Paryska noc strachu

Marcin Dobrowolski
opublikowano: 14-11-2015, 22:10

Gdy panicznie baliśmy się, nie otrzymaliśmy pomocy od polskiej służby dyplomatycznej. Kazano nam znaleźć hotel albo wracać do domu w strefie zagrożenia - relacja Marcina Dobrowolskiego, dziennikarza „PB”.

14 listopada 2015 roku
Wyświetl galerię [1/9]

Paryż dzień po ataku terrorystycznym

14 listopada 2015 roku Marcin Dobrowolski

W chwili zamachów byliśmy na barce zacumowanej u wybrzeży Sekwany, na której odbywała się impreza festiwalu OffPrint. Kilkaset osób na małej łódce. Po godzinie 22 rozdzwoniły się telefony. W takich sytuacjach działa instynkt stada - gdyby znalazło się kilku prowodyrów ucieczki z łodzi, zapewne pobieglibyśmy za nimi. Impreza trwała jednak dalej, ale naszą polską grupę najbardziej poruszyło to, że ataki zostały dokonane w pobliżu naszego miejsca zamieszkania. Zastanawialiśmy się co robić, gdzie uciekać - czy skorzystać z transportu publicznego, wracać na piechotę, czy zamówić taksówkę.

Nie wiem, czy to wynik obejrzenia zbyt wielu filmów sensacyjnych, czy myślenie racjonalne, czy też może kierowały mną zrozumiałe w takiej sytuacji emocje, ale zaproponowałem schronienie się na terenie ambasady polskiej, która znajduje się kilkaset metrów od miejsca, w którym wówczas znajdowaliśmy się.

Aby zrozumieć naszą postawę i to, co się potem stało, trzeba wyobrazić sobie sytuację, w której się znaleźliśmy. Nieustanne telefony od rodziny i przyjaciół, media społecznościowe w histerii, serwisy informacyjne mówiące o serii zamachów, która może mieć kontynuację, i panika na ulicach. Chodniki były puste, klienci chowali się we wnętrzach kawiarni, wszędzie wozy policyjne gnające na sygnale. I w tym otoczeniu grupka czterech Polaków, która zmierzałą w stronę ambasady.

Chcąc uprzedzić nasze przybycie zadzwoniłem na telefon dyżurny ambasady. Pani konsul była nieco zdezorientowana, jak się okazało moja rozmowa została przekierowana do niej w trakcie innej wcześniej rozpoczętej. Przedstawiłem naszą sytuację i poprosiłem o wpuszczenie na teren ambasady, bo boimy się wracać do naszego mieszkania ze względu na jego położenie w strefie zagrożenia. W odpowiedzi usłyszałem, że ambasada jest zamknięta i nikt nas nie wpuści o tej porze. Moją prośbę kilkakrotnie powtórzyłem licząc jednak na wpuszczenie (wiedziałem, że zawsze ktoś musi pilnować kompleksu ambasady, biur i konsulatu). Jedyną radą było, byśmy znaleźli hotel albo taksówkę. W tym samym czasie prezydent Francois Hollande ogłosił stan wyjątkowy w całym kraju. Widzieliśmy tę informację na swoich telefonach biegnąc w stronę ambasady, nad którą powiewa polska flaga i sprzed której budynku kazano nam się cofnąć.

Z pierwszą radą o wynajęciu hotelu byłoby łatwiej, druga (o taksówce) wydawała się niemożliwością ze względu na podobny zamiar tysięcy Paryżan i turystów uciekających z kawiarni i restauracji. Szczęśliwie zobaczyliśmy wóz wypuszczający klientów dosłownie kilkadziesiąt metrów od polskiej placówki. Skorzystaliśmy z okazji i pojechaliśmy do domu.

W ten sposób nie mogliśmy zweryfikować słów ambasadora Andrzeja Byrta, który w sobotnich wywiadach twierdził, że gdybyśmy zapukali, otworzono by nam. Nie wiem, czy tak by się stało. Szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie to. Ważne jest to, że gdy panicznie baliśmy się, nie otrzymaliśmy pomocy od polskiej służby dyplomatycznej, ale kazano nam znaleźć hotel, albo wracać do domu w strefie zagrożenia.

Po powrocie do domu przeczytaliśmy niepotwierdzoną informację, według której na drodze naszego przejazdu doszło do kolejnej strzelaniny. Okazała się ona nieprawdziwa, niemniej wzmogła wtedy uczucie osamotnienia.

W nocy spisałem relację z tego zdarzenia, którą opublikowałem na facebooku, a tam z kolei została udostępniona przez ponad 800 osób. W ciągu nocy i w sobotę rano zrelacjonowałem wydarzenie kilku stacjom radiowym i telewizyjnym. Problem stał się publiczny i spotkał się ze zdecydowanym oburzeniem internautów, które pociągnęło za sobą reakcję ambasadora proponującego sobotnie spotkanie.

Podczas wizyty w ambasadzie dowiedzieliśmy się, że doszło do nieporozumienia. Zamknięcie budynku, o której mówiła konsul dyżurna, oznaczać miało jedynie zakończenie oficjalnych godzin jej funkcjonowania. Odebraliśmy je inaczej, niemniej trudno było skonfrontować wersje, ponieważ moja rozmówczyni nie mogła przybyć na spotkanie, gdyż według słów pracowników przebywała w szpitalu po zasłabnięciu w wyniku przemęczenia.

Przeproszono nas i, wedle słów zwierzchnika placówki, wyciągnięto wnioski.

- Obywatele polscy powinni mieć zawsze pewność, że w razie zagrożenia znajdą bezpieczne schronienie w polskiej ambasadzie - zadeklarował Andrzej Byrt.

Niestety, nie obyło się bez zgrzytów, kiedy zarzucono mi nierzetelność dziennikarską w postaci braku weryfikacji prawdziwości słów pani konsul na przykład przez oficjalny kanał ambasady na Twitterze...

W sobotę życie w Paryżu toczyło się normalnie, choć nie brak symptomów podwyższonego stanu bezpieczeństwa. Są one widoczne dla tych, którzy widzieli je dzień wcześniej. Na ulicach mniej samochodów, brak dużych grup turystów, wojsko wokół najważniejszych budynków. W sąsiadującym z naszym mieszkaniem merostwie odbywał się ślub i goście witali kwiatami nowożeńców. Tylko żandarmeria strzegąca budynku i opuszczone flagi wskazywały na stan wyjątkowy.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Dobrowolski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu