Chwalimy się, że jesteśmy numerem jeden w Europie i należymy do światowej czołówki w wielu owocowych i warzywnych kategoriach. Produkcja rośnie rokrocznie. Tylko po co, skoro nie ma to biznesowego uzasadnienia — słychać coraz częściej w branży.
Nieuleczalna nadpodaż
— Produkcja najważniejszych owoców się zwiększa, ale konsumpcja nie. Sytuacja jest coraz bardziej dramatyczna z powodu niskich cen, a przyszłość niepewna. Głośno było o problemach producentów jabłek.
Podobne dotyczą większości upraw owocowo-warzywnych, więc dywersyfikacja produkcji nas nie uratuje. Postawiliśmy na coraz większe wolumeny, na które jednak nie ma miejsca na rynku. Ratunkiem są kolejne rynki zbytu. Z pompą otwierane są kolejne granice, ale cały czas mamy nadwyżkę — mówi Marcin Świątek, menedżer z grupy Bialski Owoc, specjalizującej się w jabłkach i gruszkach. Sytuacja branży owocowo- -warzywnej rzeczywiście jest nie do pozazdroszczenia.
Niedawno pisaliśmy, że na koniec czerwca 2013 r. w bardzo dobrej lub dobrej kondycji finansowej było blisko 72 proc. polskich firm działających w sektorze owocowo-warzywnym,a dokładnie trzy lata później, w czerwcu tego roku — 70,4 proc. było w słabej lub bardzo złej (dane Bisnode). W ostatnich trzech latach 102 firmy z sektora były uczestnikami działań związanych z upadłością bądź likwidacją.
Do tej pory producentów owoców i warzyw nie zniechęcało to do zwiększania upraw, choć wielu (m.in. producentów porzeczki) twierdziło, że je ograniczy.
Kwestia ceny
Odstraszająco nie działały również statystyki konsumpcyjne — spożycie owoców i ich przetworów w gospodarstwach domowych trochę rosło, a potem trochę spadało, oscylując w ostatnich latach wokół 41 kg. W ubiegłym roku podskoczyło o 2 kg.
— Polacy kupili więcej, bo spadły ceny, które na naszym rynku wciąż są najważniejsze. Owoce traktuje się jako produkt dodatkowy, a nie pierwszej potrzeby. Obecne wyniki nie muszą więc być sufitem, bo to kwestia ceny. Przy dobrym wzroście gospodarczym i rosnącej zamożności społeczeństwa jesteśmy w stanie zwiększaćkonsumpcję — tłumaczy Irena Strojewska z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej.
Dane to wynik analizy wydatków gospodarstw domowych. Spożycie bilansowe, a więc uwzględniające też to, co zostało rozdane, pokazuje jeszcze większy wzrost. — Według bilansu w 2015 r. spożycie wyniosło 53 kg na mieszkańca, co oznacza wzrost o 6 kg. Zaważyły jabłka rozdawane w ramach tzw.mechanizmu wycofania [za pieniądze unijne zostały skupione z rynku w celu zagospodarowania nadwyżki, a następnie były dystrybuowane wśród ludności ubogiej — red.], co dowodzi, jak istotny wpływ na spożycie mają pieniądze — mówi Irena Strojewska.
Producenci nie chcą jednak pobudzać konsumpcji niskimi cenami, bo obniżki — zwłaszcza z ostatnich dwóch lat — wpędzają ich w kłopoty finansowe. Na zwyżki związane ze wzrostem dochodów nie mogą liczyć warzywa. Jemy ich w gospodarstwach domowych około 58 kg rocznie.
— Gdy ceny warzyw rosną, spożycie spada, a wraz ze wzrostem dochodów nie rośnie znacząco — mówi Irena Strojewska.
Nowa optyka
Zdaniem Marcina Świątka, rozwiązaniem owocowo-warzywnego impasu jest koncentracja na jakości. — Jednym z pomysłów jest inwestycja w nowe programy ochrony roślin, pozwalające zmniejszyć zużywanie pestycydów. Normy dotyczące ich pozostałości już są mocno ograniczone, ale można się wyróżnić jeszcze mniejszymi wartościami i certyfikatami — przekonuje menedżer z Bialskiego Owocu.
— Jestem przekonany, że jesteśmy w stanie sprzedać każdą ilość jabłek i możemy zwiększać produkcję w nieskończoność, ale pod jednym warunkiem — musimy produkować odmiany, na które jest popyt, a nie te, które kupowali Rosjanie. Odmiana akceptowana na Wschodzie kosztuje obecnie w skupie 0,6 zł za kilogram, a akceptowana na Zachodzie — 1,4 zł — twierdzi Michał Lachowicz, prezes Appolonii, mającej w ofercie jabłka, gruszki, wiśnie i śliwki.
Statystyki konsumpcyjne go nie zniechęcają. — Polak je średnio 16 kg jabłek rocznie, w najbardziej nastawionych na ten owoc krajach spożycie dochodzi do 30 kg, choć nawet podwojenie konsumpcji nad Wisłą nie rozwiąże problemu obecnego nadmiaru odmian, na które nie ma zbytu — przyznaje Michał Lachowicz.


