Relacje oceaniczne po skosie przez równik między UE a Ameryką Łacińską i Karaibami także nazywają się oficjalnie strategicznymi, ale naprawdę to oczywiście druga kategoria. Nawet trudno się zatem dziwić, że szczyty UE z utworzoną w 2011 r. kontynentalną CELAC (Comunidad de Estados Latinoamericanos y Caribeños) odbyły się w latach 2013 i 2015, a później nastąpiła bardzo długa przerwa jeszcze przed pandemią. Po ośmiu latach partnerzy wreszcie postanowili odkurzyć kontakty instytucjonalne i Bruksela 17-18 lipca gościła III szczyt UE–CELAC na poziomie prezydentów i premierów. Iluzoryczna statystyka wskazuje na przewagę wspólnoty latynoamerykańskiej, która obejmuje 33 państwa zamieszkane przez 650 mln ludzi, gdy nasza skupia 27 państw z populacją prawie 450 mln. Zsumowane wzajemne obroty obu bloków w towarach i usługach w 2022 r. przekroczyły 370 mld EUR, co przy tylu państwach nie jest kwotą imponującą.
Rzeczywista różnica na korzyść UE w potencjałach obu wspólnot jest jednak gigantyczna, podobnie jak w uśrednionym PKB na mieszkańca. Charakterystyczny jest zróżnicowany udział państw CELAC w wielkich strukturach globalnych. Do G20, która skupia równomiernie rozłożonych potentatów kontynentalnych, należą trzy gospodarki największe – Brazylia, Argentyna i Meksyk. Przypomnę, że Polska uczestniczy w G20 tylko pośrednio jako członek UE. Inaczej wygląda reprezentacja CELAC w elitarnej OECD (Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju), skupiającej 38 gospodarek najlepszych na świecie. Z regionu przyjęta została taka czwórka: Meksyk (jedyny należący i tu, i tu), Chile, Kolumbia i ostatnio Kostaryka. Natomiast spośród 27 państw UE kryteria OECD spełniły 22, czyli wcale nie komplet, przy czym Polska przyjęta została już w 1996 r.
Poza bliskimi geograficznie USA i Kanadą wspólnota CELAC współpracuje z innymi kontynentami. Instytucjonalny dialog prowadzi z UE, państwami Zatoki Perskiej oraz wybranymi członkami G20 – Chinami, Rosją, Japonią, Koreą i Turcją. Silna pozycja Rosji jako wieloletniego partnera państw CELAC jest nadal niepodważalna, w związku z tym oczekiwanie strony UE, aby we wspólnej deklaracji III szczytu znalazło się twarde potępienie wojny napastniczej Rosji z Ukrainą było od początku absurdalne. Podobnie jak oznajmienie przez premiera Mateusza Morawieckiego, że właśnie taki ostry zapis jest polskim warunkiem brzegowym zaakceptowania deklaracji szczytu. Trudno też uwierzyć, że kontynent latynoamerykański przyjmie obrazowe tłumaczenie zagrożenia rosyjskim… kolonializmem. W każdym razie trudny problem jednomyślności konkluzji, dobrze znany z posiedzeń Rady Europejskiej w składzie 27 państw, stał się wręcz przekleństwem, gdy tekst miało zgodnie zatwierdzić aż 60 prezydentów/premierów. Słowa potępienia Rosji kategorycznie odrzucili tacy sprawdzeni jej sojusznicy jak Kuba, Nikaragua i Wenezuela – dlatego nazwa napastniczego państwa w ogólnikowej deklaracji szczytu w ogóle nie pada! Podobnie zresztą postępuje Brazylia, współtworząca z Rosją alternatywną wobec zachodniej G7 piątkę BRICS (pozostali jej udziałowcy to Indie, Chiny i RPA). Już za miesiąc ta ambitna grupa spotka się na własnym szczycie w RPA, być może nawet z fizycznym udziałem ściganego Władimira Putina.
Poza sprawą oceny Rosji, między UE a CELAC występuje wiele różnic stricte gospodarczych. Choćby podejście do handlu produktami rolnymi, Mateusz Morawiecki właśnie w tym wątku podkreślał konieczność ochrony polskiego rynku przed zalewem żywnościowym z odległego kontynentu. Reasumując – szczyt w Brukseli był pożyteczną platformą wymiany poglądów przez władców 60 państw, ale wspólnota interesów dwóch kontynentów jest iluzją.

