Na początek nietypowo proponuję czytelniczy test, ale rzetelny, bez zaglądania do internetu: jakież to dwa państwa o północy z 30 czerwca na 1 lipca przekazały sobie półroczne przewodnictwo Rady Unii Europejskiej? Aaa, nie wiemy… Spokojnie, poza obywatelami tych obu państw nie interesuje to przysłowiowego psa z kulawą nogą. Oczywiście identycznie była traktowana wszędzie prezydencja polska w drugim półroczu 2011.

Od pięciu lat w realiach decyzyjnych UE to archaiczna kategoria polityczna, rajcująca wyłącznie aktualną ekipę rządową danego państwa oraz w znacznie mniejszym stopniu — eurokratów z gmachów przy rondzie Schumana w Brukseli.
Również 1 lipca (zwykle bywało to kilka dni później) inauguruje także pięcioletnią kadencję Parlament Europejski (PE). Pierwsze posiedzenie w Strasburgu poświęcone jest obsadzaniu stołków, ale wbrew gorączce towarzyszącej wyborom 22–25 maja — nie będzie emocjonujące. Stanowisko przewodniczącego zachowuje niemiecki socjaldemokrata Martin Schulz. Ale tylko na 2,5 roku, później aksamitnie ustępuje i w drugiej połówce przewodził będzie PE reprezentant największej grupy chadeckiej, która eurowybory znowu wygrała.
Dogadana i oczywista jest również lista czternastu wiceprzewodniczących, zgłoszonych zgodnie z parytetem przez poszczególne grupy. Jedyną niewiadomą pozostaje ich kolejność, o której decyduje liczba głosów. Od dziesięciu lat Polacy piastujący te funkcje zawsze zajmowali... ostatnie miejsca. Ciekawe, czy tym razem kandydujący w imieniu PiS na miejsce należne frakcji konserwatywno-reformatorskiej Ryszard Czarnecki zdobędzie zaszczytny tytuł czternastego wiceprzewodniczącego PE, czy choćby o oczko wyżej…
Aha, jestem winien odpowiedź na pytanie z pierwszego zdania. Otóż od dzisiaj prezydencję Rady UE sprawują Włochy, które pałeczkę przejęły od Grecji.