Pozazdrościć optymizmu pani prezes PKO BP. Restrukturyzacja banku idzie pełną parą, w perspektywie pojawił się debiut giełdowy i mocne wejście na rynek bankowości hipotecznej. Zmienia się struktura przychodów, bank coraz pewniej zaczyna stać na nogach, rozgląda się za kolejnymi możliwościami zarabiania więcej i więcej. Czego więcej trzeba?
Tego Henryka Pieronkiewicz nie mówi. Odpowiemy za nią — spokoju. Tego, czego zawsze będzie PKO BP brakowało, gdy los zarządów i pomysłów na przyszłość banku będzie zależał od widzimisię polityków.
Pani prezes twierdzi, że nie działa pod presją możliwości utraty stanowiska. Wielce prawdopodobne, że te słowa nie przekonają tych, którzy znali Henrykę Pieronkiewicz z okresu prezesowania Bankowi Przemysłowo-Handlowemu, gdy z instytucji ciągnącej się w ogonie II ligi bankowej stworzyła jeden z najważniejszych banków w Polsce. Prezes znana była z otwartej krytyki Skarbu Państwa, którego polityka o mały włos nie zahamowała procesu pozyskania przez BPH inwestora. Tak bankowcy, jak i analitycy podziwiali bezkompromisowość szefowej krakowskiego banku. Ci sami ludzie nie mogą, niestety, dopatrzyć się jej u prezes PKO BP dzisiaj.
PKO BP to największe wyzwanie, jakie może sobie wyobrazić rasowy bankowiec. Jednak mimo widocznych sukcesów, jakie stały się udziałem Henryki Pieronkiewicz, obserwatorzy nadal czują pewien niedosyt. A może warto, pani prezes, postawić wszystko na jedną kartę i wrócić do czasów agresywnego bankowania, bezkompromisowej obrony dobrych pomysłów i ostrej krytyki idei wątpliwej jakości. W końcu — co ma pani do stracenia?