PiS musi liczyć na nową kadencję

opublikowano: 17-01-2019, 22:00

Ze Strasburga nadeszła kolejna wiadomość fatalna politycznie dla rządu Prawa i Sprawiedliwości, ale w potencjalnych skutkach finansowych — także dla nas wszystkich.

Parlament Europejski (PE) przyjął w czwartek stanowisko wobec zgłoszonego przez Komisję Europejską (KE) projektu rozporządzenia, które wiąże dostęp do funduszy unijnych ze stanem praworządności w danym kraju. Za przyjęciem sprawozdania głosowało 397 europosłów, czyli 52,9 proc. stanu PE, przeciw było 158, wstrzymało się 69, a nie głosowało 127. To bardzo ważny, ale dopiero jeden etap ścieżki legislacyjnej rozporządzenia. Teraz trafi ono do drugiej izby stanowiącej wspólnotowe prawo, czyli ministerialnej Rady UE, kierowanej w obecnym półroczu przez Rumunów.

Zobacz więcej

Fot. Vincent Kessler

Europosłowie wprowadzili do pierwotnej wersji KE trochę zmian. Chcą, aby stan rządów prawa w państwach Unii Europejskiej corocznie oceniał zespół ekspertów prawa konstytucyjnego. Byliby po jednym delegowani przez parlament każdego państwa członkowskiego, pięciu zaś wyznaczałby PE. To rzeczywiście całkiem nowy, pozatraktatowy, organ decyzyjny, niezależny np. od Trybunału Sprawiedliwości UE z siedzibą w Luksemburgu. Europosłowie opowiedzieli się również za mechanizmem powodującym, że konsekwencje zamrażania dostępu do funduszy uderzałyby w państwa, ale nie w końcowych odbiorców unijnych pieniędzy. Mieliby dostawać należne fundusze, pochodzące jednak nie z budżetu UE, lecz z… budżetów krajowych.

Te naprawdę rewolucyjne przepisy miałyby dotyczyć już siedmiolatki finansowej 2021-27 oraz objętych nią budżetów rocznych. Decydujące słowo w kwestii nałożenia sankcji miałyby państwa członkowskie, jednak do ich uruchomienia wcale nie byłaby potrzebna w Radzie UE jednomyślność. Głosowania odbywałyby się na zasadzie tzw. odwróconej większości kwalifikowanej. Wniosek KE byłby uznawany za przyjęty, jeśli głosujący nie odrzuciliby go odpowiednią większością głosów. Taka procedura również wywołuje ogromny sprzeciw PiS, które całą swoją filozofię postępowania na forum unijnym opiera na sile weta.

Koniec kadencji PE już na horyzoncie, pożegnalne posiedzenie w Strasburgu odbędzie się 15-18 kwietnia. Dlatego warto przypomnieć, jakie są losy prac legislacyjnych w toku, które zastaje koniec kadencji. Otóż obowiązują zupełnie inne przepisy, niż np. w naszym Sejmie i Senacie, gdzie zasada dyskontynuacji wyrzuca wszystko do kosza (poza wniesionymi projektami obywatelskimi). Nowy skład PE przejmuje i kontynuuje rozpatrywanie wszelkich projektów przegłosowanych wstępnie w poprzedniej kadencji. Jest to bardzo logiczne, ponieważ wspomniana druga izba stanowiąca prawo, czyli Rada UE, w ogóle nie ma kadencji. W jej branżowych składach (jest ich dziesięć) niemal bez przerwy wymieniają się jacyś ministrowie z poszczególnych państw, ale kolegialny organ pozostaje ponadczasowy. Dlatego nasza ekipa tzw. dobrej zmiany nie ma co liczyć, że zagrażające jej praktykom rozporządzenie samo trafi do kosza. Po pierwsze — ma okazję dowieść, jaką faktycznie ma siłę przebicia w Radzie UE. Po drugie — musi liczyć na przeciągnięcie procedury i odrzucenie rozporządzenia w finalnym głosowaniu już przez nowy skład PE, wybrany 23-26 maja.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu