Papierowy recykling elektrośmieci

Emil Górecki
opublikowano: 2014-08-01 00:00

Polsce grożą olbrzymie kary, a przepisy uszczelniające system przetwarzania starego sprzętu RTV i AGD rodzą się w bólach

Tajemnicą poliszynela jest, że na odbiorze i recyklingu zepsutych lodówek, żelazek czy kuchenek robi się w Polsce wielkie pieniądze. Unia Europejska nakłada na producentów sprzętu obowiązek zapewnienia odpowiedniego poziomu odbioru elektrośmieci. Do 2016 r. będzie to 35 proc. masy sprzętu sprzedanego rok wcześniej, czyli 4 kg na mieszkańca rocznie. Według danych resortu środowiska, poziom ten osiągnęliśmy już dwa lata temu.

Zużyte lodówki (FOT. Bloomberg)
Zużyte lodówki (FOT. Bloomberg)
None
None

Część branży twierdzi jednak, że tylko na papierze. Producenci realizują obowiązek przez powołane do tego celu spółki: organizacjeodzysku, które nadzorują system. Sprawdzać może go Generalny Inspektorat Ochrony Środowiska (GIOŚ). W praktyce jednak nie ma narzędzi ani kompetencji, by ocenić, czy 10 ton starych lodówek, które weszły do systemu i zostały zaksięgowane, wyjdzie z niego w postaci odzyskanego plastiku, metalu i substancji chłodzących o porównywalnej łącznej wadze.

Z nowelą pod górę

Jak szacuje PwC, aż 40 proc. oficjalnie przetworzonych elektrośmieci to tylko dokumenty. Duża część firm wykazuje kilkakrotnie większy poziom przerobu, niż faktycznie realizuje.

Organizacje odzysku mogą więc przynosić właścicielom, czyli producentom sprzętu, podwójną korzyść — dostarczając im tanie zaświadczenia o przerobieniu odpowiedniej masy elektrośmieci oraz wypłacając dywidendy z zysków. Sytuację mogłaby poprawić nowelizacja ustawy o elektrośmieciach, jednak jej tworzenie idzie jak po grudzie.

Projekt założeń powstał blisko rok temu, a po konsultacjach trudno określić kierunek zmian. Nowelizację wymusza też nowa dyrektywa unijna, która obligowała Polskę do wprowadzenia zmian do lutego 2014 r. Mamy więc już pół roku spóźnienia.

— Trzeba postawić pytanie, czy państwo chce zadbać o rzeczywisty odzysk i utylizację szkodliwych frakcji, powstałych ze zużytego sprzętu, czy chce fikcyjnie wypełnić obowiązek nakładany przez dyrektywę unijną. Nowelizacja ma bowiem elementy, które podtrzymują dotychczasową patologię, jaką jest sztuczne kreowanie dokumentów potwierdzających recykling elektrośmieci — mówi, największej organizacji odzysku.

Ile nas kosztuje dzisiejszy system? Według wyliczeń PwC, około 7 mln zł rocznie z tytułu niesłusznie odliczonego podatku VAT. Niewiele. Więcej możemy zapłacić za nieskuteczne wdrożenie unijnej dyrektywy: nawet 466 mln zł rocznie.

Cztery narzędzia

Recepta na poprawę systemu opracowana przez PwC zakłada cztery najważniejsze zmiany: elektroniczny monitoring zużytego sprzętu, przepływów finansowych i dokumentacji, rozdzielenie własnościowe organizacji odzysku od zakładów przetwarzania, wprowadzenie zasady „not for profit” dla organizacji odzysku i doposażenie GIOŚ w realne narzędzia kontroli.

— Obecnie działania innych służb kontroli lub ścigania mogą być w praktyce jedynie następstwami realnej kontroli GIOŚ, stwierdzającej w jakimś podmiocie nieprawidłowości. Ten jednak nie może i nie potrafi wykazać ewidentnych patologii w obecnym systemie — zauważa Jan Tokarski, współautor raportu.

Rządowa propozycja przewiduje jedynie zakazanie właścicielom organizacji odzysku pobierania z nich dywidendy. Protestują Ministerstwo Finansów, które twierdzi, że to ograniczenie wolności gospodarczej, oraz Rządowe Centrum Legislacji, obawiające się niezgodności tego przepisu z konstytucją. Z projektu wypadła propozycja systemu monitorującego, mimo że jej przywrócenia domagają się premier i Ministerstwo Gospodarki, podkreślając, że to rozwiązanie popierane przez większość podmiotów w branży. Podobny system, choć na mniejszą skalę, wprowadziło u siebie ElektroEko.

— Wszystkie zakłady przetwórcze, które z nami współpracowały, były przeciwne wprowadzeniu naszego systemu monitoringu. W ciągu trzech lat zrezygnowaliśmy ze współpracy z 60 proc. z nich, bo nie potrafiły wytłumaczyć przepływów zużytego sprzętu i powstających z niego frakcji — mówi Grzegorz Skrzypczak.

Przerwany łańcuch

Prezes ElektroEko uważa, że wprowadzenie kadłubowej nowelizacji nie poprawi systemu. Nalega na oddzielenie kapitałowe spółek zbierających elektrośmieci, przetwarzających je i recyklerów, dzięki czemu trudniej będzie utrzymywać fałszywy obrót dokumentów.

— Nie rozumiem, dlaczego rząd nie chce wprowadzenia systemu monitoringu. To byłoby doskonałe narzędzie do weryfikowania, czy ilość sprzętu, który wszedł do systemu, zgadza się z ilością pozyskanych surowców, zutylizowanych substancji niebezpiecznych oraz wystawionych na nie faktur. Pomogłoby działać GIOŚ, który dziś praktycznie nie ma żadnych narzędzi kontroli — mówi Grzegorz Skrzypczak.

Od 2016 r. roczny poziom zbierania zużytego sprzętu ma wynosić 40-45 proc. masy wprowadzonego na rynek, po pięciu latach współczynnik ten wzrośnie do 65 proc. Ministerstwo Środowiska nie jest w stanie określić, kiedy nowelizacja trafi pod obrady rady ministrów.

— Liczba uwag do tego projektu i ich różnorodność wskazują, że szybkie uchwalenie nowelizacji może być trudne. Spodziewam się, że albo powstanie nowy, uzupełniony projekt ustawy, albo konsultacje międzyresortowe zostaną wznowione — mówi Jan Tokarski z PwC.