Wejście w życie powszechnego systemu odbioru odpadów bytowych stało się dla władzy tak ważne, że parasol nad tą „operacją na żywym śmieciu” rozpięło aż dwóch ministrów — Marcin Korolec od środowiska i Michał Boni od administracji. Co jest zrozumiałe, jako że ewentualny blamaż oznaczałby kolejną stratę punktów. Poza tym Warszawa, rządzona przez Hannę Gronkiewicz-Waltz i PO, stała się symbolem śmieciowego nieudacznictwa.
Ze statystyk wynika, że 1 lipca mogło być… znacznie gorzej. Spośrod 2479 gmin zdecydowana większość już ma lub lada dzień podpisze umowy, zostanie jedynie kilkadziesiąt, w których na razie wprowadzona zostanie prowizorka. Ustawa miała przyzwoite vacatio legis, około półtora roku. Ale później każdy szczebel zgubił sporo czasu — ministerstwo na wydanie rozporządzeń, sejmiki na uchwalenie wojewódzkich programów, wreszcie gminy na podjęcie uchwał. Efekt jest taki, że np. w mojej gminie, na styku ze stolicą, harmonogramy i worki rozprowadzano w... niedzielę 30 czerwca.
Wkrótce zaczną wychodzić czarno na białym błędy ustawy, często ugruntowane uchwałami gmin. Słynne śmieciowe deklaracje, będące słabym punktem systemu, zostały na ogół skonstruowane tak bez sensu, że w razie zmiany danych, ale nie po stronie mieszkańców, lecz np. przy uchwaleniu przez gminę nowych opłat, także niższych — cała akcja wypełniania deklaracji musi zostać powtórzona!
Innym słabym punktem jest styk odpadów domowych z powstającymi przy prowadzonej na miejscu działalności gospodarczej. Cóż może dodatkowo naśmiecić np. księgowa, funkcjonująca w trybie samozatrudnienia na własnym komputerze?
W każdym razie w mojej gminie takie iskrzenie na styku śmieciowych usług B2C z B2B wystąpiło dosłownie w pierwszych godzinach wdrażania systemu.