Opera jest polem syntezy

To był bardzo dobry rok — uważa Waldemar Dąbrowski, dyrektor Teatru Wielkiego – Opery Narodowej. A co w Roku Jubileuszowym 2018? Sporo, m.in. jedyna opera Ignacego Jana Paderewskiego. Wirtuoza i… zapomnianego ojca polskiej państwowości.

W Teatrze Wielkim — Operze Narodowej sezon artystyczny 2017/18 w pełni. To prawie 170 spektakli, czyli 26 tytułów operowych i baletowych, w tym siedem premier, a także znakomite koncerty. Grudzień skłania do podsumowań. Jaki był rok 2017?

Wyświetl galerię [1/2]

Waldemar Dąbrowski, dyrektor Teatru Wielkiego – Opery Narodowej

Waldemar Dąbrowski, dyrektor Teatru Wielkiego – Opery Narodowej: Taka już natura instytucji artystycznej, że żyje wbrew temu, co jest kodem instytucji w ogóle. Na rok budżetowy sumują się u nas trzy ważne obszary: koniec sezonu, wakacje, początek następnego sezonu. „Rok” to dla nas sezon — i trwa od 1 września do 30 czerwca. Jeśli jednak pyta pani o ten kalendarzowy, to 2017 uważam za bardzo udany. Poprzedni zresztą też odnotowujemy jako sukces. W 2016 r. nasz teatr został nominowany do nagrody International Opera Award w Londynie, nazywanej operowym Oscarem, jako najlepszy teatr świata, a Mariusz Treliński jako najlepszy reżyser, zaś w kategorii dostępności i upowszechniania sztuki operowej nagrodę otrzymała współtworzona przez nas pod skrzydłami międzynarodowej organizacji Opera Europa platforma VoD The Opera Platform (obecnie dostępna pod nazwą OperaVision). 26 września „Tristanem i Izoldą” Richarda Wagnera w reżyserii Mariusza Trelińskiego sezon otwierała nowojorska Metropolitan Opera. Natomiast w maju 2017 r. „operowym Oscarem” w kategorii „Dzieło odkryte na nowo” International Opera Awards uhonorowano „Goplanę” Władysława Żeleńskiego w reżyserii Janusza Wiśniewskiego, pod dyrekcją Grzegorza Nowaka. Ten rok to szereg ważnych premier, tu szczególnie chciałbym podkreślić „Umarłe miasto” w reżyserii Mariusza Trelińskiego, nieznane w Polsce dzieło wybitnego kompozytora Ericha Wolfganga Korngolda, spektakl wspaniale odebrany w Warszawie, w Lublinie, w Brukseli… Otwieraliśmy sezon operowy w futurystycznym budynku National Centre for the Performing Arts w Pekinie: 23 sierpnia, dokładnie w moje urodziny. Wspaniałym wydarzeniem było koncertowe wykonanie „Normy” Vincenzo Belliniego 5 lutego 2017 r. z legendarną słowacką śpiewaczką Editą Gruberovą w roli głównej. Był piękny koncert Piotra Beczały 10 marca — wykonał utwory Roberta Schumanna, Richarda Straussa, Siergieja Rachmaninowa i Mieczysława Karłowicza, a 3 grudnia w Studiu Koncertowym Polskiego Radia wystąpił Tomasz Konieczny z młodymi śpiewakami z naszej Akademii Operowej. Realizowany przez nas Program Kształcenia Młodych Talentów jest już bardzo dobrze rozpoznawalny na świecie, bo jego absolwenci występują w Operze paryskiej, Covent Garden w Londynie, mediolańskiej La Scali... To także nasz wielki sukces.

Natomiast mówiąc o balecie, nie można nie wspomnieć o znakomitym spektaklu „Jezioro Łabędzie” Piotra Czajkowskiego w choreografii Krzysztofa Pastora z oryginalnym librettem Pawła Chynowskiego, który wprowadził wątek Matyldy Krzesińskiej, znakomitej tancerki tamtej epoki, oraz o „Baletach polskich” do muzyki wybitnych kompozytorów Eugeniusza Morawskiego (zapomniana dziś, znakomita „Świtezianka”!), Aleksandra Tansmana („Sextour”) i Karola Szymanowskiego (przepiękny „II Koncert skrzypcowy”). To przedstawienie sprawiło mi ogromną przyjemność… A sezon operowy 2017/2018 zainaugurowaliśmy „Erosem i Psyche” Ludomira Różyckiego — w perspektywie Roku Jubileuszowego od kilku już lat konsekwentnie wprowadzamy do repertuaru ważne tytuły polskiej literatury operowej — nie tylko te powszechnie (w Polsce!) znane, ale i mniej dziś popularne, które jednak w swoim czasie były wielkimi wydarzeniami nawet w skali europejskiej. Moim zadaniem jest przywrócić je szerokiej świadomości: przywołać je z zapomnienia, podkreślając ich wartość. Na premierze „Erosa i Psyche” gościłem muzyków z Izraela, od których usłyszałem: „Dlaczego ukrywacie arcydzieło przed światem?”. To samo było z „Goplaną”, którą przywróciliśmy na afisz po 70 latach…

Proszę opowiedzieć więcej o planach artystycznych na rok 2018: Rok Jubileuszowy.

Stuleciem niepodległości żyjemy, tak jak wspomniałem, od czterech lat, bo wtedy zaczęliśmy przygotowania do tego wyjątkowego jubileuszu, m.in. nowymi inscenizacjami „Halki”, a także „Strasznego dworu” Stanisława Moniuszki w reżyserii Davida Pountneya, „Goplany”, „Cudu albo Krakowiaków i Górali” z librettem Wojciecha Bogusławskiego i muzyką Jana Stefaniego… Jest to oczywisty obowiązek narodowej instytucji kultury, która w centrum swojej misji ma krzewienie kultury i budowanie tożsamości — narodowej właśnie. W roku 2018 chcemy na pewno położyć istotny akcent na osobę i dzieło Ignacego Jana Paderewskiego. Wszyscy wiedzą, jaka była rola Józefa Piłsudskiego w kreowaniu polskiej niepodległości, ale mało kto zdaje sobie sprawę, że na konferencji pokojowej w Wersalu w 1919 r. to Paderewski jako jedyny z polskiej delegacji miał — jak byśmy to powiedzieli językiem naszych czasów — komórki do wszystkich najważniejszych tego świata, którzy rozstrzygali o istnieniu państwa polskiego, jego kształcie i przyszłych sojuszach. Odegrał nieprawdopodobnie istotną rolę jako wirtuoz, kochany i podziwiany na świecie artysta, ale też jako mąż stanu. O tym chcemy w Roku Jubileuszowym mówić. Dwoma głównymi wydarzeniami — w październiku 2018 r. — będą realizacja jedynej opery Paderewskiego „Manru” w reżyserii Marka Weissa, bardzo pięknej i aktualnej, oraz wystawa „Paderewski. Wirtuoz i mąż stanu” w Salach Redutowych. Mało kto wie, że Paderewski dwa razy pojawiał się na okładce „Time’a”, pukle jego włosów były w cenie, trafiały do muzeów i prywatnych kolekcji, i otrzymał najwyższe honorarium indywidualne w dziejach muzyki: 20 lat temu ktoś przeliczył, wtedy byłoby to 5 mln dolarów...

Mówi się, że zdemokratyzował pan Operę Narodową. Dzięki platformie VoD warszawskie przedstawienia są transmitowane na cały świat, a streaming jest za darmo. Bilety na spektakle można zaś kupić w cenie biletów do kina. Czy w najbliższym czasie zaskoczy nas pan czymś, co jeszcze szerzej otworzy drzwi do Opery?

Pamiętajmy, że od paru lat robimy „Szalone Dni Muzyki” we współpracy z Sinfonią Varsovią, orkiestrą, którą współtworzyłem w 1984 r. z Franciszkiem Wybrańczykiem, dyrektorem Polskiej Opery Kameralnej. To bodaj najpełniejsza realizacja idei demokratyzacji sztuki, zwanej popularnie, acz niesłusznie, wysoką: zakładamy, że istotna część widzów, którzy przyjdą na koncerty, których odbywa się kilkadziesiąt przez trzy dni, pojawi się w sali koncertowej po raz pierwszy w życiu. W Teatrze Wielkim realizujemy szeroko zakrojone działania edukacyjne, adresowane do dzieci i młodzieży — to programy zatytułowane: 5+, 10+ i 15+; realizujemy także szereg wydarzeń specjalnych, projektów scenicznych, lekcje w szkołach… to niezwykle istotny element zapraszania w nasze progi nowego pokolenia widzów: tak kształcimy naszą przyszłą publiczność. Inaczej się nie da. Wszyscy goście ze świata są pod wrażeniem liczby młodych ludzi u nas na widowni. Tu odgrywają rolę dwa kryteria: bilety są dostępne — najtańszy jest mniej więcej w cenie biletu do kina. Drugie — które postrzegam jako pierwszorzędne — to właśnie nasza praca w przestrzeni edukacji. U nas nie dziedziczy się lóż ani miejsc z pokolenia na pokolenie. Tu trzeba pokonać pewną granicę psychologiczną, co jest trudne. Wiele osób mówi sobie: „To nie dla mnie, ja się na tym nie znam”… a potem przychodzi olśnienie: synteza wielkich talentów, oczywistego piękna czy to muzycznego, czy tanecznego, czy malarskiego, czy filmowego. Opera z natury rzeczy jest polem syntezy i każdy tu znajdzie coś dla siebie. Zapraszając widzów na spektakle, staramy się także podkreślać wyjątkowy walor tego miejsca po prostu jako dzieła sztuki architektonicznej: gmach Teatru Wielkiego jest bez dwóch zdań wybitną wartością kulturową. Codziennie czuję się zobowiązany wobec tych wspaniałych ludzi — architekta Bohdana Pniewskiego i Arnolda Szyfmana, dyrektora Teatru Wielkiego w budowie — którzy na popiołach Warszawy zbudowali coś tak wspaniałego, gmach, z którego do dzisiaj jesteśmy dumni. To jest największa scena świata i drugi największy budynek teatralny świata — tu palmę pierwszeństwa odebrała nam w 2007 r. opera w Pekinie.

Instytucja z misją, a jednocześnie wielki zakład pracy: ma pan tu 1080 osób na etatach. Czy zarządzanie teatrem różni się od pracy menedżera „zwykłej” firmy?

Oczywiście, że jest różnica! Jeśli chodzi o zarządzanie rzeczywistością teatralną, z jednej strony jest to przestrzeń artystyczna, z drugiej — wymiar finansowy, ale przede wszystkim organizm społeczny. W moim przekonaniu — które w sobie uwewnętrzniłem jeszcze w klubie studenckim Riviera Remont, który tworzyłem z wieloma wybitnymi ludźmi — miałem zawsze potrzebę formułowania i realizowania wizji, która była niczym innym, tylko zaproszeniem do wspólnej podróży. W takim dużym organizmie jak mamy tutaj, mniej więcej połowa pracowników czuje, że warto, a około 30 proc. się waha, czy wyruszyć w tę drogę, czy nie. Jeśli uda się zaprosić większość, zarządzanie przychodzi w najbardziej naturalny sposób. Dla mnie teatr jednakże to coś więcej niż instytucja, którą trzeba zarządzać: to metafora społeczeństwa, w którym reprezentowane są wszystkie stany: od pracowników technicznych, którzy napinają mięsień, żeby przenieść tony dekoracji, przez warstwę urzędniczą, która stabilizuje każde społeczeństwo, przez ludzi talentów artystycznych — wszystkich bez wyjątku, ludzi talentów technologicznych i technicznych — wszystkich bez wyjątku, po ludzi refleksji intelektualnych. To wszystko trzeba zharmonizować. Właściwe relacje między ludźmi są podstawą sukcesu. To musi być zespolony wysiłek, zsumowana energia. Nie ma innej drogi. Moja reguła jest taka, że jeśli ludzie nie uśmiechają się do siebie, mijając się na korytarzach, w pracowniach czy w kulisach sceny, to widz nie zobaczy niczego ciekawego na scenie. A przecież to jest nasze główne zadanie — nasza misja! Wszyscy pracujemy na to, by widz, który przyjdzie na nasze przedstawienie, przeżył moment szczególnego wzruszenia, uniesienia: moment zawieszenia w czasie, co jest ważne zwłaszcza dzisiaj, kiedy świat opowiadany jest szybko zmieniającymi się obrazkami. Opera jest wypadkową wielkiego talentu kompozytora (najczęściej z minionych wieków) oraz talentów współczesnych artystów, którzy proponują nam swoje interpretacje. Opera jest miejscem, gdzie widz powinien mieć szansę przeżycia khatarsis; chcemy, by widzowie wychodzili od nas z poczuciem, że są wewnętrznie bogatsi i tę wartość dodaną przenosili na inne sfery swojego życia, czasem bardzo prozaiczne, jak upiększanie otoczenia, w którym żyjemy.

Jak się państwu układa współpraca z biznesem?

Patrzę na to zawsze przez pryzmat talentów: z naszej strony są talenty artystyczne, ze strony „przestrzeni pieniądza” talenty zupełnie innego rodzaju, ale nie mniej wartościowe. Ludzie nieutalentowani nie odnoszą sukcesu w biznesie. Kluczem jest otwarcie wyobraźni na współdziałanie, na wspólną przygodę, w którą wpisany jest głęboki sens społeczny. Rzecz w tym, by część misji, która jest nam naturalnie przypisana, uczynić przynależną społecznej odpowiedzialności biznesu — CSR. W dojrzałych demokracjach to głęboko zaszczepione pojęcie, w Polsce wciąż nie do końca rozpoznane. O dojrzałości demokracji możemy mówić m.in. wtedy, gdy przedsiębiorcy przejmują część odpowiedzialności za los kultury regionalnej, narodowej. Ale też oświaty i innych tzw. zadań społecznych. Bardzo wiele się u nas w kraju dzieje w tym zakresie dobrego, ale wciąż przed nami wielka praca. Udaje się nam pozyskiwać sponsorów — kiedyś było łatwiej, teraz jest trudniej, bo kiedyś mieliśmy do czynienia z ludźmi, który osiągnęli nieprawdopodobny sukces i mieli radość dzielenia się. Teraz wykształciły się formuły korporacyjne i o tym, czy firma wesprze daną instytucję czy projekt, nie decyduje właściciel, który jest idiomem sukcesu, tylko korporacyjny oficer z suwmiarką, którą mierzy dostęp klienta do produktu — czy on się poprawi, czy nie. To jest duży błąd, ponieważ zupełnie nie o to chodzi. Musimy ukształtować formaty postaw obywatelskich, z których wynika później pozytywnie postrzegany obowiązek. Chodzi właśnie o to, by umieć w konsekwencji sukcesu mądrze się nim dzielić. Taka jest idea dojrzałej gospodarki rynkowej.

Na co mogą liczyć sponsorzy Opery?

Naczelną zasadą jest zasada równowagi: harmonijnych relacji wzajemnego obdarowywania się. Tak to postrzegam. W zamian za wsparcie materialne oferujemy poczucie głębokiego sensu społecznego, kulturowego — ale także bogate instrumentarium kreowania wizerunku. W tym zakresie katalog możliwości mamy naprawdę ogromny. Spośród wszystkich instytucji kultury w Polsce z pewnością największy. To fakt, który z pewnością ułatwia nam rozmowy z tzw. sektorem biznesu. Jesteśmy instytucją jednej z najbardziej elitarnych sztuk, a jednocześnie mamy fantastycznie szerokie pole dotarcia do odbiorców — w tej chwili już naprawdę na całym świecie. Czyż nie jest to wielka wartość? &

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karolina Guzińska

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

/ Opera jest polem syntezy