Ostatnie takie wakacje

Aleksander Krawczuk
opublikowano: 26-06-2009, 00:00

Czerwiec roku 1939. Wraz z kolegami z mojej I klasy licealnej i wszystkimi uczniami w Polsce z utęsknieniem wyczekuję wakacji. Wprawdzie wiele mówi się teraz o groźbie wojny, lecz to chyba tylko dziennikarska pogoń za sensacją i gry polityków.

Gdyby rzeczywiście doszło do czegoś, nie musimy się obawiać. Mamy silną, dobrze uzbrojoną armię, znakomitych dowódców i wreszcie — potężnych sojuszników zachodnich. Nikt nam nie zrobi nic, nikt nam nie weźmie nic! Pewności siebie i dumy dodała nam mowa ministra Becka, wygłoszona w Sejmie w maju. My, licealiści, wysłuchaliśmy jej przez radio, zgromadzeni w szkolnej auli. Myśleliśmy: minister przemawia tak mocno i twardo, wie dobrze, jak potężna jest nasza armia i jak niezawodna pomoc zagranicy; ta ma już dość ciągłego ustępowania przed żądaniami aroganckiego, butnego dyktatora.

Patrzyliśmy więc raczej spokojnie w najbliższą przyszłość wakacyjną. Co prawda czekał nas jeszcze w lipcu szkoleniowy obóz Przysposobienia Wojskowego. To mogło trochę zakłócić domowe plany. Najważniejsze jednak, że koniec zajęć tuż-tuż. Gdybyśmy to mogli przewidzieć, gdyby jakiś jasnowidz nam powiedział, że wkrótce rozstaniemy się ze szkołą nie na dwa miesiące, lecz na lat pięć — wielu zaś, bardzo wielu, na zawsze! I że to nasze ostatnie, pogodne wakacje — i koniec beztroskiej młodości!

Obóz, wbrew początkowym obawom, wypadł wcale sympatycznie. Pełne dwa tygodnie w Starym Sączu, nad Popradem. Niemal dokładnie w tym miejscu, gdzie obecnie wznosi się ołtarz upamiętniający spotkanie z papieżem Janem Pawłem II. Piękna pogoda, czysta rzeka, trochę musztry, ćwiczenia raczej jak zawody i gry sportowe. Uczono nas także rozpoznawania samolotów bojowych, swoich i obcych — tak na wszelki wypadek. W sumie dni przyjemne, zdrowe, urozmaicone. Prawdziwy odpoczynek po miesiącach monotonii szkolnych zajęć w wielkim mieście. A za rok matura!

Potem zaś, od schyłku lipca aż do połowy sierpnia, w Bukowinie Tatrzańskiej wraz z rodziną. Pełna swoboda, wiele wycieczek w góry, zwłaszcza do wspaniałej doliny Białej Wody. Już bez żadnych przepustek! Od niedawna cała północna strona Tatr była polska. Ten nasz współudział w rozbiorze Czechosłowacji powinien dać nam do myślenia, ale wtedy tylko nieliczni zastanawiali się nad tym, pełni wstydu i złych przeczuć. A prawie nikt nie ośmielał się wyrazić głośno swych wątpliwości. Większości wystarczało dumne przekonanie: odzyskaliśmy to, co nam się należało! Ze względów etnicznych i historycznych zapewne. Moment jednak i sposób odzyskiwania były złe, bardzo złe.

Ileż pięknych wspomnień z owego słonecznego lata 1939! Ostatnich radosnych miesięcy przed katastrofą. Bo oto już w następnym miesiącu, zresztą równie słonecznym wrześniu, nasz świat miał runąć. Obrócił się w gruzy zaledwie w ciągu kilkunastu dni. Na naszych młodych oczach. Tego wstrząsu w wymiarze psychicznym nie zrozumie nikt, kto nie był świadkiem owych wydarzeń. A dla wielu chłopców mojego pokolenia miał to też być koniec życia. Ginęli podczas działań wojennych i potem, walcząc w konspiracji, szli do obozów koncentracyjnych, do łagrów, na Sybir. Ale nawet ci, którym udało się przeżyć, zostali okaleczeni mniej lub bardziej dotkliwie. Najokrutniejsza wojna, jaka kiedykolwiek toczyła się na ziemiach naszego kontynentu, nie oszczędziła nikogo. Pobudzana szaleństwem nacjonalizmów i obłąkanych ideologii, przewyższyła swym rozmachem i potwornością ludobójstw wszystkie dotychczasowe. Walczące kraje poniosły straszliwe ofiary. Najbardziej zaś śmierć kosiła roczniki dwudzieste.

Pisarz amerykański Kurt Vonnegut w rozmowie z Guentherem Grassem ("Trzęsienie czasu", s. 19) wspomniał, że urodził się w roku 1922. Na co ten zauważył: "Europie nie masz rówieśników, z którymi mógłbyś rozmawiać!". Sam Vonnegut, jak zdaje się wynikać z jego dalszych uwag, sądził, że młodszy odeń Grass był w latach wojny jeszcze dzieckiem. Mylił się lub został wprowadzony w błąd. Grass widocznie nie odważył się wtedy przyznać, że pod koniec wojny służył w armii niemieckiej i to w Waffen SS. W zasadzie więc mogło zdarzyć się tak, iż w którymś momencie obaj późniejsi rozmówcy strzelaliby do siebie z przeciwnych okopów. I faktem też jest, że właśnie roczniki wczesnych lat dwudziestych ginęły we wszystkich armiach i na wszystkich frontach najgęściej. Były prawdziwym mięsem armatnim. Ci nieco starsi znajdowali się w lepszej sytuacji jako oficerowie i podoficerowie, a młodsi zasilali wojska, jak Grass, już pod sam koniec krwawych zmagań.

I oto czerwiec roku 2009. Zaledwie 70 lat minęło od tamtego, ostatniego przed wojną. I tylko 64 od jej zakończenia. We wszystkich krajach Unii odbywa się głosowanie do Parlamentu Europejskiego. Dawni wrogowie idą do urn, by wybierać swych przedstawicieli do ponadpaństwowej instytucji o szerokich uprawnieniach. Niemcy i Polacy, Francuzi, Anglicy, Włosi, Irlandczycy i Finowie. Wielu starszych mężczyzn spośród głosujących musiało niegdyś walczyć przeciw sobie z bronią w ręku. Ci zaś młodsi to przecież synowie i wnukowie żołnierzy wszystkich wrogich armii, regularnych i podziemnych. Obecnie głosują jako obywatele jednego, integrującego się superpaństwa kontynentalnego. To proces nieodwracalny i w swym historycznym wymiarze wręcz niebywały, niewiarygodny. W tak krótkim okresie — cóż to jest w historii państw i narodów lat 70 — tak całkowity przewrót, tak szybkie narodziny i rozwój nowego świata i porządku politycznego! I to przez dobrowolne porozumienia! My, świadkowie tak niedawnej apokalipsy, widzimy w tym cudowny dar losu. Lecz ilu potwornych trzeba było ofiar, ilu milionów istnień ludzkich, by ów cud mógł się ziścić!

Gdzie tylko mogę i kiedy tylko mogę, powracam wciąż do tej sprawy. Staram się uświadomić młodszym absolutną niezwykłość tego, co się stało i co się dokonuje, a w czym mają szczęście uczestniczyć. Czy potrafią w pełni to zrozumieć i docenić? Mam pewne obawy. Niekiedy wydaje mi się, że traktują obecną rzeczywistość jako coś naturalnego i oczywistego — po prostu nie może być inaczej. Mają nawet pretensje, że wszystko nie układa się jeszcze idealnie. Wyolbrzymiają nieuchronne przecież, nawet w ramach unijnej wspólnoty, konflikty interesów, spory, wzajemne pretensje pomiędzy jej członkami. Ale właśnie od tego jest parlament, by te sprawy wyjaśnić, łagodzić, załatwiać. Nikt już nie ośmieli się wołać, że trzeba sięgnąć po broń i strzelać do siebie. A każdy rok i każde nowe, wspólne wybory umacniają i zacieśniają poczucie wzajemnej więzi we wszelkich wymiarach i dziedzinach.

Ja i tak muszę wyjątkowo dziękować losowi. A przede wszystkim Hermesowi, on bowiem jest opiekunem urodzonych pod znakiem Bliźniąt, wybory zaś odbyły się pod ich znakiem. Przeżyłem kataklizm. Mogę wspominać ostatnie przedwojenne wakacje. I śpię dokładnie w tym samym miejscu, w którym spałem 70 lat temu, kiedy to wczesnym rankiem 1 września zbudziło mnie gwałtowne pukanie do okna od ogrodu: Wojna! Bombardują lotnisko! Choć i tak jeszcze do południa nie wszyscy wierzyli, że to rzeczywiście wojna, że owe bombardowania nie były tylko próbne. A może lepiej bym zrobił, gdybym wtedy nie obudził się w ogóle?

Mogę tylko życzyć wszystkim, by nikt ich w ten sposób i z tego powodu nie budził, wyrywając ze snu o pięknych, bezpowrotnie minionych, słonecznych wakacjach. l

Aleksander Krawczuk:

Od tego jest Parlament Europejski, by spory wyjaśniać, łagodzić, załatwiać. Nikt już nie ośmieli się wołać, że trzeba sięgnąć po broń i strzelać do siebie. A każdy rok i każde nowe wspólne wybory umacniają

i zacieśniają poczucie wzajemnej więzi we wszystkich wymiarach i dziedzinach.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Aleksander Krawczuk

Polecane