Stephen R. Covey, guru teorii przywództwa i rozwoju osobistego, nie był w swojej tezie specjalnie oryginalny, współzależność wędki i ryby to przecież oczywistość od zarania cywilizacji. Pandemia SARS-CoV-2 wprowadziła jednak do teorii ważną modyfikację. Umiejący bardzo dobrze łowić ryby nie ze swojej winy potracili wędki i coraz głośniej żądają ich zwrotu. Zostali zaskoczeni, bez chociażby elementarnego vacatio legis umożliwiającego załatwienie najpilniejszych spraw, ustanawianiem „określonych ograniczeń, nakazów i zakazów”. Tak opiewany przez rząd PiS dwa lata temu pakiet tzw. konstytucji biznesu, na czele z prawem przedsiębiorców, został z godziny na godzinę sparaliżowany. Ale nie wprowadzeniem w Polsce konstytucyjnego stanu nadzwyczajnego, lecz chytrym skorzystaniem przez władców z bocznej furtki i ustanowieniem „jedynie” ustawowego stanu epidemii.

Antywirusowe działania rządu obrazowo można odnieść do prawa o ruchu drogowym. Generalnie akceptowalne społecznie były/są odpowiedniki niebieskich znaków nakazu, natomiast często budzą ostry sprzeciw rozstawiane jakże pochopnie czy wręcz bezmyślnie czerwone znaki zakazu. Najlepszym przykładem stało się przyjęcie od poniedziałku z powszechnym zrozumieniem nakazu zamaskowania się Polaków przebywających w miejscach publicznych. Wielka szkoda, że nie został wprowadzony wcześniej, ponieważ pozwoliłby — oczywiście pod warunkiem obywatelskiej samodyscypliny i ścisłego egzekwowania — na uniknięcie wprowadzenia wielu zbędnych zakazów. Zamiast szybkiego upowszechnienia masek po stwierdzeniu wystąpienia w Polsce koronawirusa (pierwszy przypadek rozpoznany został 4 marca), władza arbitralnie zakwalifikowała tylko niektóre sektory do uprzywilejowanej kategorii produktów niezbędnych — m.in. żywność, lekarstwa, środki czystości, paliwa, gazety — a resztę handlu oraz niemal wszystkie usługi rzucono na stos.
Codziennie upowszechniany jest stan fali zachorowań na COVID-19 oraz, niestety, liczba ofiar. Trend wznoszący się nie zmienia, ale fala ponoć nieco się wypłaszcza. Z tą tendencją kontrastuje spiętrzenie zwolnień z pracy w marcu, jakiego Polska nie zaznała od wielu lat. Skala zjawiska zdecydowanie przewyższa odnotowane po wybuchu światowego kryzysu w 2008 r., obecnie poraża jego powszechność. Potwierdziło się, że skierowana do najmniejszych firm pierwsza tzw. tarcza antykryzysowa jest dziurawa i raczej przypomina durszlak, chociaż nie taki był zamysł producentów. Cząstkowe dane z przedsiębiorstw sygnalizują, że może być jeszcze gorzej, ponieważ najróżniejsze zakazy działalności zostały od 1 kwietnia poszerzone i utrwalone.
Generalna zasada konstruowania wszelkich tarcz antywirusowych polega na rozdawnictwie pieniędzy. Państwa różnią się jedynie liczbą miliardów czy wręcz bilionów rzucanych do obiegu dzięki kreatywnej księgowości. W Polsce ogłoszone dotychczas przez rząd programy teoretycznie nie tykają ustawowego budżetu, opartego na zwyczajnych dochodach i wydatkach. Tarczowe miliardy wyczarowywane są podobnie jak gdzie indziej, czyli metodą kuglowania instrumentami finansowymi. Takie ryby mają jednak niską wartość odżywczą, szybko pozostają po nich tylko przywołane w tytule ości. Naprawdę ważniejsze jest jak najszybsze zwrócenie wędki.