Ostatni taki piękny skansen

Józef Lubiński
opublikowano: 2009-06-26 00:00

Kuba. Jak wulkan gorąca. Krajobrazy i plaże urzekają, kluby — drgające w rytmach latynoskich — pachną cygarami i rumem. Dziewczyny są piękne i chętne, a mężczyźni — przystojni i usłużni.

Barack Obama zapowiedział ocieplenie stosunków z reżimem Castro, więc być może nadarza się ostatnia okazja, by odwiedzić ten wyjątkowy kraj, zanim pochłonie go pazerność zachodnich korporacji turystycznych.

Kubańczycy przypominają Polaków z czasów Peerelu. Znakomicie opanowali arte de inventae, czyli sztukę lawirowania, walkę o to, by związać koniec z końcem. Przeciętny obywatel zarabia 10-20 dol. w niewymienialnych peso. Może za nie kupić podstawowe produkty po dotowanych cenach, m.in. 3 kg ryżu, pół kg fasoli, kilogram cukru, pół kg kurczaka i 2 butelki oleju. Resztę musi zdobyć na czarnym rynku albo w sklepach przyjmujących tylko twardą walutę. Więc kombinuje jak może. Rozprowadza towary z przemytu, handluje podrabianym rumem i cygarami, albo prawdziwymi, które ktoś wcześniej wyniósł z fabryki. Takie życie.

 

 

Czar upadłej damy

Hawana wymyka się prostym opisom. Przypomina dawniej piękną, ale upadłą kobietę, ciągle pełną werwy i na swój sposób cudownie zmysłową. I tak jak ona zyskuje przy bliższym poznaniu.

Najlepiej zatrzymać się w hotelu w pobliżu El Malecón. Nadmorski deptak ciągnie się przez 7 km. W dzień chlupią się w morzu dzieciaki, wieczorem zakochani skrywają się w zacisznych zakątkach, a inni przy butelce rumu dyskutują o życiu albo tańczą. Nagabywacze, tzw. jineteros, widząc obcokrajowca, od razu zaczynają nawijkę: "Cześć, skąd jesteś? Potrzebujesz noclegu, cygar, dziewczyny?". Bywają nieznośni, ale przeważnie wymowne spojrzenie i zdecydowane: "No, gracias", wystarczą, żeby się ich pozbyć.

La Habana Vieja, czyli Starą Hawanę, kolonialne serce miasta, pięknie odnowione, najlepiej zwiedzać na piechotę. Można zacząć od Castillo de la Real Fuerza, XVI-wiecznego fortu, świetnie zachowanego, z widniejącym na nim wiatrowskazem, symbolem stolicy.

Najpopularniejsza atrakcja dzielnicy Catedral de San Cristóbal imponuje barokową fasadą, ale rozczarowuje surowym wnętrzem. Ruchliwy deptak Calle Obispo, najbardziej urocza i osobliwa ulica w Habana Vieja, łączy Parque Central i Capitolio z Plaza de Armas. Na najmniejszym i chyba najczęś-ciej odwiedzanym brukowanym Plaza de la Catedral, otoczonym ładnymi kolonialnymi budynkami i dawnymi pałacami, przyjemnie robi się po zmroku. Niedaleko stąd jest m.in. muzeum malarza Wifredo Lama, muzeum sztuki kolonialnej i tętniąca życiem Calle Tacón z targiem ulicznym. Najwięcej zabytków skupia się przy Plaza de Armas, m.in. muzeum miejskie i świątynia dorycka El Templete.

Południową pierzeję ulokowanego w pobliżu morza Plaza de San Francisco zajmuje XVI-wieczna Basilica Menor de San Francisco de Asís. Warto wspiąć się na dzwonnicę (najwyższą w Hawanie), aby kontemplować wspaniałe widoki na Habana Vieja i port.

Wymuskana Stara Hawana nie dostarcza tylu wrażeń co Centro Habana. Katastrofalny stan budynków sprawia, że trzeba uważać na odpadające fragmenty tynków czy balkonów. Bezrobotni mężczyźni całymi dniami grają w domino na rozłożonych stolikach turystycznych, a rozwrzeszczane dzieciaki biegają nie wiadomo gdzie lub grają w piłkę. Na podwórku zaskoczenie. Działa paladar (prywatna restauracja). Proponuje wołowinę, a także homary, których prywatnym lokalom nie wolno podawać, ale od czego pomysłowość. Paladares powstają i znikają, przenoszą się i często zmieniają nazwy.

Ulicą wlecze się dziwaczny pojazd ciągnięty przez traktor. Mieszkańcy nazywają je camellos (wielbłądy), bo mają charakterystyczny garb, a ich pasażerowie są ściśnięci jak śledzie w beczce. Lepiej przejechać się taksówką. Sanchez, właściciel różowego dodge’a z lat 40., śmieje się, błyskając złotym zębem, i proponuje przejażdżkę. Zapewnia, że to świetne auto, bo przejechało 700 tys. km. Dobrze, ale pod warunkiem, że pokaże miejsca, do których turyści nie trafiają. Gruchot zgrzyta i stęka, ale jedzie. Na ścianach budynków co jakiś czas pojawiają się malunki, dziecięce wyobrażenia Castro, więc pytamy, co sądzi o rewolucji i Fidelu.

— Może bym powiedział, jakbym zapalił jointa — zgrabnie unika odpowiedzi.

— A jak generalnie się żyje?

— No es fácil — nie jest łatwo — wydusza z siebie.

Nie jest. Obwozi nas po jakichś blokowiskach z żużlowych pustaków. Przed domami chrumkają świnie, suszy się pranie i toczy sąsiedzkie życie towarzyskie. Czas wracać do centrum, żeby wieczorem w La Fortaleza de San Carlos de la CabaĖa zobaczyć ceremonię caĖonazo (salut armatni). Około 20.40 z koszar wychodzą żołnierze gwardii honorowej w XVI-wiecznych mundurach. Paradnym krokiem idą do baterii armat nad kanałem. Ładują je i o 21.00 odpalają.

Po salucie czas na rozrywkę. Nie ma w stolicy lepszego lokalu niż Tropicana. Warto tu zajrzeć, choć ceny wysokie (50-60 dol. spektakl). Restauracja z kabaretem na wolnym powietrzu powstała w 1939 r. Kolację podają od 20.00. Występy zaczynają się około 22.30. W rytm muzyki wiją się skąpo odziane tancerki. Dwugodzinny spektakl składa się z klasycznych kubańskich tańców, od son przez bolero i danzón, po salsę.

 

 

W krainie cygar

Kiedy Kolumb przybył na Kubę, odkrył, że tubylcy palą w fajkach lokalne zioło cohiba. Przywiózł je do Europy i kontynent ogarnął szał tytoniowy. Tutejsze cygara koneserzy uważają za najlepsze na świecie. Najbardziej cenią te zawierające tytoń z Vuelta Abajo — nizin na zachód od Pinar del Río.

Tytoń uprawia się w małych gospodarstwach, gdzie woły z majestatycznym spokojem ciągną pługi, aby przygotować pole. Siew zaczyna się pod koniec października i trwa przez listopad. Miesiąc później sadzonki rozsadza się na polach zwanych vegas. Chłopi regularnie je przycinają, aby w dolnej części wypuściły jak najwięcej liści. Najlepsze (capa) rosną w półcieniu, pod siatką ochronną, z gorszych robi się spoiwo (capowe) i wypełniacz (tripa). Plony zbiera się od stycznia do kwietnia, a liście suszy w stojących na polach tradycyjnych suszarniach z wysokimi dachami krytymi strzechą. Potem się je sortuje i poddaje obróbce, a w końcu skręca cygara najlepszych marek: Cohibas, Partagas, Romeo y Julieta czy Montecristo.

W Pinar del Río działa Fábrica de Tabacos Francisco Donatién. W hali brygadzista czyta kobietom na głos wiadomości i krótkie historyjki, aby im się przyjemniej pracowało. Po przeciwnej stronie ulicy dobrze zaopatrzona Casa del Habano oferuje ich wyroby.

 

 

Perełka z kolonii

W Santa Clara, tętniącym życiem ośrodku studenckim, mieście Che Guevary, stoi jego monumentalny pomnik. Nie warto tu się dłużej zatrzymywać.

Lepiej wpaść do Trinidadu, chyba najpiękniejszego kolonialnego miasta Ameryki. Uliczkami, brukowanymi kocimi łbami, wijącymi się wśród uroczych domków, kościołów i placyków, jeździ więcej bryczek niż aut. Ciekawscy staruszkowie podglądają przechodniów zza misternie wykutych krat okiennych. Wokół neobarokowego XIX-wiecznego Plaza Mayor, ozdobionego ławkami, posągami, drzewami palmowymi i klombami, stoją wspaniałe pałace i pastelowe domki kryte czerwoną dachówką.

 

 

Balanga na całego

Właściwie do Santiago de Cuba nie przyjeżdża się dla zabytków, lecz żeby pobalować. Centrum kultury afrokubańskiej i afrokaraibskiej tętni muzyką i wibruje tańcami, a tutejszy karnawał nie ma sobie równych na wyspie. Piękna starówka z czasów kolonialnych, kilka interesujących muzeów i innych atrakcji, jak grobowiec i mauzoleum José Martíego czy pierwsza wytwórnia rumu Bacardí albo imponujący Fortaleza del Morro, warte są uwagi, ale o charakterze drugiego pod względem wielkości kubańskiego miasta decyduje jego atmosfera.

Dziwne, ale tutaj wciąż spotyka się stare nazwy ulic sprzed rewolucji. Parque Céspedes, główne miejsce spotkań mieszkańców i turystów, otacza pierścień kolonialnej, XIX-wiecznej oraz współczesnej architektury. Stoi tu zabytkowa rezydencja Diego Velázqueza, okazała kolonialna rezydencja gubernatora (ratusz) i barokowa katedra.

Stąd pochodzą wielkie osobowości sceny muzycznej, jak Compay Segundo (spoczywa na Cementerio Santa Ifigenia, obok słynnych zmarłych, jak José Martí czy Emilio Bacardí), Eliades Ochoa czy La Vieja Trova Santiaguera. Co wieczór na Calle Heredia, tuż przy Parque Céspedes, kluby rozbrzmiewają muzyką na żywo. W Casa de la Trova grupa rześkich i rozrywkowych siedemdziesięciolatków z Los Jubilados rozkołysze każdego, a w trans wprowadzi zespół Kokoyé, wybijający afrokubańskie i afrohaitańskie rytmy.

Nastrojowi znakomicie służy daiquiri (jasny rum, cukier, sok z cytryny i kruszony lód), ulubiony napój Johna F. Kennedy’ego i Ernesta Hemingwaya. Szybko przypada do gustu mojito (jasny rum z sokiem z limonki, ze świeżą miętą, cukrem i z wodą sodową) albo cuba libre (wolna Kuba, rum i cola z odrobiną limonki). Smakoszy zadowoli siedmioletni aĖejo reserva marki Hawana Club, czysty albo z lodem.

 

 

Plażo, dzika plażo

Po przejechaniu kilkuset kilometrów czas na odpoczynek. Gdzie? W Varadero? Czemu nie, jeśli komuś nie przeszkadzają sterylne kompleksy all inclusive, gdzie pracują prawie wyłącznie ludzie reżimu, podaje się importowane artykuły, których zwykły Kubańczyk na oczy nie widział, bo nie wolno mu tam wchodzić. I jeśli kogoś nie drażnią, przeważnie wstawieni, leciwi Włosi czy Niemcy oprowadzający się ze ślicznymi młodymi Mulatkami lub Murzynkami.

Samotnicy powinni wybrać De Los Pinos na środku wyspy Cayo Sabinal, niemal dziewiczą, bezludną plażę ze śnieżnobiałym piaskiem. Kochający nieskazitelną przyrodę ściągają na plażę Pilar na Cayo Guillermo. Odkrył ją Ernest Hemingway. W "Wyspach na Golfsztromie" główny bohater patrzy na Cayo Gillermo i pyta: "Widzisz, jaka jest zielona i jak pełna nadziei?". Przyjedź, zobacz, bo taką pozostała.

Informacje praktyczne

Kiedy jechać: Najlepiej od grudnia do marca, w porze suchej. Niezbyt wtedy gorąco (średnio 24-27°C). Najmniej deszczu pada w sierpniu, w najgorętszym miesiącu roku.

 

Pieniądze: W obiegu są dwa rodzaje waluty: moneda libremente convertible (wymienialne peso, czyli CUC warte mniej więcej dolara) oraz moneda nacional (peso kubańskie, MN). Lepiej wziąć euro, bo za wymianę dolarów pobiera się 10 proc. prowizji.

 

Dokumenty: Paszport ważny trzy miesiące, licząc od planowanej daty wyjazdu, bilet powrotny, około 100 dol. na każdy dzień, wiza i tzw. karta turysty (Tarjeta de Turista). Wiza (na 90 dni) w konsulacie kubańskim kosztuje 25-35 dol. Karta turysty — 17 euro. Przed odprawą paszportową wypełnia się formularz Tarjeta Internacional de Embarque y Desembarque. Należy go zachować, bo bez niego nie opuści się kraju. Przy wylocie obowiązuje opłata 25 CUC.