Kazimierz Marcinkiewicz, który w czwartek rozpoczął urzędowanie jako p.o. prezydenta w stołecznym ratuszu pierwsze kroki w tej roli skierował na zalaną słońcem warszawską Starówkę, by tam opowiedzieć dziennikarzom o swoich planach. To znak, że kampania wyborcza do samorządów, choć jeszcze formalnie przecież nie ogłoszonych, ruszyła pełną parą. Wyborcza walka pokazała jednak tego samego dnia swoje brzydsze oblicze.
Posłowie Prawa i Sprawiedliwości zapragnęli na kilka miesięcy przed wyborami zmienić ordynację wyborcza, tak by komitety wyborcze mogły zawierać umowy o wspólnym podziale mandatów. W myśl jej zapisów inaczej byłyby więc dzielone głosy uzyskane w wyborach w zależności od tego, czy partie zdecydują się na koalicję po wyborach, czy nie.
Opozycja zagrzmiała, padły słowa o zamachu stanu. Zarzuty odpierał nawet premier Jarosław Kaczyński, który stwierdził, że „na zmianę ordynacji wyborczej każdy moment jest zły”. Być może, ale PiS wybrało moment najgorszy — tuż przed wyborami. Po pierwsze dlatego, że jest to zmiana reguł w trakcie gry, po drugie — ekspresowy w tej sytuacji tryb pracy nad projektem uniemożliwia praktycznie jego analizę.
Zdaniem premiera nowa ordynacja ma doprowadzić do konsolidacji sceny politycznej i umożliwić stabilniejsze rządy. Z grubsza ćwiczyliśmy to już przy wyborach parlamentarnych. Taką rolę miały pełnić progi wyborcze i ordynacja proporcjonalna. Partii w Sejmie zasiadało znacznie mniej niż na początku lat 90., ale wciąż można mieć wątpliwości, czy rzeczywiście koalicje dwóch lub trzech ugrupowań były dużo bardziej trwałe (o ile w ogóle) niż koalicje złożone z siedmiu. A przecież mimo tego ustabilizowania sceny politycznej pod koniec poprzedniej kadencji i na początku obecnej mieliśmy do czynienia z rządami mniejszościowymi. Próby uporządkowania sceny politycznej za pomocą ordynacji to nie pierwszy kontrowersyjny pomysł PiS — nie tak dawno słychać było o pomyśle zmiany granic okręgów wyborczych w stolicy.
Wybory samorządowe chociaż są w Polsce traktowane nieco mniej prestiżowo niż parlamentarne, dają sporo władzy w terenie. Dlatego wszystkie partie bardzo chcą osiągnąć w nich sukces. Trudno się oprzeć wrażeniu, że niektóre z nich chcą za bardzo.