One man show

PORTRET: Roman Kluska na uboczu ma swoje owce. Rinke Rooyens w centrum szołbiznesu pasie swoje masy.

Teraz kusi potężnego sprzymierzeńca, który pozwoli mu nasycić emocjami więcej Polaków w zamian za jeszcze większe zyski.

Samoocena.
Wyświetl galerię [1/3]

Samoocena.

Przewaga Rinkego Rooyensa to wysoka samoocena poparta ciężką pracą. Podczas gdy Polacy oceniają siebie na szóstkę, on widzi odwróconą dziewiątkę. MAREK WIŚNIEWSKI

Pewnie już to widzieliście: rolnik, który znalazł żonę, szuka adrenaliny na basenie. Staje na szczycie kilkumetrowej wieży w mokrych gaciach, trzęsie okazałym brzuszkiem. Po chwili plusk. Skoczył, przeżył, publika klaszcze. Jurorzy zachwyceni, telewidzowie ślą smsy ze wsparciem dla chłopa. Cięcie, przerwa, reklamy. Oto scenariusz na wieczór przed telewizorem dla kilku milionów Polaków, oto „Celebrity Splash”. Wyprodukował go Rinke Rooyens, o którym mówią per „król polskiego showbiznesu”. Jednak Rinke, prezes i właściciel Rochstara, teraz odkłada koronę. Bo choć na produkcji największych show w polskiej telewizji zbudował potężny biznes, to ma świadomość, że dopiero nadchodzi czas prawdziwej próby.

— Cenię siebie, znam swoją wartość, ale widzę, jak zmienia się światowy rynek właścicieli praw do formatów telewizyjnych. Wiem, że muszę się sprzymierzyć z jednym ze światowych liderów, jestem gotów sprzedać część lub nawet całą firmę. Razem będziemy mieli siłę przekonać telewizje do programów, o jakich teraz nawet boją się marzyć. Polacy je pokochają — twierdzi Rinke Rooyens.

Lew w polskim zoo

46-letni dziś Rooyens lubi opowiadać o swoich korzeniach, dzieciństwie w Holandii, miłości, która usidliła go nad Wisłą. O matce aktorce, ojcu wziętym reżyserze wielkich widowisk w holenderskich i niemieckich stacjach telewizyjnych. O tym, jak grał Jasia Fasolę w potężnym multikulturowym przedsięwzięciu teatralnym przed igrzyskami w Los Angeles. I zamiast cierpliwie przyjmować gratulacje od rotterdamskiej widowni, przebierał nogami, bo w foyer miał zaklepaną kolejkę do automatu z fliperami.

To krnąbrne, zwariowane, nieokrzesane dziecko co jakiś czas wychodzi na wierzch jego osobowości. Ale Rinke podkreśla, że coraz rzadziej. Bo niby wciąż Rochstar porywa się na najbardziej widowiskowe produkcje telewizyjne nad Wisłą, wciąż epatuje na ekranie kolejnymi generacjami gwiazd i gwiazdeczek, ale jednocześnie za kulisami Rooyens prowadzi twardą biznesową grę, której stawką jest królowanie w polskim showbiznesie.

To już nie jest facet, jakiego niektórzy znają ze zdjęć na Pudelku: z narzuconą niedbale marynarką zszytą ze skór węży boa, wartą pewnie tyle, ile wynosi pensja wszystkich plotkujących dziennikarzy razem wziętych. „Holish” — jak sam o sobie mówi, łącząc Holandię z angielskim „Polish” — obciął bujne włosy, wpuścił koszulę w spodnie, zapiął guzik pod szyją, sprzedał krzykliwe porsche („jeździłem jak idiota”), podszlifował biznesowe zwroty po polsku. Cała grupa Rochstar w dobrym roku zarabia miliony. Przy produkcji programów pracują setki osób.

— Mam mnóstwo pomysłów na to, jak rozkochać w telewizji kolejne rzesze Polaków. Ale polski rynek nadawców rządzi się swoimi prawami. Z jednej strony jest duży i pojemny, z drugiej — stacje programują ramówki dość konserwatywnie, opierając się na sprawdzonych wcześniej rozwiązaniach — narzeka właściciel Rochstara.

Taka to melodia

Te „sprawdzone rozwiązania” to nic innego, jak uwielbienie dla formatów, szoł emitowanych z sukcesem w krajach Zachodu, o potwierdzonych ratingach. TVN, Polsat i TVP nie szukają absolutnych nowości, wielkich niewiadomych, większego ryzyka za większy zysk. Na to mogą i muszą pozwolić sobie bogatsze stacje, mające źródła przychodów w kilku krajach lub działające na rynkach takich jak Holandia, gdzie widz widział już wszystko w czasach, gdy my ekscytowaliśmy się „Kołem Fortuny”. Tu dochodzimy do sedna.

— Konsolidacja wśród właścicieli praw do formatów doprowadziła do tego, że zaczęli przejmować lokalne firmy producenckie, by tworzyć treści na podstawie swoich licencji i ściągać jeszcze więcej marży. W takiej sytuacji bycie niezależnym producentem, takim jak Rochstar, zaczyna być ryzykowne. Bo co z tego, że wszyscy w mediach wiedzą, iż potrafisz zrobić najlepsze widowisko nad Wisłą, jeśli zagraniczne koncerny nie pozwolą ci się do niego dotknąć? — pyta retorycznie Rinke Rooynes.

Jakiś czas temu pielgrzymowały do niego wszystkie tuzy od „Dancing with the stars”, „Got talent” czy „Top Model”. Składały oferty, negocjowały, badały grunt. Wracały z niczym. Teraz urosły w siłę i zaczynają wystukiwać rytm melodii, w takt której tańczy rynek. Nie mają jednego: producenta, który z opasłej książki z kanonami formatu upichci dwudaniowy obiad z lukrowanym deserem.

— Rinkego zawsze wyróżniała pewność siebie, taka zachodnioeuropejska, brana nieraz za butę. Teraz jednak widzi, że pieniądze to nie wszystko. Ma ich dość. Zakłada uprasowaną koszulę, ale jednocześnie wskakuje w pstrokate trampki — nie chce iść na emeryturę. Wciąż ma dużo do zrobienia, zrozumiał, że może mu w tym pomóc zagraniczny partner. Bo jednocześnie już wie, że nie jest bogiem. Albo inaczej: że w ustroju telewizyjnym królem się bywa, a nie się rodzi — mówi szef konkurencyjnej firmy.

Ma talent

Pomysł jest nieco makiaweliczny: Rochstar trafia pod skrzydła któregoś z gigantów — Fremantle, EyeWorks, Endemol Shine Group lub BBC. W efekcie dostaje cały wachlarz ich licencji, a jednocześnie — z tak silną kartą przetargową — wkłada w polskie stacje swój pierwiastek, autorskie pomysły, dające ekstra zyski. Jest się o co bić, bo szacuje się, że co roku na programy rozrywkowe i seriale telewizje w Polsce wydają w sumie nawet ponad miliard złotych.

Rooyens w telewizji ma dwie maski. Jedną znają masy: pompatyczne szoł, pełne gwiazdek wszelkiej maści, podlane pstrokatą scenografią przy której bledną cygańskie wesela. Co z tego, że stół z dykty, a ściany ze styropianu, skoro w telewizji całość wygląda bajecznie? „Szmira” — ktoś prychnie. Ale Rinke wie, czego oczekuje telewizja w Polsce, walcząca o każdy procent marży. Mają być światowe produkcje, rozmach, styl, ale koszty iście słowiańskie.

— „Packaging” to słowo klucz. Nigdy nie badam swoich programów, bo wynik badania za bardzo zależy od sposobu zadania pytań. Zdaję się na swój refleks, intuicję, doświadczenie. Nie nadaję się do nauki z cyferek, wykresów, książek. Jestem praktyk, co szkołę skończył w wieku 16 lat i najął się do roboty w teatrze — mówi producent, który w chwilach uniesienia miesza kilka języków.

Wyznaje zdrową zasadę, że nie ma co wyważać otwartych drzwi — w telewizji wszystko już było, żyjemy w zamkniętym kręgu tych samych pomysłów, które bawią i cieszą od lat.

— Trzeba wymyślić opakowanie. Taki „Taniec z gwiazdami” czy „Mam Talent” można opakowywać na nowo jeszcze wiele lat. Serio, ja się urodziłem niemalże w telewizji, widziałem wszystko i wiem, jak to po raz kolejny sprzedać w atrakcyjnej formie — twierdzi Holender.

Ale ma też drugą twarz: chce robić i pokazywać programy wnoszące do życia widzów coś więcej niż czkawkę po rechocie popitym colą i zagryzionym popcornem. Jest przekonany, że widzi niszę, przestrzeń, której nie dostrzegają jeszcze właściciele telewizji.

Taniec na lodzie

Rinke Rooyens przyznaje, że ludzie odbierają go jako nieco butnego, czasem bezczelnego typa. Ponoć Holendrzy tacy są, w domach mają duże okna i nie wieszają w nich firanek, nie mają przecież nic do ukrycia. I tak też podchodzą do życia — bez kompleksów, ale z żyłką do interesów, z manierą zdobywców świata. To oni wbijali flagi w koloniach na końcu świata, zakładali Wall Street i z przywiezionego z Turcji tulipana zrobili sensację.

— Rinke wszystko wie najlepiej. To nieraz wplątuje go w kłopoty. Te jego wolty o 180 stopni bywają nieznośne. Tak jak to przeniesienie „Tańca z Gwiazdami” z TVN do Polsatu. Szaleństwo pomaga w biznesie, ale czasem oznacza palenie za sobą mostów — mówi biznesmen od dwóch dekad działający na rynku telewizyjnym.

I prosi o anonimowość, bo — wiadomo — taka branża. Tu jest niczym w tańcu na lodzie — dostaje się punkty także za ładną buzię. Wie też o tym Holender, którego twarz miga na plotkarskich portalach, podobnie jak w kolorowych magazynach, gdzie opowiada o swoim życiu osobistym, pokazuje fotografie z podróży lub z męskich wypadów z synem Rochem. Do tego regularnie pielgrzymuje do szefów najważniejszych anten i choć w TVN teraz jest na cenzurowanym, a Nina Terentiew, jedna z najważniejszych postaci Polsatu, nachwalić się go nie może, to nie wiadomo, jak długo to będzie trwało. Dlatego Rooyens w rozmowie z dziennikarzami czasem gryzie się w język. Owszem, mówi o frustracji i o tym, jak bardzo się wszyscy „wku…..li” na pojawienie się Szymona Majewskiego w kampanii PKO BP, będącej trawestacją „Szymon Majewski Show”, za którą nie poszły żadne większe budżety reklamowe do TVN. Jednak spalonych mostów nie zamierza rozpamiętywać. Rozmasowując palec wybity po ostatnim skoku z 10-metrowej wieży, jaki ćwiczył przy okazji „Celebrity Splash”, opowiada, że i mosty w jego życiu mają swoje miejsce.

— Jako dzieciak skakałem do kanału z mostu kolejowego. To było kilkanaście metrów. Teraz nie mam strachu przed takimi skokami — mówi z błyskiem w oku.

Szansa i sukces

Skoków na głęboką wodę oddał kilka. Ze wszystkich wychodził bez szwanku, choć bywało, że długo nie wypływał na powierzchnię. W 2012 r. telewizje drastycznie ścięły wydatki na ramówki w ślad za spadkami na rynku reklamowym. Każda nietrafiona inwestycja bolała podwójnie. Rochstar z dnia na dzień zniknął z największych anten, zaliczając m.in. sponsorską posuchę przy „Top Model” i wtopę przy nieśmiesznym i nieoglądanym „Woli i Tysio”, w którym prowadzący przerzucali się słoniowym łajnem.

— Niektórzy myśleli wtedy, że minął czas Holendra, pokazującego Polakom wielki świat, mówiącego ze śmiesznym akcentem i zarażającego swoją wizją — przyznaje jeden z konkurentów. Ale Zbigniew Badziak, wieloletni szef biura reklamy TVP, dodaje, że refleks i brawura Rinkego to nie miejskie legendy.

— On ma nos, ale i odwagę. Gdy na targach w Cannes zobaczył format, który później stał się The Voice of Poland, powiedział, że musi go mieć. Stacje w Polsce były zainteresowane, TVP też, ale nikt mu nie zagwarantował na papierze emisji programu. Rinke podpisał zobowiązanie z właścicielem formatu na 1,5 miliona dolarów. Konsekwentnie też inwestuje w pionierski „Świat się kręci”, który wszedł w pasmo Wieczorynki i serwuje świeżą informację w rozrywkowym wydaniu — przypomina Zbigniew Badziak.

Rooyens jechał akurat na Coke Festiwal do Krakowa, gdy dostał telefon, że TVP bierze The Voice of Poland. Zatrzymał się i kilka minut skakał z radości. Być może niedługo będzie miał szansę na powtórkę: w wolnym czasie poszedł do więzienia. Z kamerą. Był ciekaw, co więźniowie powiedzą na „Mr. Telewizję”. Zaakceptowali, bo słuchał, zamiast świdrować pytaniami.

— Dręczyło mnie, dlaczego w Polsce 70-80 proc. skazanych wraca za kratki. Wszedłem więc na miesiąc w to środowisko, nie zadając pytań „dlaczego, jak, ile”. Ludzie się otwierali, sami mówili. Nawet mój ojciec Bob, niezwykle krytyczny wobec moich prac, uważa, że w moim materiale z więzienia jest autentyzm, to coś wychodzące z człowieka — cieszy się Rinke Rooyens.

Kochać Cię, Polsko

Podczas rozmowy z minuty na minutę nakręca się, drwi z rozmówcy i z siebie. Prowokuje, wznieca pożar, łapie za słowa. Strzela pomysłami, jakbyśmy byli w epicentrum planu zdjęciowego „Szymon Majewski Show”. Snuje plany tournée polskich diw, zapełniających stadiony z udziałem Rochstar Events, spółki organizującej m.in. Orange Festival na Stadionie Narodowym. Wierzy też w program typu „Price is right”, w którym uczestnicy zgadują ceny produktów.

— Przecież to chodzący product placement dla dystrybutorów AGD i elektroniki! Tylko żeby nie opakować go zbyt nowocześnie, raczej tak ze sznytem z lat 80. I na bank w bezpośrednim pojedynku pobije „Jaka to melodia” — zapala się.

Wspomina też o aplikacjach na tablety i komórki, pozwalających utrzymać widza przy ekranie, i o rekrutacji gwiazd z Facebooka, do czego przekonał weteranów rynku. Fotografa namawia do pstrykania w czasie, gdy będzie udawał gwiazdę w scenografii „Tańca z Gwiazdami”. Na taśmę przykleja sobie do oczodołu sztuczny brylant, bo przecież on „wyławia tylko brylanty”, które świecą potem dla mas, złaknionych emocji i blichtru z ekranu. A na masie zarabia się najlepiej. I masę najlepiej zamieniać na mięśnie z silnym partnerem biznesowym.

— Jak dopnę biznesowo swego, zwolnię nieco. Na pewno okres rockandrollowca mam za sobą. Pojadę z synem w podróż dookoła świata, jednak w Polsce zostanę już na zawsze — zapowiada.

I pokazuje zdjęcia z podróży do Tajlandii („co roku robię sobie tam kilkutygodniowy detoks, wyłączam komórkę”), z sielskiej farmy ojca pod Amsterdamem, rejsów zabytkowymi drewnianymi łodziami po Narwi (w tym piękną motorówką marki… Jaguar). Jednak w branży nikt nie wierzy w scenariusz, w którym obsypany deszczem gotówki Rinke Rooyens chowa się w cień. Zaraz wróci i znów rozpocznie swój one man show.

 

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: KAROL JEDLIŃSKI, FOT. MAREK WIŚNIEWSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Kategoria