Życie i śmierć Piotra Filipczyńskiego według Petera Vogla. Czyli obalanie mitów lub prostowanie bananów.
bity z pantałyku pytaniem o Boga. Czy ma z Nim szczególne relacje po zabójstwie?
Peter Vogel. Cisza i papierosy:
— Człowiek się uczy pokory, myśli, co zrobić, by za błędy zapłacić. Będę się musiał z Nim rozliczyć. Ale to prywatność.
Wierzy?
— Im dłużej, tym bardziej specyficznie. Bóg jest dla wszystkich, więc może też dla mnie znajdzie się miejsce.
Pod Zurychem. U niego w domu. Odsądzony od czci i wiary przez media. Waży każde słowo. Osobliwa relacja. Może i naiwna.
Po drugiej stronie
Rok 1971. Komorów pod Warszawą. Jedynak, licealista Piotr Filipczyński zabił 75-letnią guwernantkę kolegi. Z zimną krwią? Czy w stanie ograniczonej poczytalności? Obrońca mecenas Władysław Pociej argumentował: kilka dni przed masakrą młodzieniec przeżył poważny wypadek samochodowy, ostry wstrząs mózgu. Sąd to zignorował. Winowajca nie chce roztrząsać:
— Nie mam zamiaru zdejmować z siebie odpowiedzialności. Człowiek stracił życie.
Skazany w 1972 r. za zabójstwo na tle rabunkowym na 25 lat. Potem Rada Państwa złagodziła karę do 15 lat. Markotny:
— Z garbem moralnym będę żył zawsze. Proszę już zostawić moje rachunki z Bogiem.
W więzieniu w Strzelcach Opolskich zrobił maturę, zaczął studiować eksternistycznie elektronikę na Politechnice Warszawskiej. Współpracował z naukowcami (m.in. z dr. Krzysztofem Jaworkiem) przy tworzeniu podręczników akademickich (np. „Ćwiczenia z układów automatyki”). Prowadził bibliotekę, pisał prace zaliczeniowe funkcjonariuszom. Prawie po 8 latach wzorowej odsiadki dopiął swego. We wrześniu 1979 r. Henryk Olejniczak, ówczesny dyrektor w prokuraturze generalnej, podpisał wniosek o przerwę w odbywaniu kary. Miał mu na wyjściu powiedzieć: „Spluniesz krzywo na chodnik, a zgnijesz w pierdlu”. Zastanawia, że zawieszenie wykonania kary było bezterminowe.
— Z pomocą rodziny w czasach z zupełnie inną wizją resocjalizacji — dostałem szansę na powrót do życia — rozpamiętuje skazaniec.
Związki
Młody Filipczyński na Politechnice Warszawskiej spędził 3 lata (od 1980 do 1983 r.). Zaangażował się w studium doktoranckie, sporządził dwa patenty — dla sił zbrojnych. Chodziło o system obrony przeciwlotniczej, a konkretnie sieć wczesnego wykrywania nalotów helikopterów z niskiego pułapu.
Studiując, pracował w FSO na Żeraniu. Zapisał się do Solidarności. Mówi, że nawet mu proponowano jakąś funkcję związkową, bo wygadany był. Ale nie chciał — ze względu na przeszłość.
Annie Wojciechowskiej z Komisji Zakładowej NSZZ Solidarność przy FSO udało się ustalić, że Piotr Filipczyński pracował jako elektromonter w zakładzie gospodarki magazynowej od 1 lutego 1980 r. do 31 sierpnia 1981 r. Za krótko, by związkowcy go pamiętali.
Rok po wyjściu z więzienia poznał pierwszą żonę. Miał rodzinę rozsianą po świecie. W 1981 r. otrzymali od ciotki z Niemiec zaproszenie na wakacje. Złożyli wnioski o paszporty. Tatuś załatwił?
— Takie złośliwości to chamstwo — irytuje się syn.
Nie wyklucza jednak, że ojciec wstawił się, gdzie trzeba — na zasadzie: „przecież wrócą, osobiście gwarantuję”. Piotr jest święcie przekonany, że ojciec nie był ubekiem. Za to więcej niż pewne, że — jak każdy dyplomata w latach 60. — składał raporty gdzie trzeba — o tym, co się działo za granicą.
— Na salonach nie bywał. Nigdy nie słyszałem, by ktoś mu od świń nawymyślał. Ciężko harował — wspomina.
Wyjechali i po 4 tygodniach wrócili. W listopadzie Piotr znów wystąpił o paszport. Sam. Chciał w Niemczech dorobić przez 3-4 tygodnie. Był tydzień.
— Zły wróciłem — pamięta gorzki smak rozczarowania.
Azylant
Po odejściu z FSO zatrudnił się jako elektromonter w Instytucie Technologii Nafty przy Żwirki i Wigury. W 1982 r. urodziła mu się córka.
— Wtedy rodzina ze Szwajcarii zaproponowała: „przyjedźcie, machnijcie na to wszystko ręką” — cofa się w czasie Vogel.
W grudniu 1982 r. zawieszono stan wojenny. W czerwcu 1983 r. trójka Filipczyńskich wniosła o paszporty. Wyjechali 18 lipca. Cztery dni później skończył się stan wojenny.
— Piszą o mnie: „gangster, który uciekł w stanie wojennym do Argentyny — SB dała mu paszport”. Brednie. Nie uciekaliśmy. Wyjechaliśmy z żoną i dzieckiem do Szwajcarii. Za chlebem — koryguje.
Poprosili o azyl. Piotr powołał się na Solidarność. Dostali. Zawieszenie kary ciągle na nim wisiało.
— Machnąłem na to ręką. Kardynalny błąd. Gdybym wtedy wziął adwokata, dzisiaj nie byłoby sprawy — żałuje.
Rok po emigracji ktoś poinformował władze szwajcarskie o życiorysie Filipczyńskiego. Interesujące: donos odręcznie napisany, nadany w Liechtensteinie. Peter ma swoją teorię:
— Nie wróciłem, ktoś dostał po uszach i się zemścił.
Władze szwajcarskie zaprosiły zadenuncjowanego na rozmowę. Komórka dla emigrantów skonfrontowała go z rewelacjami życzliwego rodaka.
— Usłyszałem: „prosimy o przyzwoite zachowanie. Ma pan azyl, niech się pan cieszy i do pracy”.
Dwa lata pracował jako energetyk w górach — Zakłady Energetyczne w Schwanden. Kładł linie wysokiego napięcia, kując kilofem skały.
Zapisał się na kursy — niemieckiego i informatyczny. Uczył się po nocach. I tak przez rok, aż się odkuł. Dostał pracę w małym ośrodku badawczo-rozwojowym Zettler AG. Potem na dłużej zatrudnił się w zuryskim Standard Electric Lorenz (koncern Alcatela).
— Na dwa lata przenieśli mnie do oddziału w Niemczech. W Stuttgarcie skończyłem studia informatyczne. Miałem dość komputerów.
Od 1988 r. był dyrektorem sprzedaży na Europę w amerykańskiej firmie telekomunikacyjnej ANDREW Corp. W tym czasie rozpoczął MBA na GSBA (Graduate School of Business Administration) w Zurychu.
Ścigany
Emigrant Filipczyński zmienił nazwisko na Vogel. Dostał obywatelstwo niemieckie. Korzenie rodzinne... Może niekoniecznie matki (Natalia Filipczyńska z domu Vogel), bo ona i jej najbliższa rodzina — za odmowę podpisania volkslisty — trafili na Pawiak, potem do Oświęcimia. Cudem przeżyli.
— Tam wisi jej numer — Peter wskazuje ścianę w salonie. W ramce za szkłem: 50031.
Dlaczego wyrzekł się polskości? Nie chciał być całe życie azylantem. Ważne: władze niemieckie, udzielając obywatelstwa, wymagają zrzeczenia się dotychczasowej narodowości i formalnej zgody państwa, z którego się pochodzi. Zapamiętał rok 1986:
— No to bach! Do ambasady polskiej w Bernie. Trzy wnioski. Po kilku miesiącach odpowiedzi: dla żony — tak, dla córki — tak, a dla mnie — nie. Zadzwoniłem z awanturą.
„Pan przecież dobrze wie, o co chodzi” — miał usłyszeć w słuchawce. Uznał to za szykany polskiego rządu — z powodu Solidarności. I Niemcy — w drodze wyjątku — udzielili mu obywatelstwa, bez zrzeczenia się polskiego. Tak oto w 1988 r. Filipczyńscy zostali Niemcami, a później Voglami. A polskie władze dobrze wiedziały, gdzie mieszkają, co robią.
— Piszą: „ścigany listem gończym przez Interpol”? Bezsens! — irytuje się Vogel.
Utrzymuje, że nigdy nie widział żadnego listu. Nie było nawet nakazu, który by go zobowiązywał do powrotu za kratki.
Pewien dobrze zorientowany mecenas twierdzi, że w aktach była tylko odręcznie napisana notka o zatrzymaniu skazanego. Nie nadano jej nigdy prawidłowego biegu, bo ktoś wiedział, że Vogla nie ma w Polsce. Dziś nie ma ponoć śladu po tej „notatce gończej”.
Królewski wytrych
W koncernie amerykańskim odpowiadał też za polski rynek.
— Dzięki mnie warszawskie metro w ramach tzw. grantów szwajcarskich otrzymało system łączności bezprzewodowej wart 6 mln dol. Bodajże w 1989 r.
Grzegorz Żurawski, rzecznik Warszawskiego Metra, potwierdza — system działa.
— Nazywa się ANDREW, dostaliśmy go w ramach grantów szwajcarskich, co nie oznacza, że całkiem darmo.
W 1993 r. Amerykanie zaproponowali mu wyjazd na stałe do Rosji. Odmówił. Rok później rozpoczął własną działalność. Z plikiem dobrych referencji długo nie szukał partnerów. Dostał kilka zleceń od: Daimler-Benz Debitel, Bay Networks, CRYPTO AG, Bauwerk AG i holenderskiego PTT Telecom Netherlands. Podpisał kontrakt na prywatyzację polskiej telekomunikacji z konsorcjum UNISORCE. Uczestniczył w tworzeniu operatora komórkowego ERA GSM. Zawsze działał na zasadzie ekskluzywności. W telekomie holenderskim mianowano go dyrektorem generalnym. Zaczął doradzać na bardzo wysokich szczeblach państwowych. Rozmowy z przedstawicielami rządu, topowymi politykami i z zamożnymi inwestorami.
— Miałem potężny argument — wizytówkę dyrektora królewskiej poczty i telekomunikacji holenderskiej. Nie było sytuacji, by ktoś odmówił — nie kryje satysfakcji Vogel.
W 1994 r. zamieszkał w podwarszawskim Piasecznie.
Kontakty
Koncern CRYPTO AG poprosił go o umożliwienie wejścia na polski rynek ze swoimi urządzeniami. Z ich definicji wynikało jednoznacznie, że interesują się wąskim obszarem — MSZ, UOP i MON. Seria spotkań. Nie wątpi, że jego bytności w siedzibie wywiadu skrzętnie odnotowano. Ale się opłacało. Był rok 1996. Trzy lata później był już w trakcie przygotowywania wyjazdu sztabu generalnego do Szwajcarii na kilkudniową konferencję. Właśnie w czerwcu, kiedy został zatrzymany.
I tyle, jeśli idzie o jego kontakty ze służbami specjalnymi — tak deklaruje. No, jest jeszcze kuzynka Irena Popoff, w latach 1993-96 rzeczniczka prasowa UOP. Przeszła weryfikację, musiała złożyć specjalne zeznania o rodzinie. Peter o tym wiedział.
— Moja siostra — tak się nazywamy — oświadczyła, że ma brata z nieciekawą przeszłością. Wiem, że taka informacja trafiła do jej zwierzchników.
Narodowy antybohater zarzeka się, że żadna agentura nigdy z nim nie współpracowała. On się też nie narzucał.
— Zero! — idzie w zaparte.
Po medialnych insynuacjach, że był agentem wywiadu (niektórzy twierdzą, że nawet podwójnym szpiegiem) w grudniu 2005 r. zwrócił się do Instytutu Pamięci Narodowej z prośbą o weryfikację. 6 marca 2007 r. dostał odpowiedź: „nie odnaleziono dokumentów potwierdzających okoliczność, iż służby specjalne gromadziły w toku czynności operacyjno-rozpoznawczych informacje na pana temat. Jedynymi odnalezionymi dokumentami są akta paszportowe”.
Operatywny
Przy okazji działalności doradczej pytano go często o sens inwestowania w dany projekt, zasady fuzji i przejęć. To był impuls do intensywnego myślenia o działalności bankowej.
— Przy okazji kolejna bzdura: „zrobił błyskawiczną karierę w bankowości, służby mu podpisywały kontrakty”. Tyrałem 15 lat. Zapłaciłem wysoką cenę. Udane życie rodzinne z udaną karierą nie szły w parze — sumuje Vogel.
W 1998 r. dostał propozycję pracy dla banku Coutts. Postawił dwa warunki: wysoka pensja i stanowisko wiceprezesa. Usłyszał: OK. W pliku dokumentów złożonych przez Vogla w banku był oficjalny wyciąg ze szwajcarskiego rejestru skazanych. Pusty. Od początku pobytu w Szwajcarii, po dziś dzień nie miał konfliktu z prawem. Nie musiał wypełniać żadnego formularza z pytaniem o karalność. Zarząd Coutts nie znał tej przeszłości Vogla. Jak to tłumaczy?
— W sensie prawnym byłem w porządku. Gdybym chciał chodzić z tabliczką na czole, tobym zamiatał ulicę, a nie w banku pracował.
Potrafił przekonać nowego pracodawcę do niekonwencjonalnych dla bankowości prywatnej usług typu linie kredytowe dla działalności gospodarczej. Szefostwo doceniało jego operatywność — odznaczenia wewnętrzne, dyplomy, ekstrapremie.
Wpadka
Błyskotliwa kariera biznesowa nie pozwoliła Peterowi Voglowi zapomnieć o wiszącym nad nim skazaniu. Szczególnie w latach 90. gdy ponownie osiadł w Polsce, szukał możliwości rozstrzygnięcia wciąż niezamkniętej sprawy. Tadeusz Filipczyński też walczył o ułaskawienie syna. Wielokrotnie występował do sądów, do prezydenta. Błagał o zamknięcie sprawy dzięki ułaskawieniu. Bez skutku. Ostatnie prośby pisał w 1996 r.
Wpadka: Vogel zaczął się ubiegać o obywatelstwo szwajcarskie. Pod koniec 1998 r. Szwajcarzy wystąpili z oficjalnym zapytaniem o karalność delikwenta — do władz polskich.
— Dlatego się o mnie upomniano — uważa Peter Vogel.
Zatrzymano go w czerwcu 1999 r. w Szwajcarii, strona polska wniosła o ekstradycję. Od razu poleciał. Rodzina szukała adwokata. Ktoś polecił Andrzeja Sandomierskiego. Ten miał zastrzec: „mowy nie ma, bym występował do prezydenta o ułaskawienie. Złożymy wniosek do sądu”. I tak było.
Notatki
Ułaskawienie Vogla załatwiono błyskawicznie.
— Wielki ukłon dla polskiego Ministerstwa Sprawiedliwości. Wniosek o ułaskawienie szedł przez 3 instancje zaledwie 3 tygodnie.
Według jednego z wysokich urzędników ówczesnego wymiaru sprawiedliwości, z opresji miała go wybawić szwajcarska partnerka, która — bez jego wiedzy — urządzała karczemne awantury w poszukiwaniu Petera. Nawiedzała ministerstwo, sąd, prokuraturę:
— Zobaczyli zrozpaczoną Szwajcarkę, która duka coś po polsku i pewnie się zlitowali. Rzeczywiście przyspieszono nieco administracyjny tok sprawy.
Cały ten zgiełk kosztował go drugie osobiste nieszczęście. Partnerka odeszła.
— To była bezpośrednia osobista cena tej całej tragedii — znów głos mu się łamie.
Po ułaskawieniu wrócił do Coutts i kontynuował pracę. Oficjalnie: poza najbliższymi Vogla nikt nie wiedział o wydarzeniach z 1999 r. Bank też. Nieoficjalnie: o wszystkim wiedziało wąskie grono dziennikarzy i służby.
Grube nici
Afera wokół ułaskawień podpisanych przez Aleksandra Kwaśniewskiego to — zdaniem Vogla — mocno napompowany balon. W związku z tym zwrócił się do prokuratury apelacyjnej w Katowicach, że jest gotów zeznawać na ten temat w Bernie w polskiej ambasadzie.
— Zależało mi, by wykazać, że nie mam nic do ukrycia. Propozycję złożyłem 30 grudnia 2005 r. W rozmowie telefonicznej z prokuratorem Zbigniewem Pustelnikiem usłyszałem, że chcą się spotkać. Minął rok i pies z kulawą nogą się mną nie zainteresował.
Tymczasem wtargnięto do mieszkania jego matki i splądrowano jego dom w Piasecznie.
— Pięć osób z ABW i prokuratury najechało 88-letnią, niedołężną osobę. O szóstej rano z łomotem do drzwi. Zarekwirowano prywatną korespondencję z ostatnich 20 lat między mną i rodzicami, dokumenty rodzinne ojca, zdjęcia z Wigilii itd. Do tego wzięli całą dokumentację mojej sprawy z 1971 r. Po roku wszystko oddano, bo niby nieprzydatne dla śledztwa. Granda szyta grubymi nićmi i tyle — ucina wkurzony.
Furia
Według Petera Vogla, informacje, które do niedawna pojawiały się w polskiej prasie na jego temat, pochodzą z prokuratury. Celowo dorabia się do nich epitety: „kasjer lewicy, międzynarodowy agent, bankier mafii paliwowej”.
— Ostatni raz pytam: pokażecie mi jednego polityka, który miał u mnie konto? Odpowiedź pewnie by brzmiała — „na razie nie możemy ujawnić”. Bzdura! A co się stanie, jeśli się w końcu wyjaśni, że podczas ułaskawienia Vogla nikt nie wziął w łapę? A kontakty ze służbami? Nie ma teczki. Co robić? A to pewnie tak go utajnili, że nie ma śladu. Sęk w tym, że przed 1989 r. była ubecja i akurat te teczki są. I jak to teraz wyjaśnić społeczeństwu? — mówi już bardzo rozżalony.
Leszek Goławski, rzecznik prasowy prokuratury apelacyjnej w Katowicach — czyli dementi:
— Z Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach nigdy nie wyciekały informacje. Wszystko, co mogę powiedzieć na temat pana Petera Vogla, to to, że prowadzone jest śledztwo w sprawie jego ułaskawienia i ewentualnych uchybień popełnionych w trakcie tego postępowania. Przesłuchujemy różnych świadków. Prokuratorzy przeglądają archiwa, łącznie z tym, że sięgają do decyzji Rady Państwa z lat 80.
Na bębnie
W latach 2004-05 zaczęto się Voglem zajmować w sposób szczególny — podsłuch, stała obserwacja, drobiazgowa kontrola na granicy. W żargonie organów ścigania mówi się: był „na bębnie”:
— Mogło się to wiązać z prowadzoną już sprawą Dochnala — domyśla się śledzony.
Gdy się zorientował, wysłał do polskiej prokuratury informację, że sprawa leży w gestii jurysdykcji szwajcarskiej. Usłyszał: „jak będziemy coś chcieli, to się zgłosimy”. I dalej był trzepany. Pisał zażalenia. Na próżno. Jesienią 2005 r. jeździło za nim osiem samochodów po dwóch w środku — codziennie. Wchodzono po cichu do jego domu pod Warszawą i robiono kipisz. W końcu ktoś mu powiedział, że sprawę Dochnala prowadzi mjr Wojciech Barański z ABW w Łodzi. Zadzwonił, zaproponował spotkanie. W październiku umarł mu ojciec, akurat musiał przyjechać na pogrzeb. Rozmowę nagrano, choć była nieformalna.
— Opisałem system weryfikacji klientów w moim banku na przykładzie szeroko wówczas komentowanym w prasie. Efekt? Dzisiaj się pisze, że ujawniłem konto klienta Coutts. Paranoja.
W grudniu 2005 r. gruchnęło. Gazety się rozpisały o „kasjerze lewicy”. Vogel zadzwonił do Barańskiego z pretensjami:
— Ktoś to wszystko musiał przecież sprowokować. Wyjechałem na niego ostro. Zaskoczył mnie, bo był bardziej wkurzony ode mnie.
Co na to major Barański? Rutynowo:
— Nic nie mogę powiedzieć. Nie ma mnie w łódzkiej delegaturze. Co prawda firma ta sama, lecz zupełnie inna funkcja.
Nagła śmierć
Z bankiem Coutts rozstał się 31 grudnia 2004 r. Żegnany z pełnymi honorami. Wersja polska: wyleciał za Dochnala.
— Bujda na resorach. Mój szef odszedł dwa lata wcześniej do innego banku. Próbował mnie ściągnąć. Przejście miało sens, pod warunkiem że zabiorę ze sobą cały zespół. Po uzgodnieniach z największymi klientami, we wrześniu 2004 złożyliśmy wymówienia. Potem wybuchła afera Dochnala — tłumaczy Vogel.
Od 1 stycznia 2005 r. pracował w banku EFG. Zabrał ze sobą wszystkich klientów?
Tajemnica bankowa.
A potem spotkała go nagła śmierć zawodowa. Po wspomnianym grudniowym skandalu prasowym Bank EFG rozstał się z nim w dwa dni. Na otarcie łez dostał odprawę. W zamkniętym środowisku finansistów szwajcarskich poszedł chyr o „kasjerze polskiej lewicy” — i było po nim.
Po długim namyśle Vogel ze swoim adwokatem wpadli na koncept, by spotkać się z kimś i spróbować opowiedzieć wszystko z innego punktu widzenia. Bankier się nie łudzi, że to mu pomoże.
— Czy ktoś w to uwierzy? To inna sprawa. Tyle się na mój temat pisało z wykorzystaniem jednego źródła. Może teraz kogoś zainteresuje wersja wydarzeń głównego antybohatera?
W natarciu
Podpisane przez kierownika wydziału konsularnego Marcina Króla wezwanie do ambasady polskiej w Bernie dostał 8 stycznia 2007 r. W charakterze świadka w sprawie karnej: 48/05 dotyczącej ułaskawienia Vogla.
— Czytam dalej i własnym oczom nie wierzę, bo przesłuchanie ma dotyczyć też spraw: 50/05, 51/05, 52/05 i 54/05 — czysto Dochnalowych. A o to nie wolno im mnie wypytwać w Szwajcarii. Takie prawo! — woła oburzony bankier.
Polscy prokuratorzy nie przewidzieli, że Vogel z wezwaniem pójdzie do Petera Hüniga, prokuratora Kantonu Zurych — tego samego, który prowadzi szwajcarskie „sprawy Dochnalowe” i przez którego był dwukrotnie jako świadek przesłuchiwany. Zrobiła się gruba afera. Koniec końców przesłuchanie w Bernie nie odbyło się. Ale Polscy śledczy utrzymywali kontakt z Voglem w sprawie zeznań. Jednak ciągle chcieli wypytywać także o Dochnala. Poirytowany bankier znów się udał do Hüniga. Ten — w drodze wyjątku — postanowił przesłuchać bankiera jeszcze raz — w obecności polskich prokuratorów na okoliczność „spraw Dochnalowych”. Inne kwestie polecił roztrząsać Polakom poza Szwajcarią.
Bankier zaproponował Wiedeń lub Berlin, z katowickiej prokuratury przyszła sugestia, by spotkać się w Bratysławie. Vogel na to przystał.
Pokaz dyskrecji
Czy gdyby nie było sprawy Dochnala, to nagłośnienie działalności Vogla w bankowości prywatnej zrujnowałoby mu życie zawodowe?
— Jest stara zasada: pieniądz lubi ciszę — kwituje bankier.
I przytacza autentyczną historię z 1992/1993 r., która się wydarzyła w banku Coutts. Pewien Szwajcar, który rozpoczynał działalność w Polsce, udzielił nieszczęśliwie wywiadu „Gazecie Bankowej”. Nie znał realiów. Opisując zasady private bankingu i profile typowych klientów, rzucił chyba z 10 nazwisk, które pasowałyby do takiego profilu. Na tej bazie powstała oficjalna lista klientów banku. Pojawiły się na niej takie tuzy, jak: Kulczyk, Krauze, Gudzowaty. Facet wyleciał. Był to niejaki Thomas Hürlimann, pracownik Coutts Bank w latach 1989-1996. Czy Peter Vogel go zna? Znów nabiera wody w usta. Szkoda, bo ponoć to Hürlimann wprowadził Marka Dochnala do Coutts.
— Tacy ludzie jak pan ciągle są w Polsce — prawda?
— Kilku.
— Krążą wśród polityków?
Cisza.
— Czego się pan boi?
— Ja? Toż to prokuratura katowicka utrzymuje, że obawiam się o życie.
Nie ma pytań
Przesłuchanie Vogla z 2 kwietnia 2007 r. Bratysławska ambasada Polski. On, czterech prokuratorów i konsul. Co zeznał? Czy rzeczywiście tuż przed ułaskawieniem odwiedził Aleksandra Kwaśniewskiego?
— Wniosłem o utajnienie przesłuchania. Efekt: publikacja w mediach o przesłuchaniu i jego przebiegu. A co do prezydenta, to zawsze mówiłem jasno: w latach 1994-98 byłem kilka razy w pałacu prezydenckim jako reprezentant telekomu na rozmowach z doradcami ds. ekonomicznych. Nie poznałem nigdy prezydenta Kwaśniewskiego. Ile można?
Drugie przesłuchanie Vogla w tym roku odbyło się 26 kwietnia w Zurychu — w biurze prokuratury szwajcarskiej. Dopuszczono do niego trzech prokuratorów polskich i tłumaczkę. Prokurator szwajcarski zapowiedział dwie godziny. Trwało pięć. Nasi dostali zgodę na pytania dodatkowe.
— W kilku przypadkach Hünig kategorycznie odmawiał. Na koniec usłyszałem, że nie mają do mnie więcej pytań — Vogel uchyla rąbka tajemnicy.
Na wszelki wypadek
On lubuje się w słownych grach logicznych. Co rusz podkreśla:
— Rozmawiajmy o faktach.
Zapytany o różnicę między prawdą a stanem faktycznym, przewrotnie odpowiada:
— Wyjątek potwierdza regułę.
I ten przenikliwy wzrok, i tekst na do widzenia, że nie powiedział ostatniego słowa.
O co mu znowu chodzi?
— Wystąpiłem w roli mięsa armatniego — gryzie się w język.
Podając dłoń, szeptem:
— Była próba dealu, nie wyszło i mnie zniszczyli. Media miały ze mnie zrobić niewiarygodnego człowieka...
Na odchodne, przez ramię:
— Nie, żebym był strachliwy, ale przezorny. Moje przypuszczenia, ciągi pewnych zdarzeń, nazwiska spisałem szczegółowo i zdeponowałem u szwajcarskiego adwokata. Tak na wszelki wypadek gdyby mój samochód zamiast pojechać, poleciał.
Ewidentnie gdzieś głęboko w nim żyje coś, co nie daje mu żyć. Może dlatego stare przysłowie mówi: „Człowiek ścigany za zabójstwo ucieka aż do grobu: niech go nie zatrzymują!”
