Perły z morza kiczu

Michał Mizera
opublikowano: 27-06-2008, 00:00

W lampie naftowej tkwi tajemnica. Przy niej wódeczka smakuje inaczej, inna rozmowa się snuje… A i ludzie bardziej skupieni. Wiadomo: żywy ogień — opowiada Janusz Michałowski. Znakomity aktor od pół wieku kolekcjonuje lampy.

Plebania. Odcinek 707. Beata daje doktorowi Blumentalowi świecznik na siedemdziesiąte urodziny. Choć dobrze wie, że ten zbiera stare lampy. W życzeniach sugeruje, że powinien pójść na emeryturę. Ot, zwykłe serialowe tematy... A tu proszę: niespodzianka! Janusz Michałowski, odtwórca roli Blumentala, lampy zbiera naprawdę. I stąd pomysł scenarzystów. No i energią daleko mu do emerytury! Jest jeszcze trochę lamp do zdobycia...

Początki

— Uczyłem się, jeszcze w czasie wojny, przy lampie naftowej. Takiej zwykłej, ale sentyment pozostał. Do dzisiaj wisi w moim augustowskim domu. Lampki robiliśmy też sami. Wykorzystywało się puszki po konserwach, albo gilzy po wystrzelonych pociskach armatnich — wspomina aktor.

Pasja kolekcjonerska przyszła później. I to przypadkiem.

— Skończyłem studia w warszawskiej PWST i z grupą kolegów pojechaliśmy do teatru w Koszalinie. Zaczęły się objazdy po wsiach i małych miasteczkach. Zobaczyłem piękną lampę u jednego sołtysa. Zachwyciłem się! Odkupiłem ją i... się zaczęło! — z uśmiechem opowiada Michałowski.

To był dobry moment na start. Nikt się lampami specjalnie nie interesował.

— Wtedy łatwo było kupić. Albo dostać za ćwiartkę wódki. Ludzie nie orientowali się w prawdziwej wartości, nie wiedzieli, co z tym robić, trzymali w stodołach, strychach, komórkach... Secesja też nie była w dobrym guście. Dopiero w latach 70. i 80. ludzie zaczęli interesować się tymi przedmiotami — dodaje Janusz Michałowski.

Ale wtedy miał już pokaźną kolekcję....

Tulipany

— Takie lampy to były cacka. Odświętne sprawy. Nawet w bogatych mieszczańskich domach ręcznie zdobione klosze zakładano tylko na specjalne okazje — opowiada.

I słusznie. Bo najtrudniej o klosze (inaczej: abażury, tulipany). Szybko się tłukły. Dziś oryginalny klosz z dobrego szkła kosztuje około trzech tysięcy. Ale jeśli trafi się rzadki okaz...

— Lampy często były kiczowate, ale zdarzały się arcydzieła sztuki. Staram się zbierać tylko te drugie. Efektownie wykończone krawędzie, dobre szkło, sygnatura fabryki... A te trzony, nierzadko ręcznie malowane, proszę spojrzeć na te motywy: rajskie, sielankowe, kwiatowe... — zachwyca się aktor.

Bazę, podstawę lamp, często pięknie zdobioną, tworzą różne ceramiki: majolika, porcelana, fajans. Szkło najrozmaitsze: sodowe (najstarsze i najtańsze), potasowe (tzw. szkło leśne) i ołowiowe (miękkie i błyszczące, nadaje się do szlifowania).

— Wśród stylów dekoracyjnych dominuje secesja (art nouveau) — ukierunkowany przeciw historyzmowi i bezstylowości — opowiada ze znawstwem Michałowski. I dodaje:

— Ale liczą się także: styl wiktoriański o nadmiernej dekoracyjności, przeładowany rzeźbieniami i ornamentyką, arts and craft o prostych, tradycyjnych formułach z ręcznie kutymi metalami i art déco — głównie realizowany przez stylizowane abstrakcyjne formy geometryczne.

Zbiory

Dziś kolekcja sięga imponujących rozmiarów. Zajmuje całe mieszkanie. Obejmuje bodaj wszystkie rodzaje lamp: stołowe, wiszące sufitowe, podłogowe, przyścienne (kinkiety), pojazdowe, techniczne i przemysłowe, przeznaczenia specjalnego...

— Najstarsze pochodzą z przełomu XVII i XVIII w. Lampy naftowe to oczywiście wynalazek z II połowy XIX w. — Łukasiewicz skonstruował swoją lampę w 1853 roku. A ja mam tu kilka lamp z tego okresu — kolekcjoner pokazuje swoje zbiory.

— O, tu stoi lampa z 1859 roku... A tu ciekawostka: lampa olejowa z 1830 roku, odmierzająca czas. O, albo tu, pan spojrzy, projektor na naftę z 1870 roku, mam nawet slajdy do niego! — chwali się.

I rzeczywiście: wyciąga pudełko z podniszczonymi, ale całkiem wyraźnymi slajdami. A na nich bajki („Czerwony kapturek”), zdjęcia, pejzaże... Kolekcja imponująca. Aż kusi, żeby ją czasem wykorzystać jako dekorację w filmie, teatrze...

— Raz pożyczyłem lampę do Teatru TV, Iza robiła „Norę” Ibsena, ale staram się tego unikać. To za duże ryzyko. Co z tego, że mi zapłacą za ewentualne uszkodzenie? Takie lampy są nie do kupienia, nie do odtworzenia!

Historie

Kolekcjonerstwo to dla zbieracza cały świat. Niemy, ale wymowny zapis spotkań z ludźmi.

— To jest pół wieku moich wędrówek. Wspomnienia... Ludzie i miejsca... Te opowieści... — zamyśla się Michałowski. A po chwili:

— Ale trzeba też mieć do nich dystans. Ile ja się nasłuchałem rodzinnych legend, o tym, jak to lampę przywiozła babcia z Paryża na urodziny Zosi albo dostała od jakiegoś magnata... — uśmiecha się szelmowsko.

O to przecież chodzi w zbieractwie. To sposób na poznanie i zatrzymanie odchodzącego świata.

— Często kolekcjonerzy upłynniają część swojej kolekcji, zarabiają na tym. Ja nie sprzedaję. Co najwyżej daję w prezencie. Zamiast kwiatów czy alkoholu — mówi Michałowski.

Niektórzy przyjaciele dostali nawet trzy lampy i... czwartą, piątą kupili sobie sami. To zaraźliwe!

Oszustwa

— Pewnie, że łatwo o wpadkę. 99 proc. lamp na targach staroci to współczesne podróbki oryginałów, produkowane hurtowo we Francji i Holandii. Na szczęście, dzisiaj poznaję je z dużej odległości. Ale kiksy się zdarzały. I zdarzają — kiwa głową aktor.

To jest wpisane w kolekcjonerstwo. Jak każda pasja — budzi w sprzedawcach chęć skorzystania z entuzjazmu i zaangażowania zbieracza.

— Ludzie już wiedzą, że zbieram, dzwonią, proponują. Ale do dziś zdarza się, że sprzedawca poznaje mnie i mówi: „No, jak dla pana, panie Michałowski...” i wali podwójną stawkę! Negocjacje bywają twarde — zarzeka się.

Inni

Kolekcja wzbudza podziw gości.

— Przyszedł kiedyś Jurek Grzegorzewski. Sam zbierał różne dziwne rzeczy. Rozglądnął się, zaklął i westchnął: „A ja myślałem, że to ja mam lampy...” — chichocze Michałowski.

Z zainteresowaniem oglądał zbiór Gustaw Holoubek — pięknie też opisał swoją fascynację lampami w książce „Wspomnienia z niepamięci”.

— A mnie cieszy, kiedy na targu staroci spotykam chłopaka kupującego swą pierwszą lampę. Inny chwali się, że ma już trzy sztuki... To krzepiące — mówi aktor.

Pro publico bono

Pasja kolekcjonerska Janusza Michałowskiego ma także wymiar obywatelski.

— Decyzja już podjęta. Chcemy z żoną przekazać naszą kolekcję do Muzeum w Wilanowie. Nieodwołalnie — deklaruje właściciel.

— Jesteśmy zaszczyceni tą niecodzienną propozycją. Kolekcja jest unikatowa. To kompetentny i kompletny przekrój przez sposoby oświetlenia. Nawiązanie do chlubnej tradycji Stanisława Kostki Potockiego, który udostępnił swoje zbiory na potrzeby publicznej edukacji — mówi przejęta Joanna Paprocka-Gajek, starszy kustosz Muzeum w Wilanowie. I opowiada:

— Chcielibyśmy zapewnić tym zbiorom osobną przestrzeń na stałą ekspozycję. Krokiem ku temu mogłaby być czasowa wystawa i katalog. Przekazanie unikatowej, przemyślanej i gromadzonej ze znawstwem kolekcji, świadectwa rozwoju systemów oświetleniowych, jest wyjątkowych wydarzeniem dla środowiska muzealnego.

Może ten wspaniałomyślny gest stanie się przykładem dla innych kolekcjonerów?

Tymczasem

Zakupy trwają. Raz na jakiś czas zadzwoni zaprzyjaźniona desa albo pośrednik. A ostatni nabytek?

— Wczoraj — uśmiecha się Michałowski.

I z dumą pokazuje dwie bliźniacze, ręcznie malowane porcelanowe cacka.

— Wprawdzie to już nie te same emocje, co dawniej, już nie wstaję wczesnym rankiem, by biec na targ, serce już nie wali młotem, ale jeszcze kupuję. I będę! — zapewnia aktor.

Rzeczywiście wariactwo. Ale piękne i pożyteczne.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michał Mizera

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu