dzisiejsi urzędnicy będą chcieli mieć wszelkie możliwe podkładki — co mądrze nazywa się wyczerpaniem drogi procesowej — zanim podejmą decyzję o wypłacie gigantycznego odszkodowania.
Paradoksalnie, dopiero w tym momencie dochodzimy do jądra problemu: kto tak naprawdę zapłaci za urzędniczy błąd i późniejszy pieniaczy upór? Rząd? Fiskus? Budżet? Podatnik? Długo można się spierać, ale jedno jest pewne — nie zapłaci ten, kto całą aferę wywołał, podnosząc i bezsensownie podtrzymując nieprawdziwe zarzuty. Gdy sprawa się zakończy, nikt już nawet nie będzie wiedział, kto to był.