Pachnące pory roku

Patrycja Pustkowiak
opublikowano: 24-01-2019, 22:00

„Lato” pachnie kwiatem lipy. „Zima” — cynamonem i piernikami. Ręcznie robione świece z wosku sojowego Leżę i Pachnę już doczekały się stałych klientów, którzy potrafią przyjechać po nie na warszawskie targi polskiego designu z odległych miejscowości. Firmę stworzyła jedna osoba — Sylwia Nabywaniec.

Wszystko zaczęło się cztery lata temu, chociaż piękne przedmioty w przytulnych wnętrzach ceniła zawsze. Wierzyła, że to one tworzą klimat i wnoszą energię do domu.

„Lato” pachnie kwiatem lipy. „Zima” — cynamonem i piernikami. Ręcznie robione świece z wosku sojowego Leżę i Pachnę już doczekały się stałych klientów, którzy potrafią przyjechać po nie na warszawskie targi polskiego designu z odległych miejscowości. Firmę stworzyła jedna osoba — Sylwia Nabywaniec.
Wyświetl galerię [1/3]

„Lato” pachnie kwiatem lipy. „Zima” — cynamonem i piernikami. Ręcznie robione świece z wosku sojowego Leżę i Pachnę już doczekały się stałych klientów, którzy potrafią przyjechać po nie na warszawskie targi polskiego designu z odległych miejscowości. Firmę stworzyła jedna osoba — Sylwia Nabywaniec. Fot. Marek Wiśniewski

— Wreszcie przyszedł czas na zmianę w moim życiu, długo nie musiałam się zastanawiać — wspomina Sylwia Nabywaniec, energiczna, pełna pogody ducha brunetka, twórczyni marki Leżę i Pachnę.

Wcześniej pracowała w dziale marketingu korporacji. Co ciekawe, skończyła humanistyczne kierunki studiów — filologię słowiańską i dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Była wtedy zafascynowana Bałkanami, dużo czytała o tym, co się działo w byłej Jugosławii. Po studiach jednak odkryła, że to nie do końca to, co naprawdę chciałaby robić w życiu. Związała swoją przyszłość zawodową z marketingiem i nigdy tego nie żałowała — dzięki tej pracy poznała wielu ciekawych ludzi i nabyła praktyki, jakiej nie mogły dać jej teoretyczne zajęcia na uniwersytecie. Narodziny synka sprawiły jednak, że zapragnęła dalszych zmian. Pewnego dnia przed oczami stanęło jej ciepłe, domowe wnętrze z miękkimi poduchami, oświetlone światłem świec.

„Leżę i pachnę” — pomyślała.

Teraz to nazwa jej firmy. W ofercie są lniane serwetki, obrusy i poduszki, ale przede wszystkim naturalne, pięknie pachnące świece z sojowego wosku. Dlaczego postawiła właśnie na nie?

— Z autentycznej potrzeby. Interesowałam się wnętrzarstwem, aranżacją przestrzeni domowej. Zawsze byłam fanką świec. Nie trzeba na nie wielkich nakładów finansowych, a świetnie tworzą klimat domu. Korzystałam z tych najpopularniejszych, nie wiedząc, że nie są całkiem bezpieczne. Zwykłe świece masowych producentów zrobione są z tego, z czego paliwo do samochodów. Kiedy kopcą, my to wdychamy — twierdzi Sylwia Nabywaniec.

Nie chciała zrezygnować ze świeczek, dlatego postanowiła sama je zrobić z wosku sojowego (czyli utwardzonego oleju sojowego). Można je bezpiecznie palić. W zasadzie nie miała wyjścia — nie mogła wzorować się na innych, bo w Polsce kilka lat temu rynek świec z innych materiałów niż parafina był w powijakach. Swoje pomysły konsultowała tylko z australijską przyjaciółką, która ni stąd, ni zowąd też wpadła na pomysł rozkręcenia świeczkowego biznesu. Poza tym wszystkiego uczyła się sama metodą prób i błędów. A było czego.

— Wydaje się, że stworzyć ciekawą kompozycję zapachową jest łatwo. Tymczasem cynamon w połączeniu z bergamotką daje nieznośny zapach! Łączenie aromatów to trudna sztuka — śmieje się, wspominając swoje eksperymenty z olejkami eterycznymi, które dodaje do świec, by pięknie pachniały.

Przygotowania trwały półtora roku. Tyle czasu zajęło Sylwii Nabywaniec skomponowanie właściwych zapachów, znalezienie dostawców — od tych, którzy wykonują bawełniane knoty po ręcznie dmuchane szkło, w które wlewa się wosk, by stworzyć świecę. Zależało jej na tym, by pracować z polskimi, sprawdzonymi, certyfikowanymi firmami. I spośród nich rekrutuje się 90 proc. jej dostawców. Kiedy już zgromadzi wszystkie potrzebne materiały, siada do pracy. Świece wykonuje własnoręcznie w swojej podwarszawskiej pracowni.

Leżeć na lnianych poduszkach

Dokładnie pamięta datę, kiedy wystartowała jej firma. To 16 maja 2015 r. — wtedy zamieściła na Facebooku pierwszy post o działalności Leżę i Pachnę. Godzinami wpatrywała się w ekran w oczekiwaniu na reakcje. Pierwszą świeczkę sprzedała po tygodniu. Oblewała to szampanem, ciesząc się tak, jakby podpisała wielomilionowy kontrakt. Do dziś świętuje rocznicę założenia firmy.

Co ma w ofercie? Jeśli chodzi o część Leżę: podkładki na stół, obrusy w różnych wzorach, białe serwetki i poduszki w stonowanych kolorach — wszystko z czystego lnu, własnoręcznie przez nią uszyte.

— Tę część mojej firmy czeka w 2019 r. duża zmiana. Nie mogę się już jej doczekać, bo włożyłam w to dużo pracy i serca. Szczegóły już wkrótce — zapowiada Sylwia Nabywaniec.

Część Pachnę to świece w sześciu liniach zapachowych.

— Postawiłam na wąski wybór, bo ze swojego doświadczenia wiedziałam, że duży wykańcza klienta — tłumaczy właścicielka marki.

Na początku powstały cztery zapachy — „Wiosna”, „Lato”, „Jesień”, „Zima”. Były zainspirowane tym, co kojarzy się jej z daną porą roku. I tak „Wiosna” pachnie drzewem sandałowym, melonem, nutą jaśminu i śliwką. „Lato” — kwiatem lipy, hiacyntem, bzem, konwalią. „Jesień” ma nuty korzenno-ziołowe, m.in. imbiru i kardamonu, a „Zima” to oczywiście piernik z cynamonem.

— Jestem fanką zapachów cięższych, piżmowych, skórzanych, przemycałam je w moich świeczkach. Klienci ciągle mnie inspirują, przychodząc z własnymi skojarzeniami. Jedna pani, wąchając moją letnią świecę, powiedziała: „Tak pachniało na pomoście u mojej babci na Mazurach” — uwielbiam to porównanie — mówi Sylwia Nabywaniec.

Do tych czterech podstawowych zapachów na życzenie klientów, domagających się nowości, dodała jeszcze dwa, tym razem inspirowane porami dnia: „W południe” ze śliwką japońską i kadzidłem, ciepłe i otulające oraz „O północy” — z różowym pieprzem i paczulą, bardzo sensualne. Zapewnia, że wszystkie pachną tak, że ich aromat unosi się w przestrzeni, choć z różną intensywnością. „Jesień” i „W południe” są najmocniejsze. Czuć je nawet wtedy, gdy nie są zapalone. Klienci najbardziej upodobali sobie zapachy „W południe” i „Lato”. Choć wiadomo — sezonowo, w porze świątecznej, rządzi „Zima”.

Dobroczynny wosk sojowy

Sukcesy? Przyszły szybko. Choć początkowo ludzie reagowali sceptycznie, widząc świeczki kilka razy droższe niż te z Ikei. — Kiedy zaczynałam, słyszałam: „Ojej, tyle za świece?”. Po kilku latach widzę, że ludzie są bardziej wyedukowani — uważa Sylwia Nabywaniec. Jej klienci zrozumieli, że wykonywane własnymi rękoma, z naturalnych materiałów świece muszę być droższe niż te parafinowe. I że to inwestycja, która wyjdzie im na zdrowie.

— Różnicę między zwykłymi świecami a moimi najlepiej pokazuje test z muślinowymi zasłonami używanymi w jednym ze SPA. Właściciele przez dwa tygodnie palili tam świece przemysłowe, po tym czasie wyprali firany. Woda była czarna. Cóż, płuc nie da się tak wyprać. Nie jestem freakiem eko, ale takie są fakty — kwituje szefowa Leżę i Pachnę.

Co jeszcze odróżnia świece z jej manufaktury od tych produkowanych masowo? Produkty, z których je tworzy, są certyfikowane, wolne od GMO. Palą się dwa razy dłużej niż te tradycyjne, około 50 godzin. Nie dymią, nie osadzają w płucach szkodliwych substancji. Można je wykorzystywać do masażu. I jako balsam do ciała i dłoni — wosk sojowy, z którego są zrobione, ma działanie pielęgnacyjne. Olejki zapachowe też są naturalne.

— A jeśli coś lub siebie — co mi się zdarza — zalejemy tymi świecami, łatwo je zmyć ciepłą wodą z mydłem — zapewnia Sylwia Nabywaniec.

Najważniejsza jest satysfakcja

Inwestycja zaczęła się zwracać po podręcznikowych dwóch latach. Sylwia Nabywaniec sfinansowała ją z prywatnych pieniędzy, bo — jak tłumaczy — bariera wymagań, obostrzeń potrzebnych do tego, by ubiegać się o dotacje, wydawała jej się zbyt duża. Zresztą to nie miał być wielki biznes, lecz rzecz robiona z pasji, która niespodziewanie chwyciła. Leżę i Pachnę stawia głównie na sprzedaż internetową, stacjonarnie produkty firmy można nabyć w Gdańsku i dwóch butikach w Warszawie — cukierniczym i biżuteryjnym. Tych miejsc będzie pewnie przybywało. Sylwia Nabywaniec planuje nawet ekspansję na rynki zagraniczne, gdy tylko upora się z małym problemem — na wskroś polską, trudną do wymówienia nazwą firmy. To nie zyski jednak są dla niej najważniejsze, lecz satysfakcja. Taką oferuje choćby pobyt na targach produktów z polskim designem, organizowanych cyklicznie w różnych miejscach Polski.

— Uwielbiam je. Oferują żywy kontakt z klientem. I z konkurencją. Co ważne, nie zwalczamy się, lecz kibicujemy sobie nawzajem. Ludzie w Polsce tworzą niesamowite rzeczy. Wielu klientów jest przywiązanych do jednej marki i przyjeżdża na targi po określone produkty. Nie ma nic wspanialszego niż spotkanie człowieka, który przyjechał z odległego zakątka Polski mimo fatalnej pogody i na widok moich świec mówi: „Jestem tu tylko po nie” — opowiada właścicielka marki.

Sama sobie sterem

Jak to możliwe, że w pojedynkę udaje się jej tak sprawnie prowadzić manufakturę?

— Lubię, kiedy dużo się dzieje. Mam jednak małego synka i to mój priorytet. Muszę się zajmować też domem. Ale to nie jest takie trudne do pogodzenia. Zawsze mogłam liczyć na pomoc rodziny i przyjaciół. W życiu nie chodzi o to, żeby było łatwo, chodzi o satysfakcję. A największą się ma wtedy, gdy po drodze przebyło się kilka zakrętów — rozbrajająco tłumaczy Sylwia Nabywaniec.

Czy ma czas na inne rzeczy?

— Oczywiście! Jestem hedonistką i kocham podróże. A one nie muszą wcale oznaczać kilku miesięcy w Nowej Zelandii. Ostatnio zachwycam się piękną i ciągle nieodkrytą Polską, na przykład cudownym Dolnym Śląskiem, ale uwielbiam też USA i Skandynawię — zapewnia twórczyni Leżę i Pachnę.

Wśród planów na przyszłość wymienia m.in. rozwijanie części Leżę i po prostu dalszą pracę we własnej manufakturze, która sprawia jej tyle radości.

— Decydując się na samodzielną działalność, trzeba robić wszystko — być dostawcą, kierowcą, magazynierem, a w zamian może ktoś cię polubi na Instagramie. Ale poczucie, że to moja firma i mogę w niej robić, co chcę, jest wspaniałe — kończy Sylwia Nabywaniec.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Patrycja Pustkowiak

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy