Dwa dni przed budżetowym szczytem Rady Europejskiej napięcie w unijnych instytucjach sięga zenitu. Do Brukseli nachodzą hiobowe wieści o coraz większym prawdopodobieństwie odpalenia bomby weta, przede wszystkim przez brytyjskiego premiera Davida Camerona. Tymczasem, zanim szefowie państw i rządów zetrą się w sprawie wieloletniej perspektywy finansowej 2014-20, nabrzmiewa znacznie bliższy czasowo i bardziej konkretny problem budżetów 2012 i 2013. W tegorocznym powstała dziura szacowana na mniej więcej 9 mld EUR, a w sprawie przyszłorocznego do zgody bardzo daleko.
Dwa tygodnie temu negocjacje między Parlamentem Europejskim (PE) a ministerialną Radą UE zakończyły się fiaskiem. Ministrów z państw będących płatnikami netto opanowała ponoć „obsesja cięć”, wobec czego rada w ogóle nie była w stanie negocjować. W środę PE na sesji w Strasburgu ostro potępi takie podejście, ale nikt nie wie, jak problem rozwiązać. Oba wspomniane budżety roczne kończą perspektywę wieloletnią 2007-13. Wzbiera fala spływających do Brukseli faktur i zaczyna się nieuchronny proceder przepychania płatności. Te z roku 2012 zapewne przejdą na 2013, a co się będzie działo za rok o tej porze — naprawdę strach pomyśleć…
Komisja Europejska (KE) ma receptę na załatanie 9 mld EUR dziury. Chodzi o inne zaksięgowanie 3 mld dochodów z grzywien kartelowych oraz zwiększenie o 6 mld składek państw opartych na ich PKB. Płatnicy netto mają jednak zupełnie inną receptę i wskazują na jakieś niewydane w budżecie 15 mld EUR, o których to pieniądzach KE ponoć nie ma pojęcia… Debata o nowelizacji budżetu 2012 jest zaledwie próbką i zapowiedzią przebiegu szczytu w sprawie strategicznej siedmiolatki 2014-20.