Pani Teresa

Kamil Kosiński
opublikowano: 24-10-2007, 00:00

Przez dwa lata dokładały do interesu, ale nie splajtowały. Kobieca intuicja zawiodła je na parkiet.

Dlaczego we wzmacniających stawy, m.in. staw kolanowy, opaskach elastycznych jest zmielony na mikronowe cząsteczki bursztyn?

— Powoduje jonizację ujemną. Jony ujemne neutralizują dodatnie, powstające w mięśniach pod wpływem zmian reumatycznych — wyjaśnia Anna Sobkowiak, główna akcjonariuszka i przewodnicząca rady nadzorczej debiutującej dziś na giełdzie spółki Pani Teresa Medica.

O płynących ze stosowania wyrobów firmy korzyściach medycznych mogłaby mówić godzinami. Aż dziw, że ani ona, ani jej matka, nieżyjąca założycielka spółki Maria Teresa Jaśniak — od jej drugiego imienia pochodzi nazwa Pani Teresa — przed założeniem firmy nie miały nic wspólnego z medycyną.

— Właśnie to największy nasz atut, bo na szpitalną codzienność patrzyłyśmy okiem normalnych, wrażliwych ludzi. Lekarzy sytuacja pacjentów cierpiących po operacjach nie wzruszała. Była czymś naturalnym i oczywistym. Nas bardzo poruszała — zaznacza Anna Sobkowiak.

Życie z oszczędności

Pod koniec 1988 r. brat założycielki trafił do szpitala. Kiedy go odwiedzała, miała okazję przyjrzeć się, z jaką trudnością poruszają się pacjenci, którzy z dwudziestoma szwami na brzuchu muszą wstawać z łóżka i chodzić, by nie powstały zrosty. Wtedy narodziła się idea stworzenia wyrobów zapewniających komfort rekonwalescencji pooperacyjnej.

Ruszyły przygotowania do stworzenia uniwersalnego pasa brzusznego, pierwszego wyrobu firmy. Dwa lata trwało gromadzenie pieniędzy na uruchomienie działalności, poszukiwanie maszyn i właściwego materiału na prototyp.

— Potrzebowałyśmy od 5 do 10 metrów taśmy elastycznej. Znalazłyśmy w państwowych zakładach wyrób pasujący do naszego wyobrażenia, ale w dziale zbytu powiedziano nam, że oni już go nie produkują i uruchomią maszynę, jak zamówimy 5 tys. metrów bieżących — relacjonuje Anna Sobkowiak.

Zaryzykowały. Wydały wszystkie pieniądze. Prototyp należało sprawdzić w warunkach szpitalnych. Trafiły do poznańskiej Akademii Medycznej. Tłumaczyły lekarzom, że produkt nie tylko poprawia komfort pacjenta, lecz także skraca czas jego szpitalnej rekonwalescencji.

— Na początku lat 90. po operacji pacjent pozostawał w szpitalu przeciętnie od 10 do 14 dni. Kiedy tłumaczyłyśmy, że dzięki naszemu pasowi można go wypisać do domu 4 dni wcześniej, w odpowiedzi często słyszałyśmy, że koszty się nie liczą i nie potrzeba skracać pobytu. Wtedy ekonomika leczenia nie miała znaczenia — opowiada Anna Sobkowiak.

Pomysłem zainteresował się w końcu prof. Konstanty Tukałło, wtedy ordynator oddziału chirurgicznego Szpitala Wojewódzkiego w Poznaniu. Pozwolił rozmawiać z pacjentami na kierowanym przez siebie oddziale. Opowiedział o problemach nawracających przepuklin brzusznych. Przeprowadził pierwsze testy kliniczne. Zatrudniająca wtedy jedną szwaczkę firma matki i córki zajęła salon i jadalnię w rodzinnym domu pod Wrześnią. Zużyły wszystkie 5 tys. metrów taśmy elastycznej. Bez zysku, bo badania kliniczne i obserwacje skutków stosowania pasów u pacjentów trwały dwa lata.

— Dokładałyśmy do interesu. Początkowo pracowałam w sklepie z dżinsami, gdzie w cztery miesiące zarobiłam więcej niż mój mąż przez rok na państwowej posadzie. Przydały się oszczędności mamy. Wzięłyśmy niewielki kredyt, pomagali nam również dziadkowie — wspomina Anna Sobkowiak.

Kiedy ruszyła produkcja seryjna, firma korzystała już z tkaniny wykonanej według jej wskazówek — bawełna połączona z naturalnym kauczukiem. Profesjonalny splot tkacki gwarantował długie użytkowanie. Biznes zaczął się powoli rozwijać. W 1993 r. z rodzinnego salonu swoich właścicielek firma przeniosła się do nowo wybudowanych pomieszczeń. 250 mkw. i 10 pracowników. Można było myśleć o poszerzaniu oferty.

Panie rządzą

W 1995 r. Pani Teresa Medica zainteresowała się problemem żylaków. Z państwowego zakładu odkupiła 10 starych maszyn do produkcji pończoch przeciw schorzeniu. Każda ważyła pół tony, co ważne, bo urządzenia były przeznaczone na złom i kupowały je na wagę.

— Do wykonania prób potrzebowałyśmy jednej maszyny, ale wzięłyśmy wszystkie, bo nie chciałyśmy nic zostawić ewentualnej konkurencji, która poszłaby naszym śladem — mówi Anna Sobkowiak.

Wtedy też za pierwsze zarobione pieniądze kupiły w Szwajcarii nowiutką maszynę tkacką. Trafiła prosto do kooperanta pod Łodzią, bo wybudowana kolejna hala była za mała, by wstawić tę maszynę. One dały sprzęt, a kooperant ludzi do obsługi. Decyzja nieszablonowa, ale wytrzymała próbę czasu i pozwoliła dyktować warunki jakościowe.

W Pani Teresie Medice od początku wszystkie decyzje i kluczowe funkcje pozostają w gestii pań. Firmę założyła matka z córką, która jest głównym akcjonariuszem i przewodniczącą rady nadzorczej. Jej siostra pełni funkcję prezesa. Mężczyzn jakoś trudno znaleźć na eksponowanych stanowiskach.

— To się jednak sukcesywnie zmienia — twierdzi Anna Sobkowiak i jednocześnie podkreśla, że tak naprawdę od początku mężczyźni mają swój wkład w działalność spółki.

Mąż Anny Sobkowiak jest szefem logistyki, a mąż jej siostry — prezes Elżbiety Łępeckiej — odpowiada za utrzymanie maszyn. Ich ojciec był osobistym kierowcą założycielki firmy.

— Nie jesteśmy feministkami, lecz przedsiębiorcami. Po prostu miałyśmy dobry pomysł i umiałyśmy go zrealizować, nasza płeć w tym wszystkim to przypadek. W każdym razie mężczyźni nie muszą w naszej firmie walczyć o równouprawnienie — żartuje Anna Sobkowiak. n

Kamil Kosiński

Ściany farbiarni już stoją

Firma zaczynała w salonie rodzinnego domu swych właścicielek. Zatrudniała wtedy jedną szwaczkę. Z czasem zwiększała liczbę pracowników i kupowała nowe urządzenia. Nie zawsze mieściły się one w kilkakrotnie już rozbudowywanych pomieszczeniach. Dlatego zdarzyło się, że nowe maszyny trafiały wprost do kooperanta. Trwają prace przy rozbudowie zakładu w Gutowie Małym pod Wrześnią. Za nowo postawionymi murami ma powstać firmowa farbiarnia. Jej wyposażenie było jednym z głównych celów emisji, która zaprowadziła spółkę na giełdę. Z pieniędzy od inwestorów na ten cel pójdzie 3 mln zł. Dokończenie inwestycji pozwoli firmie uniezależnić się od zewnętrznego usługodawcy, z którego pomocy na razie korzysta.

Pani Teresa Medica w liczbach

15,1

ml zł Takie przychody ze sprzedaży w 2007 r. prognozuje dzisiejszy debiutant.

3,5

mln zł Taki ma być zysk netto w 2007 r.

7,7

mln zł Tyle zgodzili się zapłacić nowi akcjonariusze za papiery dające im niespełna 10 proc. głosów na WZA spółki.

Od złomu po komputery

Kiedy w 1995 r. Pani Teresa Medica kupowała maszyny do produkcji pończoch antyżylakowych, nabyła je na wagę jako złom niepotrzebny w większym przedsiębiorstwie. Do dziś jedna z nich stoi zakonserwowana w magazynie. Tak na wszelki wypadek. Urządzenia wykorzystywane obecnie przy produkcji pochodzą już z zupełnie innego świata. Komputerami sterowane są nawet maszyny do szycia. Igła zostanie wbita w materiał ni mniej ni więcej, tylko tyle razy, ile ustalono w programie komputerowym. Rola szwaczki sprowadza się jedynie do przełożenia obszywanego wyrobu w inne położenie, by maszyna do szycia mogła wykonać dalszą część ustalonego wcześniej programu.

Tonsil z pierwszej piątki

Pani Teresa Medica mieści się w Gutowie Małym w gminie Września. Jedną z pięciu pierwszych spółek notowanych na GPW był tamtejszy Tonsil. Zadebiutował na parkiecie 16 kwietnia 1991 r. Przejęcie spółki przez zagranicznego inwestora skończyło się dla niej fatalnie. Pracownicy wyszli na ulice, a w 2005 r. sąd ogłosił upadłość Tonsilu.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kamil Kosiński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu