Tak romantycznych konotacji na pewno nie wywołują wiatraki, które energię elektryczną produkują z wiatru bezemisyjnie, ale jednak nie są przyjaciółmi najbliższego otoczenia i nie wzbogacają środowiska krajobrazowo. Od tygodnia stały się w Polsce pierwszym politycznym granatem, którego zawleczka wyciągnięta została w szkodliwym dla państwa okresie dwuwładzy, kończącym się nieodwołalnie w poniedziałek, 11 grudnia.
Koniecznie trzeba przypomnieć wiatrakową zawieruchę z początku roku. Jesienią 2022 r. nastąpił wysyp projektów luzujących pęta nałożone przez PiS na turbiny wiatrowe ustawą z 2016 r. ze słynną blokującą wznoszenie odległością 10h. Do Sejmu wpłynęło aż osiem projektów, jeden (numer druku 2941) wniesiony przez Polskę 2050 pilotowała posłanka Paulina Hennig-Kloska. PiS oczywiście posłało wszystkie opozycyjne do kosza i przeforsowało projekt rządowy, objęty listą tzw. kamieni milowych warunkujących unijne finansowanie Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności. Minister Anna Moskwa podkreślała wartość wypracowanego w konsultacjach kompromisu, zaś uzgodnioną na 500 metrów odległość śmigła od zabudowań podpisał premier Mateusz Morawiecki. Ustawa weszła w życie 23 kwietnia 2023 r., jednak branża wiatrakowa została trafiona między oczy rozkazem zwiększenia minimalnej odległości do 700 m wydanym przez Jarosława Kaczyńskiego. Nakaz dodania 200 m wniósł na świstku papieru Marek Suski, zaś Mateusz Morawiecki w głosowaniu Sejmu potulnie uznał za straszny premierowski błąd swój podpis pod odległością 500 m. Jeden świstek zmniejszył moc możliwych siłowni z szacowanych 6000 MW o co najmniej połowę.
Po dwóch tygodniach nowej kadencji Sejmu wpłynął wiatrakowy międzyklubowy projekt poselski. Paulina Hennig-Kloska, potencjalna nowa minister klimatu i środowiska, nie chce ujawnić, kto faktycznie i dosłownie — bo przecież nie aparat ministerialny — napisał jej tak obszerny i szczegółowy projekt. Sporna odległość od zabudowań została w nim skrócona do zaledwie… 300 m, czyli wahadło zostało mocno przeciągnięte. Bardziej szokuje inna okoliczność — sztuczne doklejenie wiatraków do całkowicie innej ustawy. Zasady techniki prawodawczej ustalają kategorię tzw. przepisów dostosowujących w końcowej części ustawy głównej, którymi ujednolica się unormowania już istniejące w innych ustawach. Władza arogancka, czująca swoją moc arytmetyczną, uprawia jednak proceder niszczenia legislacyjnych kanonów i wstawia w końcówce ustawy głównej… zupełnie inne ustawy, w ogóle nie powiązane z podstawową i skrywane w tytule. Przez osiem lat taką recydywę wielokrotnie uprawiało PiS, zwłaszcza w okresie pandemii, gdy w ustawach podobno antycovidowych przemycano co tylko władcy chcieli skrycie przeforsować. Niestety, już po dwóch tygodniach od inauguracji w tamte buty weszła nowa sejmowa koalicja. Jedynym uczciwym wyjściem jest skreślenie z projektu ustawy o wsparciu finansowym odbiorców energii elektrycznej, paliw gazowych i ciepła całkowicie obcego wiatrakowego artykułu 5 i kilku innych, a następnie skonstruowanie z nich odrębnego projektu ustawy o turbinach wiatrowych.
Wnioskodawcy zakładają, że jeśli hybryda zostanie uchwalona, to Andrzej Duda znajdzie się w podpisowym pacie. Bardzo potrzebnej ustawy o wsparciu konsumentów energii przecież nie zawetuje, a w jej treści także nowelizacji wiatrakowej… Zapowiada się ciekawa rozgrywka polityczno-legislacyjna, bo idąc tym tropem można do jakiejś bardzo potrzebnej i powszechnie akceptowalnej ustawy — takiej jak najświeższa o przeniesieniu niedzieli handlowej z 24 na 10 grudnia — gdzieś w jej przepisach dostosowujących przemycić np. również potrzebną Polsce likwidację Rady Mediów Narodowych…

