Opcje: idzie nowa fala bankructw

Adrian Boczkowski
opublikowano: 05-02-2009, 00:00

Problem opcji tak nabrzmiał, że polskie władze nie mogą mu się biernie przyglądać. To kolejna kula u nogi gospodarki.

Skok notowań euro do 4,7 zł oznacza lawinowy przyrost zobowiązań firm wystawiających opcje

Problem opcji tak nabrzmiał, że polskie władze nie mogą mu się biernie przyglądać. To kolejna kula u nogi gospodarki.

Przedsiębiorcy spodziewają się fali bankructw z powodu strat na wystawionych opcjach walutowych. To przez złotego, którego wycena leci w dół jak kula śnieżna. W środę kurs euro dobijał do 4,7 zł, podczas gdy w minione wakacje wspólnotowa waluta kosztowała 3,2 zł. Grający na osłabienie naszej waluty nie odpuszczają.

— To zamach na polską gospodarkę — ocenia Zbigniew Jakubas, znany przedsiębiorca, inwestor giełdowy i prezes Polskiej Rady Biznesu (czytaj wywiad obok).

Jego zdaniem rząd nie może stać z boku i udawać, że nic się nie dzieje.

— Trzeba jak najszybciej podjąć kroki, by uciąć wielką spekulację na rynku złotego. Trzeba też zmusić banki, by wypiły piwo, jakie same nawarzyły — dodaje biznesmen.

Stan krytyczny

W styczniu rynkowi eksperci za krytyczny uznawali kurs EUR/PLN 4,5-4,6. We wtorek po południu okazał się on faktem. W środę było jeszcze gorzej. Można się spodziewać, że kolejna grupa przedsiębiorstw osiągnęła granicę możliwości finansowych i nie wytrzyma dłużej opcyjnego balastu.

— Wydarzenia na rynku walutowym to celowa gra. Chodzi o doprowadzenie do zamykania pozycji na wystawionych przez firmy opcjach kupna waluty przy możliwie słabym złotym. Obecne kursy są już absurdalne. Dlatego spodziewam się fali bankructw wśród firm, które są mocniej zaangażowane na rynku opcji walutowych — mówi Ryszard Petru, który od lipca będzie głównym ekonomistą Grupy BRE Banku.

Dilerzy walutowi opisują, że po przekroczeniu przez EUR/PLN bariery 4,52 kilka firm spoza GPW musiało zamknąć pozycje opcyjne. To pchało złotego coraz niżej. Kolejna ważna bariera dla kursu EUR/PLN, biorąc pod uwagę opcje, wynosi 4,8.

— Wtorkowy spadek złotego pokazał, że nie ma żadnych limitów i barier —przyznaje Marek Wołos, dyrektor departamentu doradztwa i analiz DM TMS Brokers.

Millennium wygrało

Jeśli wartość złotego w najbliższych dniach wyraźnie nie wzrośnie, wiele przedsiębiorstw otrzyma wezwania do uzupełnienia depozytów zabezpieczających. Chodzi o grube miliony złotych. Problem w tym, że sporo firm nie dysponowało wolną gotówką już przed kilkoma miesiącami. Banki poszły im wtedy na rękę i wzięły w zastaw majątek (np. nieruchomości). Co będzie teraz?

— Spodziewam się wielu wypowiedzeń umów. Niektórzy klienci nie potrafią udźwignąć takiego ciężaru — mówi szef departamentu skarbu w jednym z banków.

Zdaniem kolejnego bankowca po wybuchu opcyjnej bomby jesienią zeszłego roku firmy i banki spuściły w następnych miesiącach z tonu i zaczęły grać na czas, nie zamykając otwartych pozycji.

— Wykorzystali to spekulanci z rynku walutowego — mówi nasz rozmówca.

Szef działu ryzyka jednego z dużych banków obawia się, że banki będą musiały utworzyć bardzo duże rezerwy i odpisy.

— Sytuacja się pogarsza. Teraz można powiedzieć, że wygrali ci, którzy wcześniej pozamykali pozycje — mówi jeden z bankowców.

Przypomnijmy, że tak przy kursie 3,8 zł za euro zrobił giełdowy Erbud. Budowlana spółka tłumaczyła wtedy, że problem opcji walutowych narasta, więc spodziewa się wzrostu kursu dewiz. Strata wyniosła niecałe 50 mln zł. Teraz mogłoby to być nawet trzy razy więcej.

Z naszych informacji wynika, że z krajowych banków najmocniej zaangażowanych na rynku opcji walutowych dziś w najlepszej sytuacji jest Millennium. To ten bank jako pierwszy na jesieni zamykał ryzykowne, spekulacyjne pozycje swoich klientów. Inne banki czekały.

— Spodziewaliśmy się ataku na złotego, więc w interesie klientów, ale również własnym, podjęliśmy konieczne kroki. Teraz to procentuje — mówi wysoki rangą przedstawiciel Millennium.

Władze zadziwiły

Waldemar Pawlak, wicepremier i minister gospodarki, twierdzi, że nie jest potrzebna interwencja na rynku walutowym. Sławomir Skrzypek, prezes NBP, uważa spekulację rynkową za ostatnią rzecz, jaka osłabiła złotego. Eksperci mają inne zdanie.

— Jestem zaskoczony wypowiedzią wicepremiera Pawlaka. Ekstremalnie słaby złoty jest dużo ważniejszy niż na przykład stopy procentowe. RPP tego nie doceniła, ścinając zbyt szybko i zbyt mocno cenę pieniądza. Nie musimy nikogo naśladować. Tymczasem to, co dzieje się na rynku złotego, jest bardzo niebezpieczne — komentuje Ryszard Petru.

Jego zdaniem nieprzewidywalny kurs złotego odstrasza zagranicznych inwestorów, a silna przecena naszej waluty wizerunkowo świadczy o słabości kraju.

— Te sprawy powinny być na bieżąco omawiane przez NBP i Ministerstwo Finansów. Ewentualna rynkowa interwencja naszych władz monetarnych powinna być jednak dokonana razem z Czechami i Węgrami. Bez regionalnej koordynacji nie można liczyć na dobre efekty, ponieważ sami mamy za małe moce finansowe — dodaje Ryszard Petru.

Zbigniew Jakubas, znany biznesmen i inwestor, uważa, że szybkie przyjęcie euro ograniczy ryzyko kursowe. Apeluje o pomoc dla firm.

"PB": W jaki sposób wyliczył pan, że opcje walutowe to obecnie problem 50 mld zł?

Zbigniew Jakubas: Raport Komisji Nadzoru Finansowego (KNF) o stratach krajowych firm na derywatach z połowy grudnia opierał się na danych z listopada. Wtedy euro kosztowało 3,8-3,9 zł. Z moich rozmów z ofiarami opcji wynika, że cena wykonania wystawionych opcji kupna waluty wahała się od 3,5 do 3,7 zł za euro. Wówczas różnica między zobowiązaniem przedsiębiorców, a rzeczywistym kursem wynosiła 20 gr. Teraz jednak euro kosztuje 4,6- -4,7 zł, więc trzeba te 5-7 mld zł z raportu KNF pomnożyć przez pięć. Dlatego bezpośrednie straty firm szacuję na 25-30 mld zł. Pozostała kwota to pozornie nie spekulacyjne zabezpieczenie typu forward. Większość firm osiągających przychody w euro, straszona w ubiegłym roku rekomendacjami instytucji finansowych, że euro może spaść nawet poniżej 3,00 zł, sprzedawała przychody nawet przyszłych dwóch trzech lat w transakcjach forward po 3,20-3,30 zł. Dziś, gdy eksport znacząco spadł, by wywiązać się z kontraktów wobec banków, trzeba odkupić euro na rynku po 4,70 zł. To olbrzymie straty. Dodam, że już w grudniu prof. Stanisław Gomułka (były wiceminister finansów) szacował, że na toksycznych opcjach gospodarka polska może stracić nawet 100 mld zł.

Banki nie podały wszystkich transakcji w ankiecie KNF?

Banki także mogą być przerażone tym, co się dzieje. Nie przyznają, jaka jest skala problemu. Komisja powinna podać publicznie, jaka jest wartość otwartych opcji w euro w systemie bankowym i jakie są straty z rozliczonych już transakcji opcyjnych. W ten sposób każdy mógłby sobie łatwo przeliczać możliwe straty naszej gospodarki i systemu finansowego.

Czy na rynku złotego mamy do czynienia z atakiem spekulacyjnym?

Nie mam wątpliwości, że to wielka spekulacja. Dlatego apeluję do premiera Donalda Tuska, by publicznie zadeklarował pełną determinację rządu do jak najszybszego wejścia Polski do systemu ERM-2 i przyjęcia euro w obiecanym 2012 r. To jest teraz najważniejsze, bo mamy do czynienia z zamachem na polską gospodarkę. Polityków, którzy są przeciwni wejściu Polski do strefy euro, uważam za szkodników.

Czy krajowe przedsiębiorstwa wytrzymają ten atak?

Jeśli rząd nic nie zrobi, spodziewam się olbrzymiej fali bankructw. Sytuacja jest dramatyczna i wymaga natychmiastowych działań.

Co ma pan na myśli oprócz wysiłków w kierunku przyjęcia szybkiego euro?

Powinno dojść do spotkania z zarządami banków. Jeżeli system bankowy otrzyma jakąkolwiek pomoc rządu, to powinna objąć w pierwszej kolejności poszkodowanych przez banki. Banki uważane były za instytucje zaufania publicznego. W przypadku oferowania opcji mieliśmy do czynienia często z agitacją. Nie wykazywano klientom banków zagrożeń. Wydarzenia z opcjami skutecznie to zaufanie zachwiały.

Rozmawiał Adrian Boczkowski

okiem DORADCY

Marek Wołos

dyrektor departamentu doradztwa i analiz DM TMS Brokers

Rząd musi coś zrobić

Nie zgadzam się z twierdzeniami, że interwencja na rynku walutowym nie pomogłaby złotemu. Z interwencjami jest jak z operacją wojskową. Jeśli perfekcyjnie dobierze się miejsce, czas i środki, to rezultat jest bardzo dobry. Obecnie na parach walutowych ze złotym otwartych jest bardzo dużo długich pozycji [gra na osłabienie złotego — red.]. Gdyby doszło do jakiejkolwiek interwencji, można byłoby oczekiwać korekty, a nawet trwalszego odwrócenia trendu.

Interwencja nie musi oznaczać uruchamiania rezerw NBP. Można interweniować słownie. Węgierskie władze monetarne właśnie werbalnie interweniowały. Wczoraj forint umacniał się, gdy złoty tracił. Tymczasem to Węgry mają dużo gorsze ratingi i sytuację fundamentalną. Nasz resort finansów powinien choćby wymienić pieniądze ze styczniowej emisji euroobligacji na zło-

te. Wtedy euro kosztowało 4,1 zł,

a teraz prawie 4,7. To byłby bardzo dobry interes. Widać ogromną skalę spekulacji złotym i jego bardzo duże niedoszacowanie. Ci, którzy mówią o niedorzeczności jakiejkolwiek interwencji, być może nie znają sytuacji rynkowej.

okiem WICEPREMIERA

Waldemar Pawlak

wicepremier, minister gospodarki, z wypowiedzi dla radiowych "Sygnałów Dnia"

Interwencja nie jest potrzebna

Nie ma potrzeby interwencji na rynku walutowym, bo to byłaby tylko zachęta dla spekulantów. Wydaje się, że zachowanie płynnego kursu złotego jest najlepszym zabezpieczeniem. Nie ma zagrożeń, które byłyby tak istotne, by podejmować interwencję na rynku walutowym. Paradoksalnie, osłabienie złotego może być pomocne w przezwyciężeniu obecnych zjawisk kryzysowych, bo poprawi konkurencyjność na rynkach zagranicznych naszych krajowych produktów. Również na krajowym rynku pozycja polskich produktów się poprawia.

Adrian Boczkowski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adrian Boczkowski

Polecane