Partnerzy mają przyjąć – i basta

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2020-08-25 22:00

Jeszcze nie został znowelizowany budżet na 2020 r., którego deficyt księgowo ma wystrzelić z poziomu 0 do aż 109,3 mld zł (tę kwotę Rada Ministrów może jeszcze skorygować autopoprawką), gdy ustawowe terminy już gonią budżet na 2021 r.

Dzisiaj rząd przyjmie wstępny wariant, który trafi do Rady Dialogu Społecznego (RDS). Po zaopiniowaniu formalny już projekt zostanie przyjęty za miesiąc, by najpóźniej 30 września wpłynąć do Sejmu. Dopiero wtedy zostanie ustalona kwota najważniejsza — przyszłorocznego deficytu, który będzie pochodną tegorocznego.

Do października roczne, rotacyjne przewodnictwo RDS sprawuje Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP.
Fot. Simona Supino-forum

Skierowanie projektu do RDS uczyni zadość ustawie, ale naturalne jest pytanie — właściwie po co. Decyzyjne realia wskazują, że wpływ partnerów społecznych na końcową treść rządowych dokumentów jest minimalny, żeby nie określić tego brutalnie — zerowy. Sztandarowy przykład to przyszłoroczna płaca minimalna. W rządowym projekcie zapisano skokowy wzrost o 7,7 proc. kwoty miesięcznej brutto z 2600 do 2800 zł, zaś stawki godzinowej z 17,00 do 18,30 zł. Udziałowcy RDS podzielili się na trzy grupy. Cztery organizacje biznesowe (Pracodawcy RP, Lewiatan, BCC i ZRP) najchętniej widziałyby zamrożenie płacy minimalnej, a jeśli już musi ona drgnąć, to o ustawowe minimum 4,5 proc., czyli miesięcznie do 2716 zł, zaś godzinowo do 17,70 zł. Klientela rządowa w RDS, czyli Związek Przedsiębiorców i Pracodawców oraz NSZZ Solidarność, zaakceptowała propozycję. Dwie pozostałe centrale związkowe, czyli OPZZ i FZZ, zalicytowały aż 19,2 proc. wzrostu, do 3100 zł miesięcznie oraz 20,20 zł godzinowo. Takim roszczeniem wyskoczyły nawet przed Jarosława Kaczyńskiego, który na wyborczej konwencji PiS obiecał w 2021 r. pensję minimalną 3000 zł. Trzeba o tym pamiętać, ponieważ rządowe 2800 zł to… niewykonanie rozkazu prezesa, zatem w finalnej wersji rozporządzenia można spodziewać się wszystkiego.

Od kilku lat tzw. dobra zmiana doktrynalnie wywyższa pensję minimalną w oderwaniu od realiów ekonomicznych. Już w tym roku ustalona arbitralnie zbyt wysoka kwota — fakt, że bez wiedzy o inwazji COVID-19 — bardzo silnie wpływa negatywnie na sytuację firm, przede wszystkim małych i mikro. W relacji do rynkowej płacy średniej narzucana administracyjnie przez władców płaca minimalna przekroczyła 52 proc., co jest jednym z najwyższych wskaźników w UE. Według założeń do budżetu 2021 będzie to już ponad 53 proc., zaś w relacji do płacowej mediany zbliży się do 60 proc. Ten absurd forsowany jest podczas największej recesji od czasu ustrojowych przemian Polski i odrodzenia się gospodarki rynkowej.

Największym złem obliczonego na elektorat PiS pompowania płacy minimalnej jest rozkręcenie inflacji.

W założeniach do budżetu na 2021 r. rząd oszacował ją na 1,8 proc., co jest kpiną z faktów — zaniżony wskaźnik należy uczciwie pomnożyć przynajmniej przez 2,5, a zapewne więcej. Za partyjne zyski w urnach wyborczych Polacy płacą topnieniem oszczędności, ale przecież ci, którzy w ogóle je mają, nie są bazą rządzącej partii. Haracz płacy minimalnej władcy ściągają również z najmniejszych firm, stanowiących podstawę polskiej gospodarki. To największy paradoks zaklętego kręgu rządowych kalkulacji — jedną ręką uruchamia się wart kilka miliardów program pomocowych pożyczek, natomiast drugą wymusza na tych samych przedsiębiorcach zwiększenie kosztów pracy o kwoty w sumie znacznie większe.