Ubiegłotygodniowy szczyt Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO) w Ankarze powszechnie uznany został za dyplomatyczny sukces Ukrainy, czyli personalnie uczestniczącego gościnnie prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. Na papierze rzeczywiście, w niezwykle zwięzłej sześciopunktowej jednomyślnej deklaracji z Ankary obszerny punkt czwarty zapisany został następująco: „Ukraina wnosi wkład w bezpieczeństwo transatlantyckie, a sojusznicy pozostają zjednoczeni w niezachwianym wsparciu dla Ukrainy broniącej swojej wolności, suwerenności i integralności terytorialnej. Sojusznicy europejscy oraz Kanada finansują obecnie zdecydowaną większość pomocy w zakresie bezpieczeństwa dla Ukrainy, korzystając z kanałów dwustronnych i wielostronnych. Podkreślają, że wsparcie to musi być sprawiedliwe, przewidywalne i trwałe w dłuższej perspektywie. Na rok 2026 sojusznicy deklarują przekazanie Ukrainie sprzętu wojskowego, pomocy i szkoleń o wartości 70 mld EUR oraz potwierdzają suwerenne zobowiązania do utrzymania co najmniej takiego samego poziomu wsparcia w roku 2027. W tym kontekście z zadowoleniem przyjmujemy decyzję Unii Europejskiej o zapewnieniu wieloletniego finansowania dla Ukrainy w ramach pożyczki (90 mld EUR) wspierającej ten kraj”.
Na taki dość pokrętny zapis z nieznaną w 77-letnich dziejach NATO konstrukcją „Europa plus Kanada” chętnie przystał również Donald Trump. Uznał to za formalne zaakceptowanie przez wszystkich sojuszników symbolicznego umycia pomocowych rąk przez USA. Notabene pieniądze europejskie mają płynąć dwoma równoległymi ścieżkami, pożyczkową wspólnotową oraz dotacyjną sojuszniczą, albowiem spośród 27 państw UE już 23 (poza neutralnymi Austrią i Irlandią oraz wyspiarskimi maluchami Maltą i Cyprem) należą również do NATO.
W szerszej konfiguracji 37 państw kolejny raz zebrała się w Paryżu tzw. koalicja chętnych do pomocy Ukrainie. Format paryski, pilotowany przez prezydenta Emmanuela Macrona, istotnie różni się od tzw. formatu Ramstein, czyli liczącej ponad 50 państw grupy kontaktowej pod przewodem USA stworzonej w epoce prezydenta Josepha Bidena. Tamta koordynacja i synchronizacja międzynarodowej pomocy wojskowej oraz szkoleniowej dla napadniętej w 2022 r. Ukrainy osiągnęła w sumie wartość ponad 120 mld USD, w znacznym stopniu pochodzących z budżetu amerykańskiego. Po objęciu prezydentury przez Donalda Trumpa grupa Ramstein stała się jednak bytem wygasającym, a właściwie już martwym. Rozgrzeszającą obecny rząd Stanów Zjednoczonych polityczną kropką nad i stał się przytoczony przeze mnie zapis w deklaracji z Ankary.
Paryskie spotkanie koalicji chętnych bez aktywnych Amerykanów miało trzy cele. Najbardziej naturalny to wspieranie Ukrainy, zwłaszcza w sferze obrony powietrznej w obliczu nieustających ostrzałów rosyjskich, chodziłoby przede wszystkim o neutralizację pocisków balistycznych, a także o produkcję w Ukrainie zachodniego uzbrojenia na licencji. Drugi cel to wzmocnienie presji na Rosję, co przewiduje planowany do rychłego już przyjęcia 21. pakiet sankcji Unii Europejskiej. Wreszcie trzeci, najbardziej perspektywiczny, na razie wręcz abstrakcyjny – przygotowanie pokoju i określenie gwarancji bezpieczeństwa, które będą potrzebne, by zapobiec wszelkiej nowej agresji. Koalicja chętnych enty już raz konferowała na temat możliwych działań po choćby ewentualnym zawieszeniu broni między napadniętą Ukrainą i napastniczą Rosją. Wszystkie debaty i konkluzje zachodniego świata mają zawsze ten sam słaby punkt – w ogóle się nimi nie przejmuje i ich nie uwzględnia car z Kremla. Notabene przekonał się o tym również Donald Trump, który w ubiegłym roku podjął naiwno-interesowną próbę rozgrywki z Władimirem Putinem, ale odbił się od ściany i wobec byłego podpułkownika KGB skapitulował, do czego nie chce i nie umie się przyznać.
Wołodymyr Zełenski oczywiście również do Paryża przyjechał, jako że stara się być obecny na wszystkich ważnych eventach. Z powodu konfliktu wizerunkowo-historycznego nie zaliczył do tej kategorii niedawnej konferencji odbudowy Ukrainy w Gdańsku, na którą delegował zastępczo premierkę Julię Swyrydenko. W weekend między Ankarą a Paryżem zdarzył się jednak nie polityczny drobiazg, lecz wydarzenie o ogromnym znaczeniu – prezydent postanowił zdymisjonować panią premier, która objęła stanowisko zaledwie rok temu z zadaniem okiełznania rozkładającej umęczone państwo od góry korupcji. Nie podołała, zatem zostanie wysłana na ambasadorską placówkę, zaś kolejnym premierowskim zderzakiem będzie ponoć Serhij Korecki, dotychczasowy dyrektor generalny Naftohazu.

