Piątek w PB: Tajemnica sukcesu szefa Inter Groclin

opublikowano: 2003-09-19 07:25

Multimilioner spod Poznania. Właściciel Inter Groclin Auto. Zarabia krocie na tapicerce. Sporo wydaje na futbol. Biznes mu idzie jak po maśle, a ten się martwi o los Polski.

W zakładzie tapicerskim przy maszynie do szycia stał 3-letni chłopczyk. W szoku. Wzrok wbity w dłoń uwięzioną pod stopką maszyny. Przeszyty igłą palec dziecka krwawił, siniał i puchł. Ojciec zawsze powtarzał: „Pamiętaj synku, nigdy nie podchodź do żadnych maszyn!”. Nie posłuchał. Sparaliżowany strachem, mimo potwornego bólu, nie płakał, nie krzyczał, nie wzywał pomocy. Wiedział, że jak go tata znajdzie, dostanie baty. Był rok 1953.

Z Warszawy do Poznania. I trasą na Wrocław. Potem za Stęszewem zjazd w kierunku Zielonej Góry. Dalej przez Strykowo, Granowo i Ptaszkowo do Grodziska Wielkopolskiego. Ostatni odcinek drogi przed Grodziskiem w świetnym stanie. Okoliczni zwą ją „drzymałówką”, bo wykonany został na koszt Drzymały. Wreszcie koniec podróży. Przed fabryką Inter Groclin Auto (IGA) stoi niewielki, nowoczesny biurowiec. Wszędzie porządek, cisza i spokój.

Jesteśmy spóźnieni pół godziny (korki przy wyjeździe z Poznania). Nasz rozmówca odpłaca pięknym za nadobne. Czekamy. W sali konferencyjnej vis-a-vis wejścia wielka fototapeta: Zbigniew Drzymała z rodziną. Na murze — wyróżnienia i nagrody dla IGA.

Mija równo pół godziny. Pojawia się gospodarz. Sam, elegancko ubrany. Kamienna twarz i czujne oczy, jakby wiecznie szukające zaczepki. Wśród dziennikarzy panuje przekonanie, że Drzymała nosi w sobie kompleks zbyt niskiego wykształcenia. I nie wdaje się w publiczne dyskusje. Bzdura! Jak mało który polski biznesmen lubi być elokwentny. Nie zgadza się na zdjęcia („będą sztuczne!“), nie udzieli wywiadu (musi znać wcześniej pytania, solidnie się przygotować). Kilkanaście minut słownych przepychanek. Wreszcie kompromis: zdjęcia innym razem, a teraz — po prostu — pogadamy. Daje nam godzinę.

Zbigniew Drzymała żartuje, że tapicerkę ma we krwi. Coś w tym jest. To on jako trzylatek przeszył sobie palec na maszynie w zakładzie tapicerskim ojca. Kilka lat później firma była już spółdzielnią. Jej właściciela mianowano kierownikiem produkcji. System przestał tolerować własność prywatną.

— Ale ja poszedłem swoją drogą — podkreśla prezes Groclinu.

Czyżby? Fakt, młodego Drzymały nie pociągała tapicerka. Po podstawówce trafił do technikum budowlanego. Potem zatrudnił się w zespole usług projektowych, jednocześnie pracował w nadzorze budowlanym. Objeżdżał budowy w całej Polsce. Do dziś lubi ten zawód. Biurowiec IGA, fabryka w Grodzisku, nowy stadion Dyskobolii z całą infrastrukturą — wszystko to jego pomysły.

Pasją Zbigniewa Drzymały była jednak motoryzacja. W latach 70. samochód stał się w Polsce dobrem ogólnodostępnym, rynek zdominowały małe fiaty. W sklepach motoryzacyjnych sprzedawano akcesoria, których stale brakowało. Zbigniew Drzymała miał wtedy dacię (rumuński samochód na licencji renault 112), a w niej francuski zagłówek. Chciał się pozbyć auta.

— Ciężko było samochód sprzedać, bo rynek zalały maluchy. Za to wszyscy chcieli kupić ten zagłówek! I wtedy pomyślałem: „A gdybym miał z tysiąc takich zagłówków?”. Pojechałem do ojca i mówię: „Tata, potrafisz to zrobić?”. Ojciec wzór rozebrał i powiedział: „Nie ma sprawy”. Po roku otworzyłem zakład Wytwarzanie Elementów Wyposażenia Wnętrz Samochodów. W 1977 r. poświęciłem się już całkowicie tej działalności. Płaciłem 85 proc. podatku dochodowego, mogłem zatrudnić tylko 4 osoby — opowiada już nieobecny duchem Zbigniew Drzymała.

Tak było do początku lat 80. Ówczesny rząd zaczął lansować firmy polonijne. Drzymała szybko znalazł dalekich krewnych w USA — wśród nich Marzenę Poradę z Clinton pod Nowym Jorkiem. Wspólnie powołali do życia Groclin. Etymologia nazwy staje się jasna: „Gro” — od Grodziska, „clin” — od Clinton.

Prezes wspomina, że atmosfera w kraju nie sprzyjała takim przedsięwzięciom. W urzędach często mówiono mu: „Jesteś wrzodem, nie masz szans, za chwilę śladu po tobie nie będzie!”. Uratowała go gospodarcza siermiężność. W PRL-owskiej enklawie łagodnych podatków i swobodnej gospodarki na wygłodzonym rynku działał do początku lat 90. Jego produkty można było znaleźć na setkach stoisk motoryzacyjnych całego kraju.

Nagle na kraj spadła szokowa kuracja Balcerowicza. Co bardziej obrotni ściągali do Polski — niekoniecznie uczciwie — przeróżne produkty z zagranicy, często przecenione i niewiele warte. Konkurencja z nimi była ciężka — bo to lepsze, tańsze, kolorowe. Inne.

Zbigniew Drzymała kupił wówczas od niemieckiej firmy Konig Comfort (drugi na świecie producent foteli o specjalnym ukształtowaniu — m.in. sportowych, ortopedycznych) licencję na kompletne fotele samochodowe. W Groclinie ruszyła produkcja siedzeń w zachodnim stylu. Najpierw zainteresowała się nimi FSM z Bielska, później — warszawska FSO.

Prezes waży każde słowo. Ton jego monotonnego głosu i historia, którą snuje, przykuwają uwagę. Z każdą minutą rozmowy jakby się oswajał z naszą obecnością. Ale wciąż jest ostrożny, choć atmo- sfera nie jest tak gęsta, jak na początku spotkania. Czuć, że powie coś ważnego.

Więcej w piątkowym „Pulsie Biznesu.

Zapraszamy do lektury!