Pieniądz w Polsce rośnie coraz wolniej

opublikowano: 27-11-2022, 20:00
Play icon
Posłuchaj
Speaker icon
Close icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl

Ilość pieniądza w Polsce rośnie w tempie 7 proc., a w przeliczeniu na ilość wytwarzanych produktów – 4 proc. To nie są warunki na wielką inflację, o ile monetaryści mają rację.

Ilość pieniądza w polskiej gospodarce rośnie coraz wolniej. Stopniowo obniża się też wyjątkowa dysproporcja między ilością pieniądza a ilością produktów wytwarzanych w gospodarce. Jeżeli monetaryści mają rację i inflacja zależy od nadmiernej ekspansji pieniężnej, to obecnie w Polsce nie ma warunków do utrzymania dwucyfrowej inflacji przez długi okres. Trzeba jednak jednocześnie przyznać, że pieniądza nadal jest dużo. Dzisiejszy tekst to próba przedstawienia procesów cenowych w Polsce przez pryzmat teorii monetarnej.

Pieniądz M3 to gotówka i wszystkie rachunki oraz depozyty o zapadalności do dwóch lat. Tak mierzona ilość pieniądza wzrosła w listopadzie o 7 proc. w porównaniu do listopada zeszłego roku, czyli wolniej niż w poprzednich miesiącach i wolniej niż długookresowy przeciętny wzrost (10 proc.).

Czy to dużo, czy mało? Ten wzrost warto teraz odnieść do przyrostu ilości towarów i usług wytwarzanych w gospodarce, bo to nam daje pojęcie, jak rośnie ilość pieniądza przypadająca na każdy produkt. Polski PKB rośnie obecnie w tempie 3,5 proc., a w nadchodzących latach będzie to ok. 0-3 proc. Ilość pieniądza przypadająca na każdy wytwarzany produkt rośnie więc obecnie w tempie niecałych 4 proc. W kolejnych latach może być to nieco więcej, ale pewnie nie dużo więcej. Według teorii monetarnej, tyle powinna mniej więcej wynieść średnia inflacja, jeżeli zapotrzebowanie ludności na realne zasoby pieniężne (ilość posiadanego pieniądza w relacji do wartości możliwych do kupienia lub wytworzenia produktów) nie ulegnie zmianie. Jeżeli zapotrzebowanie na realne zasoby pieniężne będzie rosło, co jest naturalne dla rozwijającej się gospodarki, to presja na wzrost cen wynikająca z rosnącej ilości pieniądza może być nawet mniejsza, bo coraz większa część dostępnego pieniądza będzie służyła innym celom niż bieżące wydatki. Jeżeli jednak dojdzie do odwrotnego zjawiska i zapotrzebowanie na zasoby pieniężne będzie spadało, na przykład z powodu wysokich nominalnych stóp procentowych generujących duże koszty trzymania pieniądza, to inflacja może być wyższa niż wspomniane 4 proc.

Żeby zrozumieć znaczenie wzrostu zapotrzebowania na zasoby pieniężne, warto spojrzeć na relację podaży pieniądza do realnego PKB, która nam pokazuje ile gotówki, rachunków i depozytów przypada na każdy produkt. Jeżeli jako punkt odniesienia weźmiemy cenę przeciętnego produktu z 2015 r., to ilość pieniądza przypadająca na każde 100 zł polskiego PKB zwiększyła się z ok. 30 zł na początku XXI wieku do ok. 70 zł tuż przed pandemią COVID-19. To odzwierciedla nie presję inflacyjną, ale właśnie wzrost popytu na pieniądz. Gospodarstwa domowe, firmy i rząd potrzebują coraz więcej gotówki, rachunków i depozytów w relacji do swoich zakupów lub produkcji. To może wynikać z wielu powodów, m.in. tego, że w ostatnich 20 latach systematycznie spadały stopy procentowe i tym samym koszt trzymania pieniądza, ale też z tego, że przy większej produkcji i konsumpcji potrzebna jest większa płynność – pieniądz trzymany w rezerwie na nagłe potrzeby.

W trakcie COVID-19 ilość pieniądza w polskiej gospodarce wzrosła dużo bardziej, niż wskazywałby na to stały trend wzrostu popytu na pieniądz – o ok. 30 proc. bardziej. Zwolennicy teorii monetarnej twierdzą, że to jest główny powód wzrostu inflacji. Ceny muszą się dostosować do zaburzenia i zwiększyć się o ok. 30 proc. w relacji do tego, ile by wynosiły bez ekspansji pieniężnej. Obecnie ceny towarów i usług konsumpcyjnych w polskiej gospodarce są o ok. 20 proc. wyższe niż trend sprzed pandemii, więc pozostało nam jeszcze ok. 10 pkt proc. dostosowania. To dalsze dostosowanie może wyglądać na przykład tak, że przez jeszcze dwa lata inflacja będzie wynosiła 8 proc., a później wróci do celu inflacyjnego NBP.

Podsumowując, patrząc na obecne trendy w podaży pieniądza i zakładając, że nie zmienią się istotnie w najbliższym czasie, możemy oczekiwać, że średnia inflacja w Polsce w najbliższych latach wyniesie 4-8 proc., z marginesem błędu rzędu 2-3 pkt proc. uwzględniającym zmiany popytu na pieniądz. Przy obecnych trendach nieprędko zejdziemy więc do celu inflacyjnego, ale też nie powinniśmy pójść w stronę hiperinflacji.

Teoria monetarna, łącząca ceny z ilością pieniądza, ma wielu krytyków i nie jest współcześnie traktowana jako fundament dla analiz makroekonomicznych w bankach centralnych. Kryzys inflacyjny zwiększył jednak jej popularność, dlatego chciałem państwu pokazać, co może z niej dziś wynikać.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Ignacy Morawski

Polecane