Jeżeli dwie dosyć wyrównane drużyny przystępują do przeciągania liny, możliwych jest wiele scenariuszy. Ale nawet jeżeli nie przeważa żadna ze stron, jest swoista równowaga, nie może ona trwać w nieskończoność. Zbytnie napinanie tej liny musi w końcu doprowadzić do jej zerwania. I właśnie z taką sytuacją mieliśmy do czynienia w Sejmie.
Jeszcze do godziny 14.10 w środę, do momentu wyboru Marka Jurka na marszałka Sejmu, przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości z jednej strony, a Platformy Obywatelskiej z drugiej, ciągnęli jedną ręką za tę linę, a drugą potrząsali szabelką. Wszystko służyło straszeniu przeciwnika — potencjalnego koalicjanta, ale żaden z uczestników tej zabawy nie był skłonny do jakichkolwiek ustępstw — licząc, że druga strona nie wytrzyma. Nie brał też pod uwagę, że wytrzyma. Nie wytrzymała lina.
Jak wiadomo wybór marszałka nie był tak naprawdę tym, co poróżniło niedoszłych koalicjantów, był jedynie efektem, papierkiem lakmusowym świadczącym, jak dalece nie potrafią się oni między sobą porozumieć. Myślę nawet, że kluczowym przedmiotem sporu nie było to, czy PO dostanie o jedno ministerstwo więcej, czy o jedno mniej. Bo logiki w tym przydziale czy podziale ministerstw jako żywo nie można się było dopatrzeć (służba zdrowia — program PiS, minister z PO). Decydujące znaczenie miał brak elementarnego zaufania pomiędzy partnerami. To zaufanie nie zostało odbudowane w najmniejszym stopniu. Uwzględniając ponadto realnie istniejące różnice programowe, z tego punktu widzenia od początku było to zaklinanie rzeczywistości.
Platforma Obywatelska, przynajmniej na razie, wytrzymała test na spójność i zajmuje stanowisko jednomyślne w każdej sprawie. Oznacza to kres jakichkolwiek mrzonek o koalicji PiS-PO i wspólnym rządzie. Jeżeli nie dojdzie do pęknięcia w PO, będzie ona twardą opozycją.
Mamy zatem jasną sytuację: PiS bierze wszystko. Wolą wyborców: prezydenta i kandydata na premiera, bo zwycięskie ugrupowanie ma prawo desygnować kandydata na premiera, i wolą parlamentu, za sprawą bardzo egzotycznych koalicji, marszałka Sejmu. Sytuacja jest więc klarowna, ale na jak długo? De facto misja utworzenia rządu koalicyjnego przez Kazimierza Marcinkiewicza zakończyła się niepowodzeniem i wyczerpała się. Czy będzie tworzył rząd innej koalicji, rząd mniejszościowy PiS (ale to już inne zadania) czy też na scenę wejdzie inny polityk wytypowany przez parlament?
Krupier, rozdający karty i role, Jarosław Kaczyński wspomina o rządzie mniejszościowym. Czy jest to możliwe przy stanie posiadania, czyli 154 posłach i Jacku Kurskim? Wydaje się, że to trochę za mało, że będzie niezwykle trudno realnie sprawować władzę. Z całego tego zamieszania, którego wyborcy nie rozumieją i nie akceptują, zwycięsko wychodzi... Andrzej Lepper i jego Samoobrona oraz Wojciech Olejniczak i SLD. W kontekście już rozpoczętej kampanii wyborczej przed nieuchronnie zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi nie jest to bez znaczenia.