Panta rhei, czyli wszystko płynie

27-02-2018, 22:00

Nie powstanie żaden Orlenolotos, potentat płocki zwyczajnie skonsumuje cztery razy mniejszą przystawkę gdańską.

Dwadzieścia pięć wieków temu Heraklit z Efezu centralnym elementem swojej filozofii uczynił zmianę. Oczywiście nie przewidział nadejścia kiedyś tzw. dobrej zmiany. W każdym razie zgodnie z przypomnianą w tytule jego tezą — nie ma w przyrodzie niczego stałego. Podobnie w biznesie, w szczególności zaś w polskich spółkach skarbu państwa. Wobec znaczenia zapowiedzianego wczoraj oficjalnie przejęcia Lotosu przez Orlen trwająca trzeci rok nieprzerwanie — mimo trzymania władzy przez tę samą ekipę — zawierucha kadrowa to pikuś.

Paliwowa transakcja okazuje się tzw. samospełniającą się przepowiednią. Na łamach „PB” jej plusy i minusy analizowaliśmy już od kilku tygodni. Połączenie dwóch wielkich giełdowych spółek potrwa z rok i nie tylko ze względu na podobny horyzont czasowy będzie przypominało… zjednoczenie Niemiec w 1990 r. RFN i NRD podpisywały traktat oraz szczegółowe umowy jako równoprawne podmioty prawa międzynarodowego, a później mniejsza część wschodnia została przez zachodnią wchłonięta. W polskim sektorze paliwowym również nie powstanie żaden Orlenolotos, potentat płocki zwyczajnie skonsumuje cztery razy mniejszą przystawkę gdańską.

Rząd PiS nawet nie ukrywa, że decyzja ma charakter polityczny, chociaż z pierwiastkiem biznesowym. Premier Mateusz Morawiecki wiąże nadzieje z efektem skali i spodziewa się synergii. Na drugim biegunie znajduje się oczywiście problem zajęcia przez nowy koncern pozycji tak potężnej na polskim rynku paliwowym, że aż zahaczającej o niedozwoloną dominację. Dlatego ważne będzie stanowisko Komisji Europejskiej. Notabene historyczne źródła Orlenu i Lotosu od zawsze były mieszanką wątków politycznych i gospodarczych. W 1959 r., czyli czasach towarzysza Władysława Gomułki, zawarte zostało porozumienie Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej o realizacji ropociągu Przyjaźń, na którego nitce zbudowano Mazowieckie Zakłady Rafineryjne i Petrochemiczne w Płocku. W dekadzie towarzysza Edward Gierka natomiast ukończone zostały w latach 1974-75 Port Północny razem z Rafinierą Gdańską. Była to strategiczna, światła decyzja o dywersyfikacji źrodeł zaopatrzenia Polski w ropę naftową. Firmy w Płocku i Gdańsku zawsze jednak zachowywały odrębność, do końca PRL i przez wszystkie lata III RP. Teoretycznie było przecież możliwe w 1999 r., przy okazji łączenia Płocka z Centralą Produktów Naftowych, dorzucenie do nowego PKN Orlen również Gdańska — a jednak tak się nie stało.

Temat połączenia poważnie podjęty został za pierwszego rządu PiS. We wrześniu 2007 r. podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy-Zdroju słyszałem na deptaku Piotra Kownackiego, prezesa Orlenu, głośno rozpowiadającego, że „potrzebuje na czele Lotosu kogoś bardziej koncyliacyjnego” (czytaj — potulnego wobec planu pochłonięcia). W innym końcu deptaku Paweł Olechnowicz, prezes Lotosu, dawał do zrozumienia, że „tu się zgina dziób pingwina”. Wtedy politycy z Trójmiasta zawarli porozumienie ponad podziałami i zgodnie załatwili u prezydenta Lecha Kaczyńskiego utrzymanie, dla dobra regionu, samodzielności największej w nim firmy. Wkrótce potem władzę przejęła PO i Lotos uzyskał pewność istnienia oraz stałość rozwoju. Obecnie jednak w polskim sektorze paliwowym górę wzięła szkoła Heraklita…

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JACEK ZALEWSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Panta rhei, czyli wszystko płynie