Opcje nauczyły nas ostrożności

Adrian Boczkowski
opublikowano: 03-11-2009, 00:00

Lekcja spekulacji wyjdzie na dobre wszystkim

Wielki huk, potem głośne dyskusje, giełdowa panika, duże liczby w komunikatach o stratach i skrajne pomysły na rozwiązanie sytuacji. Tak było przed rokiem po wybuchu bomby "toksycznych" struktur opcji walutowych. Teraz wiele banków, przedsiębiorców i inwestorów giełdowych leczy po nich kaca, a mocne emocje ustąpiły miejsca pracy nad ratowaniem spółek, żmudnym analizom zawartych z bankami umów i opracowywaniu strategii procesowych.

Jak to wszystko się zaczęło? Wiosną zeszłego roku wzrost wartości złotego przyspieszał. Latem kurs euro spadł do 3,2 zł. Katastrofa dla eksporterów. Bankowi sprzedawcy lawinowo zaczęli im proponować asymetryczne struktury opcyjne, których jedyną zaletą była cena, a raczej brak opłaty. Pozorny. W rzeczywistości spółki zaczęły na masową skalę spekulować na rynku walutowym (często nieświadomie), bankowcy kasowali sowite premie, a banki cieszyły się z zysków. Do czasu. Jesienią, po upadku banku Lehman Brothers, zaczęła się ewakuacja kapitału zagranicznego z naszego regionu. Złoty zaczął dynamicznie tracić na wartości, a na początku roku kurs euro dotarł do 4,9 zł. Banki, które wcześniej niedoszacowały ryzyko, naliczały klientom miliardowe zobowiązania. Ci natomiast, zszokowani, nie mieli jak ich uregulować.

Panikę najlepiej widać było na GPW. Spółek, które w mniejszym lub większym stopniu miały w bilansach opcje, było prawie sto. Inwestorzy o tym nie wiedzieli lub dowiadywali się po fakcie, gdy straty szły w miliony zlotych. W dniu, w którym firmy informowały o dużych stratach z tytułu opcji, ich kursy pikowały o nawet 30-40 proc. (m.in. Ropczyce, Rafako — efekt transakcji zależnego Elwo). Potężny cios otrzymali też akcjonariusze PKM Duda, Sfinksa. Odlewnie i Krosno przypłaciły "przygodę" z opcjami upadłością.

Wielki szum polityczny, epatowanie projektami ustaw (Lewica, PiS, PSL-PO) czy nawet pomysły o unieważnieniu umów opcyjnych z mocy prawa ucichły. Używający mocnych słów wicepremier Waldemar Pawlak również spuścił z tonu. Zapał rządzących był słomiany.

Co dalej? Mali i średni przedsiębiorcy, którzy nabyli produkty nieprzeznaczone dla nich, zapewniają, że nigdy nie zawrą już umowy, której skutków nie zrozumieją. Bankowcy potwierdzają, że lekcje zostały odrobione. Mówią, że klienci interesują się tylko prostymi instrumentami. Przedsiębiorcy, bez względu na wykształcenie, zadbali o przynajmniej elementarną edukację z zakresu finansów. Gdyby nie doszło do wyczyszczenia rynku z toksycznych instrumentów, które zaczęło się już jesienią 2008 r., bańka mogłaby rosnąć, a wraz z nią ryzyko dla całej gospodarki. Przedsiębiorcy zachęceni działającymi, choć niezrozumiałymi instrumentami, byliby też chętni do spekulowania na innych rynkach, chociażby stopy procentowej. W pewnym momencie, kiedy globalny rynek powiedziałby "sprawdzam", doszłoby do totalnej katastrofy.

Największe straty na opcjach mogą jednak ponieść krótkowzroczne krajowe banki, które w większości jedynie pośredniczyły w sprzedaży "toksycznych" struktur. Nie dość, że w IV kwartale 2008 r. i w I półroczu tego roku miały setki milionów złotych odpisów i rezerw przez opcje, to za 2-4 lata (tyle potrwają procesy sądowe) będą musiały pewnie wypłacać przedsiębiorcom ogromne odszkodowania.

Ryzyko trzeba kontrolować

Aleksander Łakomski, Citi Handlowy, dyrektor sprzedaży w pionie skarbu

Surowa lekcja z opcji walutowych obnażyła nieskuteczne mechanizmy kontroli ryzyka w niektórych bankach. Zawirowania na rynku walutowym oraz mocny spadek złotego pokazały, że w firmach konieczne jest wdrożenie i egzekwowanie skutecznej polityki zabezpieczeń, a zawieranie transakcji walutowych zawsze musi być zgodne ze sztuką. Sytuacja sprzed roku była najbardziej okrutną lekcją dla tych, którzy opcje walutowe wykorzystali do spekulacji, a nie w celu zabezpieczenia działalności eksportowo-importowej. To spekulantów właśnie dotyczyć mogą ewentualne bankructwa. Z klientami, którzy opcje walutowe wykorzystywali do zabezpieczeń, bank prowadzi rozmowy w celu restrukturyzacji transakcji.

Lekcja z opcji walutowych przekonała z kolei banki do bezwzględnej konieczności dokładnej weryfikacji działalności skarbcowej klientów, szczególnie pod kątem transakcji zwartych w innych bankach. Warto jednak mieć świadomość, że w przypadku przedsiębiorstw, których działalność narażona jest na ryzyko walutowe, niezbędne jest zarządzanie ryzykiem kursowym, zwłaszcza gdy złoty się umacnia.

Zbigniew Przybysz: straciłem wiarę w polityków

Zbigniew Przybysz

prezes Stowarzyszenia na rzecz Obrony Polskich Przedsiębiorstw

Sprawa opcji walutowych nauczyła mnie przede wszystkim tego, że nie można wierzyć w obietnice polityków. Są oni gotowi poświęcić interes narodu dla interesów wąskich grup interesu. Celem naszego Stowarzyszenia nigdy nie było rozwiązanie sprawy opcji walutowych ustawowo, unieważniając umowy. Chcieliśmy tylko mieć zapewnione równe szanse przy dochodzeniu swoich praw przed sądami, by przed wyrokami z powierzchni nie zniknęły już nasze firmy. Na początku tego roku rządząca koalicja PO-PSL obiecywała przedsiębiorcom pomoc prawną i negocjacyjną. I nic. Żadnej realnej pomocy nie mielismy także od resortu gospodarki i finansów. Tymczasem konsekwencje "toksycznych" opcji są straszne. Czeka nas fala bankructw, bo wiele firm nie jest w stanie udźwignąć umów ugody podpisanych z bankami (zamiana zobowiązań opcyjnych na kredyty). Przedsiębiorcy próbują sobie radzić. Z moich informacji wynika, że do sądów trafiło z ich strony już ponad 100 pozwów przeciwko bankom, które opiewają jednostkowo na kwoty od 3-4 mln zł do 150 mln zł. Dlatego spodziewam się, że za dwa, trzy lata, gdy sprawy te ujrzą finał, banki będą musiały wypłacać olbrzymie odszkodowania.

KNF: firmy i bankowcy

stali się bardziej świadomi

Marta Chmielewska-Racławska

Urząd KNF

Punktem zapalnym problemu z opcjami walutowymi było gwałtowne osłabienie się złotego we wrześniu 2008 r. Efektem zwiększenia zobowiązań przedsiębiorstw z tytułu zaangażowania w walutowe instrumenty pochodne było przekraczanie limitów na transakcje, co z kolei skutkowało wezwaniami do złożenia dodatkowego zabezpieczenia w formie depozytu. Na taki scenariusz przedsiębiorcy nie byli przygotowani. Zabrakło rozwiązań, które pozwoliłyby firmom zabezpieczać pozycje rynkowe w formie innej niż depozyt.

Skala zobowiązań w początkowej fazie sięgała kilkunastu miliardów złotych. Już wtedy nasze analizy wskazały, że jest to znacznie mniej, niż sugerowały niektóre alarmujące publikacje. Taki poziom nie stanowił systemowego zagrożenia dla banków, ale z pewnością nie należało lekceważyć sytuacji. Nasze podstawowe zalecenie, kierowane do obu stron, brzmiało wówczas: hamować narastanie zobowiązań firm oraz prowadzić intensywne rozmowy nad wspólnym rozwiązaniem, leżącym w interesie kontra-hentów.

Efektem naszych licznych analiz i spotkań, nie tylko z bankami, stał się zbiór zaleceń systemowych skierowanych do banków, dotyczących jakości zarządzania ryzykiem i zapewnienia rzetelnej i kompletnej informacji pozwalającej przedsiębiorstwom podejmować świadome wybory w zakresie instrumentów pochodnych. Nasze informacje wskazują także, że banki dokonały gruntownego przeglądu procesów oferowania walutowych instrumentów pochodnych oraz zarządzania ryzykiem wynikającym z tego typu tran- sakcji. Natomiast zarządy firm zaczęły w sposób bardziej świadomy dopasowywać instrumenty pochodne do rzeczywistych potrzeb ich przedsiębiorstw, skłaniając się ku wyborze produktów nieskomplikowanych, których zarówno istota działania, jak i profil wypłaty są dla nich zrozumiałe.

Piotr Cieślak: trzeba rozliczyć winnych strat w spółkach

Piotr Cieślak

wiceprezes Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych

Problemem "toksycznych" opcji walutowych na długo pozostanie w pamięci inwestorów, spółek i nadzorców rynku. Stowarzyszenie od początku uważało, że transakcje na instrumentach spekulacyjnych (bo taki był charakter wielu z zawieranych opcji) powinny być ujawnione w formie raportów bieżących. Wiele spółek ten obowiązek zignorowało. W ocenie stowarzyszenia problem opcji przyniósł bardzo wiele szkód i nadszarpnął zaufanie do rynku. Z drugiej strony, była to także ważna lekcja.

Inwestorzy będą pewnie przykładać większą wagę do interpretacji informacji zawartych w raportach i sprawozdaniach. Większość spółek kilka razy zastanowi się, zanim ponownie skorzysta z instrumentów zabezpieczających. Należy też pamiętać, że spółki stały się nie tylko ofiarą agresywnego marketingu zabezpieczeń "zerokosztowych", ale przede wszystkim stały się ofiarą niewiedzy osób zarządzających czy też nadzorujących ich działalność. Jak inaczej wytłumaczyć sytuacje, w których zabezpieczano eksport instrumentami do ochrony przepływów z importu, godząc się przy tym na ryzyko poniesienia nieograniczonej straty?

Warto też przypomnieć, że SII w ostatnich miesiącach dwukrotnie uczestniczyło w spotkaniach roboczych organizowanych przez KNF, których tematem były zmiany w przepisach w zakresie m.in. polityki informacyjnej w obszarze instrumentów pochodnych. SII przedstawiło na spotkaniach swoje tezy i propozycje zmian. Liczymy więc, że jak najszybciej dojdzie do odpowiednich zmian w przepisach. SII uczestniczyło także w tym roku w kilkudziesięciu WZA, by wyjaśnić problem instrumentów pochodnych, a także skierowało już kilka wniosków do prokuratury przeciw osobom odpowiedzialnym za zawieranie opcji spekulacyjnych. Planujemy kolejne zawiadomienia.

Marek Rachubka: straciłem zaufanie do banków

Marek Rachubka

wspólnik firmy handlowej Eurotaxpol z Gdańska

Dzięki dobrej kondycji finansowej i bardzo ostrożnemu podejściu do opcji udało nam się własnymi siłami zamknąć otwarte transakcje opcyjne. Straty? 8,5 mln zł. Teraz jednak przygotowujemy się do batalii sądowej, bo zostaliśmy oszukani. W naszym przypadku nie chodzi tylko o wprowadzenie w błąd, działanie na naszą szkodę, ale także o postępowanie banku wbrew pisemnej umowie (błędne realizowanie "wyłączników" opcji). Opcyjna lekcja to na pewno krok milowy w edukacji małych i średnich przedsiębiorców. Szybko zapomnieć o niej mogą jednak ci, którzy świadomie spekulowali, najczęściej w wielu bankach. Im skłonność do hazardu nie minie.

Sprawa opcji nauczyła mnie braku zaufania do banku. Od 17 lat działamy na rynkach wysokiego ryzyka (Wschód) i nie mieliśmy do tej pory żadnej większej wpadki. To najlepiej świadczy o naszej ostrożności. Bank traktowaliśmy jednak nie jako zwykłego kontrahenta, ale jako instytucję, profesjonalistę w swojej dziedzinie, który chce zarabiać razem z nami, a nie tylko na nas. Tymczasem zostaliśmy perfidnie oszukani. Dzisiaj, po zgłębieniu tematu opcji, kompletnie nie mogę zrozumieć, jak profesjonaliści z departamentu skarbu banku mogli proponować określone struktury jako zabezpieczenie dla eksporterów. Przez wiele miesięcy diler namawiał mnie na struktury opcyjne. Przekonywał, że nie mam racji, że złoty nie jest za mocny. Mówił, że zabezpieczenia, które proponuje bank, doskonale pasują do naszej sytuacji. Wreszcie uznałem, że wie on lepiej, bo ja przecież nie jestem z wykształcenia finansistą. Tymczasem to, na co się zgodziłem, w ogóle nie służyło zabezpieczaniu. Dlatego idziemy do sądu po sprawiedliwość, a nie tylko po wyrok.

Błażej Bogdziewicz: patrzmy

na jakość zarządów spółek

Błażej Bogdziewicz

zarządzający funduszami Arka w BZ WBK AIB TFI

Opcyjna lekcja nie miała wielkiego wpływu na nasze działania. Szczęśliwie w portfelu mieliśmy niewiele spółek z problemami opcyjnymi. Czy takie spółki można było wyeliminować? To trudne pytanie. Można było dowiadywać się dokładniej o rachunkowość zabezpieczeń, ale nie zawsze informacje te były łatwo dostępne do analizy ryzyka walutowego w danej spółce.

To, co się wydarzyło, nauczyło nas wszystkich, że każde ryzyko czasami się materializuje, a do tego w skali dużo większej, niż można było się spodziewać. Teraz firmy powinny wiedzieć, że może dojść do znacznych wahań kursu złotego, nawet jeśli wszystko wskazuje na to, że trend naszej waluty jest jasny i mocny. Ogólnie jednak, opcje nie były z reguły jedynym kłopotem spółek. To był jedynie gwoźdź do trumny. W pierwotnym zamyśle były desperacką próbą zrekompensowania innych porażek. W dobrych spółkach takich problemów nie było.

Opcyjna lekcja uczy, że warto przywiązywać wagę do jakości zarządu i czytelnych sprawozdań finansowych. Jeśli widzimy dziwne ruchy, pogmatwane raporty, niejasną strategię, to rośnie ryzyko przykrej niespodzianki. Wielu inwestujących zapomni jednak pewnie o tym, bo zawsze na rynku są tacy, którzy kierują się modą czy medialnymi rewelacjami prezesów (choćby nie miały sensu). To się nie zmieni, a zamiast opcji walutowych za jakiś czas w roli głównej może wystąpić inny instrument.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adrian Boczkowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu