Opłata rejestracyjna zasili budżet, nie drogi

Kazimierz Krupa
opublikowano: 2004-08-24 00:00

Autostrad nie mamy i nic nie wskazuje byśmy, mimo szczęśliwego odejścia z urzędu ministra infrastruktury, specjalisty od niebudowania niczego, a autostrad w szczególności, ministra Marka Pola, w najbliższej przyszłości, mieli je mieć. Za to mamy, chociaż to jakby nie do końca się równoważy, ale jednak coś mamy: dziurę budżetową. I to pokaźną, a zanosi się na to, że — wobec niby-liberalnego, a w rzeczy samej lewicowego rządu Marka Belki — będziemy mieli jeszcze większą. Wiadomo również, że „odporność podatkowa” społeczeństwa jest nader osłabiona. Wobec wrodzonego wstrętu administracji rządowej do samooszczędzania trzeba więc sięgnąć do czyjejś kieszeni.

Ze żmudnych badań zleconych przez resort finansów wyszło, że jedną z ostatnich grup społecznych, które posiadają jeszcze jakieś zaskórniaki, są kierowcy. Padło więc na kierowców: niech płacą. Podczas stosownej narady w resorcie ktoś nieśmiało zauważył, że kierowcy już płacą bardzo duży podatek zawarty w akcyzie wliczonej w cenę paliwa. I że podatek drogowy (odmiana motoopłaty rejestracyjnej), jako niesprawiedliwy pomiot ustroju powszechnej szczęśliwości, wraz z transformacją ustroju gospodarczego, został zlikwidowany. Chodzący (a raczej chodząca) wróg każdego podatnika, wiceminister Elżbieta Mucha, rzuciła twardo: to błąd. Jak podniesiemy akcyzę w paliwie, a paliwo i tak drożeje, przestaną jeździć, kupować benzynę, i... nie będą płacić podatku. I skąd wypłacimy sobie pensje. A tak: mogą nie jeździć, ale płacić muszą. A ponadto wiadomo przecież, że wiele trzeba zmienić, by wszystko zostało po staremu.