PCBC chce akredytować zachodnie firmy

Wojciech Surmacz
opublikowano: 1999-05-28 00:00

PCBC chce akredytować zachodnie firmy

Podobno w Polsce działają certyfikatorzy bez akredytacji

ZAPOMNIANY AKT: Był projekt podzielenia PCBC na Polskie Centrum Akredytacji i Polskie Centrum Badań. Trudno powiedzieć, co się z nim stało. A szkoda, bo mógłby rozwiązać wiele polskich problemów związanych z akredytacjami — przypomina Jarosław Urban, district manager Det Norske Veritas. fot. Borys Skrzyński

W branży certyfikacyjnej mówi się o niekompetentych certyfikatorach. Polskie Centrum Badań i Certyfikacji (PCBC) deklaruje, że uporządkuje ten problem poprzez akredytowanie wszystkich działających w kraju jednostek. Te nie przejawiają jednak zbytniej chęci skorzystania z oferty. Kością niezgody jest „podwójna gra” PCBC.

Wśród jednostek certyfikacyjnych, działających na terenie naszego kraju, krążą pogłoski o przedsiębiorstwach, które nie posiadają żadnej akredytacji. Cierpią na tym przede wszystkim polskie firmy, które uzyskując od nich np. ISO 9001 mogą sobie ten certyfikat chyba tylko powiesić na ścianie.

Nieświadomość

Jak mówi Michał Kotliński, dyrektor pionu akredytacji Polskiego Centrum Badań i Certyfikacji (PCBC), w Polsce działa obecnie około 20 jednostek certyfikujących. Podobno znaleźli się wśród nich tacy, którzy nie są akredytowani w żadnej instytucji nadającej prawo do prowadzenia takiej działalności. Niestety, bardzo trudno jest potwierdzić tę informację, większość wypowiedzi ludzi z branży brzmi bardzo ogólnie i enigmatycznie. Mimo to wydają się jednak potwierdzać istnienie tego zjawiska.

— Doszły nas słuchy, że gdzieś na świecie są firmy oferujące tzw. certyfikaty uproszczone. Co to oznacza, doprawdy nie bardzo wiem — mówi Leszek Sitkowski, operations manager w LloydŐs Register Quality Assurance.

— Kiedyś na pewnej konferencji poznałem przedstawiciela polskiej firmy, która posiadała certyfikat bez akredytacji. Cieszył się, że ma ISO, dziwił się natomiast, że nie przynosi mu to żadnych wymiernych korzyści — opowiada Szymon Kulczycki, wiodący auditor w Bureau Veritas Quality International (BVQI).

Zdaniem Jarosława Urbana, district managera Det Norske Veritas (DNV), na certyfikacie najważniejsza jest pieczęć jednostki akredytującej. Świadczy ona o jego uznaniu przez konkretną, niezależną instytucję rządową. Mniej istotne jest logo BSI, DNV, T†V czy np. BVQI.

— Po roku 1990 do Polski zaczęli napływać zachodni certyfikatorzy. Żaden z nich dotychczas nie akredytował się u nas — relacjonuje Michał Kotliński z PCBC.

Jak twierdzi, już niedługo PCBC będzie jednak sukcesywnie akredytować wszystkich certyfikatorów z polskiego rynku.

— Zdarzają się wśród nich firmy o dość wątpliwej wiarygodności — dodaje.

Europejski bojkot

Z akredytacjami w PCBC wiąże się jednak ostry konflikt, który trwa od kilku lat pomiędzy tą instytucją a praktycznie wszystkimi certyfikatorami, którzy przybyli do nas z Zachodu.

— Jest niepisanym prawem Unii Europejskiej, że większość jednostek certyfikujących w zakresie systemów zarządzania jakością akredytuje się w instytucjach lokalnych krajów, na terenie których prowadzą swoją działalność — zapewnia dyrektor Kotliński.

Problem polega jednak na tym, że PCBC jako jedna z niewielu instytucji na świecie — oprócz akredytacji — wydaje również certyfikaty. Tym właśnie większość zachodnich certyfikatorów tłumaczy niechęć do tej instytucji. Jak podkreśla Szymon Kulczycki, akredytacje są dowodem wiarygodności jednostki certyfikującej. Wydają je jednostki rządowe poszczególnych państw. Nadzór nad nimi sprawuje Międzynarodowa Rada Akredytacyjna (IAC). Według jej dyrektyw, działalność akredytacyjna musi być oddzielona od certyfikacji.

— PCBC jest bojkotowane przez European Acreditation (EA) z Brukseli. Organizacja ta skupia praktycznie wszystkie instytucje akredytujące na świecie. PCBC do niej nie należy, bo nie spełnia podstawowych wymagań członkowskich. Jednym z nich jest właśnie rozdzielenie tych dwóch funkcji — dodaje Jarosław Urban z DNV.

Z wizytą w PCBC

Nie wszyscy zewnętrzni certyfikatorzy działający na terenie Polski ignorowali jednak PCBC. Byli tacy, którzy ubiegali się o polską akredytację. Bez skutku.

— Byliśmy jedną z pierwszych jednostek certyfikujących, która aplikowała do PCBC o akredytację. Prowadziliśmy rozmowy, które spełzły na niczym — twierdzi Szymon Kulczycki.

— Dwa lata temu przyszliśmy do PCBC. Przy stole siedziało trzech przedstawicieli tej instytucji. Przy przekazywaniu dokumentów wymaganych do akredytacji, okazało się, że jeden z nich pracuje w sekcji certyfikującej PCBC, czyli w konkurencyjnej dla nas firmie. Zerwaliśmy rozmowy — tłumaczy Jarosław Urban.

W branży mówi się, że dopóki PCBC będzie prowadziło „podwójną grę”, dopóty nie będą się w nim akredytować największe na świecie instytucje certyfikujące.