Pan na Przystani

Tadeusz Prusiński
opublikowano: 2005-12-28 00:00

Przeniósł kawałek Australii do Olsztyna nad Jezioro Krzywe. Tropikalna ryba barramundi trafia na patelnię i na talerze gości Przystani Jacka Kicermana.

Nie byłoby barramundi w Olsztynie, gdyby Jacek Kicerman nie zaczął rozmowy z sąsiadem w samolocie do Kuala Lumpur. Od niego dowiedział się, że Australijczycy wymyślili sposób na hodowlę ryb morskich w głębi kontynentu. Skoro w australijskim interiorze hodują ryby, dlaczego nie mogę hodować ich i ja? — pomyślał.

Obok Przystani stworzył osiem zbiorników na wodę i co pewien czas wpuszcza do nich kolejną partię narybku. Teraz buduje dużą fermę ryby barramundi pod Olsztynem.

Na talerz barramundi nadaje się po siedmiu miesiącach. Goście Przystani zjadają 300 kilogramów tej ryby miesięcznie.

— Bardzo smaczne mięso, bez rybiego posmaku. Nigdzie w Europie jej nie ma. Dopiero teraz zaczęli się nią interesować Irlandczycy i od miesiąca ślą do mnie e-maile — mówi Jacek Kicerman.

Na palach

Przystań to flagowy okręt jego gastronomicznej floty. Jedna z najlepszych restauracji w Polsce, słynie ze zdrowej i niepowtarzalnej kuchni. Jej pracownicy obsługują co miesiąc kilkanaście tysięcy uczestników balów, konferencji, bankietów, wesel, imprez rodzinnych, przyjęć integracyjnych firm i instytucji.

Niedawno świętowali pracownicy i goście Autolandu, kilka dni później — piętnastoletniego Mebelplastu. Niedługo 60-lecie firmy będą tu obchodzić drukarze z Olsztyńskich Zakładów Graficznych. Wieczory te uprzyjemniają znane zespoły, ostatnio De Mono, Blue Cafe, Soyka, Big Cyc i Skiba.

— Jeszcze kilka lat temu na takich imprezach strumieniami lała się wódka, teraz wszyscy piją najczęściej wino i drinki — zauważa właściciel Przystani.

Kiedyś była to milicyjna przystań. „Niebiescy” trzymali w niej motorówki, a sportowcy z milicyjnego klubu Gwardia — kajaki. Gdy w drugiej połowie lat 90. Jacek Kicerman stał się właścicielem obiektu, dobudował kilka innych, nawiązujących do hangarowego stylu (całość klimatyzowana). Wyprowadził przy tym sale konsumpcyjne i tarasy (w sumie 80 proc. powierzchni restauracji) na wodę. Stoją na wbitych w dno Krzywego palach. Przez kilkanaście bulajów w podłodze można obejrzeć podwodny świat jeziora.

Gdy jezioro zamarznie, przy restauracji powstają dwa bezpłatne lodowiska — oświetlone, z muzyką i gorącą herbatą. Latem dostęp nad wodę również jest bezpłatny. Można więc wejść na pomosty, opalać się, cumować żaglówki, łodzie, kajaki, a na tarasie wypić piwo. Na specjalne życzenie motorówka wyholuje na jezioro tratwę z altaną i stołem zastawionym dla 20 osób.

Inne okręty

Drugim okrętem Kicermana jest klimatyzowana podziemna restauracja Corner Cafe (70 miejsc) w centrum miasta. Mieści się w dawnych piwnicach i kotłowni mieszkalnego budynku, którego parter i piętro zajmują firmy. Inwestor wyprowadził piwnice na strych, kotłownię zmienił na gazową i przeniósł do dawnego magazynu opału w podwórzu. Opustoszałe pomieszczenia pogłębił o 80 cm i tak powstała jedna z atrakcyjniejszych restauracji Olsztyna. Kolejne jednostki gastronomicznej floty Jacka Kicermana to trzy firmy kateringowe. Jedna z nich — Inpol Catering Sernice — ma kontrakt z największą w regionie fabryką — Michelin Polska oraz prowadzi dziesięć stołówek zakładowych, obsługując kilkadziesiąt firm. W sumie każdej doby żywi prawie pięć tysięcy osób.

Sól i pieprz

W rodzinie Jacka Kicermana nie było restauratorskich tradycji. On zajął się tym w drugiej połowie lat 70. To była wówczas jedyna dziedzina, w której prywatna inicjatywa mogła się czuć względnie swobodnie, mimo niechętnej polityki władz. Był ajentem lokali gastronomicznych PSS Społem.

— Żeby mieć lepszy towar, załatwiałem na przykład bony baltonowskie u marynarzy i kupowałem w sklepach Baltony, takim innym Peweksie — przyznaje.

Potem m.in. kupił maszynę i wyrabiał na oczach klientów prawdziwe, gęste kręcone lody. A gdy okrągłostołowa rewolucja Solidarności zmiotła PRL, przebranżowił się i w lodziarni zrobił pierwsze w Olsztynie bistro fast food.

— To był 1990 r., sieć McDonald’s jeszcze w Polsce nie było, a myśmy już robili hamburgery według własnej receptury, a do tego kilkanaście rodzajów surówek i sałatek. Dziś mamy sieć franczyzową — opowiada pierwszy restaurator Olsztyna.

W ślady ojca idzie syn Tobiasz. Absolwent zarządzania i politologii, początkowo doglądał hamburgerowej fabryki. Od kilku miesięcy prowadzi na olsztyńskiej Starówce klub Pieprz.

— Syn zajmuje się stroną operacyjną naszej rodzinnej firmy. Ja powoli się wycofuję. Raczej z tyłu doglądam i pilnuję jakości — przyznaje Jacek Kicerman.

Drugi syn, Kuba, na razie nie myśli o firmie. Zamierza studiować w Barcelonie.

Natomiast żona Jacka, Magda, dba o wewnętrzny i zewnętrzny wizerunek firmy. Ponadtrzymetrowa choinka z dwustu gwiazd betlejemskich, która zachwyca każdego gościa wchodzącego do Przystani, też jest jej dziełem.