PKB spada, płace rosną. Dlaczego?

Ignacy Morawski 1
opublikowano: 2020-10-19 22:00

Koniec lata w Polsce zaskoczył mocnym wzrostem przeciętnego wynagrodzenia, mimo że gospodarka wciąż była w kryzysie.

Wszystko, co działo się we wrześniu, wydaje się już trochę nieaktualne, warto jednak przyjrzeć się zjawisku odporności płac na kryzys, bo może coś mówić o polskim rynku pracy — nawet w oderwaniu od kryzysu. Możliwe, że pracownik już nigdy nie będzie bardzo tani.

We wrześniu przeciętne wynagrodzenie w przedsiębiorstwach wzrosło o 5,6 proc. rok do roku, przyspieszając wyraźnie wobec lata. Kończą się okresy przestojów i przejściowych obniżek płac, ale wzrost wynagrodzeń jest nawet mocniejszy, niż wynikałoby z powrotu do stanu z wiosny. Jak widać na wykresie, rozjazd między spadającym PKB a rosnącymi płacami jest spektakularny.

Ten stan rzeczy ma cztery przyczyny.

Pierwsza jest dość banalna — płace nominalne są zawsze odporne na spadek. To zjawisko znane ekonomii od dekad. Firmy bardzo rzadko obniżają wynagrodzenia nominalne, a dużo częściej zwalniają część załogi, bo lepiej mieć 80 proc. pracowników z całą pensją i silną motywacją niż 100 proc. z mniejszą pensją i proporcjonalną chęcią do pracy. Dlatego podczas silnych kryzysów płace są zawsze bardziej odporne na spadek niż aktywność gospodarcza. To wyjaśnia, dlaczego wynagrodzenia nie spadły. Powodów wyraźnego wzrostu trzeba jednak szukać dalej.

Drugą przyczyną jest skuteczność tarcz antykryzysowych, które uchroniły rynek pracy przed zapaścią. Stopa bezrobocia wprawdzie wzrosła o ok. 1-3 pkt proc. (zależnie od miary) i każdy czuje, że na rynku zrobiły się większe luzy. Uwzględniając jednak skalę wstrząsu w PKB, wzrost jest mały. Nie jest to przejście do rynku pracodawcy — przynajmniej na razie. Siła negocjacyjna pracowników i pracodawców się wyrównała, a nie przechyliła na korzyść drugiej grupy. W najbliższym czasie może się to jednak trochę zmienić — pracownicy prawdopodobnie nieco stracą podczas kolejnej fali epidemii.

Trzecim filarem wzrostu wynagrodzeń jest skok płacy minimalnej, która sięgnęła w tym roku 2600 zł, wobec 2250 zł w 2019, co oznacza wzrost aż o 16 proc.

Czwartym powodem są natomiast strukturalne zmiany na rynku pracy i problemy z rekrutacją wykwalifikowanych pracowników. Ten problem osłabł od wybuchu epidemii, ale wciąż daje o sobie znać mocniej niż 3-4 lata temu. Wynika to m.in. ze zmian demograficznych. Polskich obywateli w wieku produkcyjnym ubywa w tempie ok. 200 tys. rocznie, a imigranci nie są w stanie podjąć konkurencji w wielu obszarach rynku pracy (inna sprawa, że ze względu na rotację i pośrednictwo zatrudnianie cudzociemców wcale nie jest tańsze).

Efekty cykliczne będą w najbliższych dwóch, trzech kwartałach osłabiać pozycję negocjacyjną pracowników i w ten sposób zmniejszać presję na wynagrodzenia. Firmy muszą jednak być gotowe na to, że generalnie płace w Polsce będą rosły — z powodu zmian demograficznych i wysokiej presji politycznej na podnoszenie minimalnego wynagrodzenia.