Czysto teoretycznie prezydent ma dwóch kandydatów do desygnowania na stanowisko prezesa Rady Ministrów, czego następstwem będzie powołanie i zaprzysiężenie rządu. Mateusz Morawiecki forsowany jest przez Jarosława Kaczyńskiego, który po prostu nie wyobraża sobie utraty władzy. Arytmetyki sejmowej jednak nie przeskoczy, 194 mandaty PiS, nawet zsumowane z bardzo ulotnymi 18 mandatami Konfederacji, dają wynik tylko 212, czyli daleki od 231. Ewentualne zakupy głosów na poselskim rynku w ogóle nie wchodzą w grę, PiS przez długie lata demonstracyjnej arogancji politycznej sprowadziło własną zdolność koalicyjną do zera. Donald Tusk dysponuje większością 248 głosów, zadeklarowaną publicznie przez trzech pozostałych aliantów. Naturalnie nie istnieje jeszcze jakakolwiek umowa koalicyjna, dopiero się tworzy, ale czasu trochę jest. Andrzej Duda zwoła inauguracyjne posiedzenia Sejmu i Senatu na poniedziałek, 13 listopada. Termin był od dawna oczywistością, dokładnie taki wytypowałem w ostatnim przed głosowaniem tekście „Czeka nas powyborcza jazda po bandzie” z piątku, 13 października. Z zarysowanego wtedy kalendarza na razie wszystko się sprawdza, odnotujmy jedynie, że hipotetyczne zwołanie przez marszałek Elżbietę Witek przed 12 listopada posiedzenia Sejmu odchodzącego stało się już naprawdę absurdem. W związku z tym ustawa o finansowaniu Narodowej Agencji Bezpieczeństwa Energetycznego idzie definitywnie do kosza razem z całą agencją.
Niezależnie od rozgrywek krajowych w Brukseli trwa cokwartalny planowy szczyt Rady Europejskiej (RE). Kolegialna głowa wspólnoty, składająca się z 27 prezydentów/premierów, to ciało o konsystencji płynnej. Niemal na każdym szczycie pojawia się nowa twarz, oczywiście wśród szefów rządów, albowiem prezydenci są stabilni, ale ich bywa tylko kilku. W związku z tym organizatorzy na każde posiedzenie przygotowują aktualizowaną broszurkę ze składem RE, przede wszystkim dla mediów. Zmiany czasami następują w wigilię, a nawet… w dniu szczytu. Na obecny zdążył przyjechać Robert Fico, który po pięciu latach przerwy objął w środę ponownie premierostwo Słowacji.
Ogromną ułomnością obecnego składu RE jest obecność w niej premierów na wylocie. Przegrali wybory, ale nadal administrują, ponieważ zwycięzcom nie udaje się zmontować koalicji, co przedłuża mandat dotychczasowych szefów rządów. Dziekanem tego korpusu na odchodnym jest Pedro Sánchez, którego porażka 23 lipca trafiła fatalnie akurat na początek półrocznej prezydencji Hiszpanii w Radzie UE. Chaos powyborczy powoduje jednak, że prowizorka przeciągnie się co najmniej do grudnia i to na pewno Sánchez dokończy prezydencję. Jeszcze dłużej, bo od 7 lipca, odchodzi i odejść nie może Mark Rutte, wieloletni premier Holandii, który złożył rezygnację. Kolejnym wyeliminowanym przez wybory jest Xavier Bettel, liberalny premier Luksemburga, ale on przegrał niedawno, 8 października. Przestanie zatem przyjeżdżać na unijne uroczystości z mężem, w 2017 r. wcisnął się razem z nim nawet do papieża Franciszka.
No i wreszcie ostatni odchodzący, dobrze nam znany członek RE – Mateusz Morawiecki. W obecnym szczycie uczestniczy oczywiście jako pełnoprawny polski premier, wszak dymisję złoży dopiero 13 listopada na pierwszym posiedzeniu Sejmu. Ale drugi dzień obrad w piątek powinien w Brukseli wykorzystać na koleżeńskie pożegnania, zwłaszcza z Viktorem Orbánem i Giorgią Meloni. Nawet jeśli dzięki chwytom prezydenta procedura odpiłowywania Mateusza Morawieckiego od fotela premiera się przeciągnie, to jednak do kolejnego szczytu RE, wyznaczonego na 14-15 grudnia, raczej nie doczeka.

